Marta Mizuro
("POLITYKA")


Powódź jak żywa

Aż dziw bierze, że tak niezwykły temat czekał na swój literacki pomnik całe siedem lat. I wypłynął dopiero w czasie konkursu na powieść o Wrocławiu zorganizowanego przez działającą w tym mieście oficynę Atut. „Fala” napisana przez debiutującego w roli pisarza Jarosława Kolasińskiego (na co dzień funkcjonariusza Straży Granicznej), otrzymała tylko wyróżnienie, ale spośród pięciu wydanych do tej pory książek, oznaczonych symbolem niedźwiadka, wydaje mi się najbardziej „wrocławska”. A to dlatego, że żadnego innego z wielkich miast polskich, stosunkowo najczęściej inspirujących pisarzy, nie nawiedziła powódź, zatem akcja powieści poświęconej temu kataklizmowi nie mogłaby się rozgrywać gdziekolwiek, o czym można by spekulować w przypadku innych nagrodzonych tytułów.

Wielki temat z pewnością nie przerósł Kolasińskiego, może właśnie fakt, że to świadectwo wyszło nie spod wprawnego pióra znanego literata, reportera czy naukowca zadecydował o tym, iż powstał zapis sugestywny i wzruszający, doskonale oddający atmosferę tamtych dramatycznych chwil. Tu nie potrzeba było wielkich zabiegów konstrukcyjnych – relacja dzień po dniu oraz symultaniczne pokazanie bohaterów mieszkających w różnych punktach miasta i w rozmaity sposób „zatrudnionych” przy obronie miasta oraz pomocy niesionej powodzianom wystarczyły w zupełności. Taki odbiór rzeczywistości narzucił sam kataklizm: ważne było, co właśnie zalewa, jaka dzielnica lub osiedle zostały przez żywioł pokonane, a które się obroniły. Wszyscy wtedy, na pewno przez pierwsze trzy dni, mieli na podorędziu plan miasta i radio włączone non stop. Wrocław stał się całym światem, a każda minuta mogła diametralnie zmienić sytuację. Nie potrzeba też było specjalnych zabiegów stylizacyjnych – na czas powodzi miasto stworzyło swój własny język, znakomicie w „Fali” oddany. Co dzień obserwować można było sytuacje jak z sennego koszmaru, ale i takie, którymi pożywiłby się niejeden kabaret.
Kolasiński nie musiał właściwie niczego kreować – popisał się tylko bystrym okiem i nie gorszym słuchem. Ale oczywiście i jego wkład jest w tej powieści znaczny. Przedstawił przecież wymyślonych bohaterów (choć opierał się o konkretne postawy) i ciekawie ich scharakteryzował: niby są zwyczajni a jednak nietuzinkowi, nie tylko z racji bohaterskich wyczynów, do jakich zostali zmuszeni. To on skomponował sceny tak, by oddać grozę żywiołu. To on także bezbłędnie wychwycił ludzkie reakcje: gniew, bezradność, ale i odwagę, życzliwość, skłonność do bezgranicznego poświęcenia. Oraz poczucie humoru, które zmęczonym i przerażonym obrońcom towarzyszyło niezmiennie. Było być może ich najważniejszym sprzymierzeńcem. Z pewnością jako wrocławianka (która powódź przeżyła w suchej części miasta) nie potrafię spojrzeć na „Falę” w pełni obiektywnie. Niewątpliwie znalazły się tutaj sekwencje jasne i poruszające głównie dla moich ziomali. Ale nie tylko, jak sądzę.

Jarosław Kolasiński jest autentycznym literackim talentem zrodzonym w niecodziennych okolicznościach, na co kapitalny dowód stanowi finał powieści: bardzo śmieszny i gorzki zarazem. Po nim zapomina się o wszelkich niedoróbkach czy wstydliwych przemilczeniach na temat postępków niezupełnie heroicznych. Koniec końców mogłabym, jak przeklinana wtedy powszechnie we Wrocławiu Maria Wiernikowska powiedzieć: „Widziałam” – także coś innego – lecz chyba nie umiałabym zrelacjonować tego wszystkiego lepiej.


Lucyna Spica
(księgarnia internetowa Mentis)


Jeżeli Olga Tokarczuk i Urszula Kozioł zobaczyli w książce to coś szczególnego, to czapki z głów przed autorem książki!

Bohater - narrator- relacjonuje, opisuje, patrzy na przebieg zdarzeń z lotu ptaka, ogarnia całość. Przedstawia w książce zmagania ludzi, ich solidarność w nieszczęściu. Opisując losy rodzin sobie bliskich, uwrażliwia czytelnika na nieszczęścia losowe. Uczy innego spojrzenia na wiadomości o kataklizmach. ukazuje tragedie, zmagania pojedynczych osób. Jest to powieść wielowątkowa. Kolasiński oplata czytelnika, jak pajęcza siecią, losami bohaterów.
Rysiek i jego rodzina, realistycznie oddajesz klimat kresowych rodzin, gdzie ojciec jest zaborczy w stosunku do synów. Jeśli chodzi o gospodarstwo, jego krwawicę, za żadne skarby nie chce jej przekazać żadnemu z synów. Na wsi w wielu rodzinach, poczucie niespełnienia u synów, którzy chcieliby być już na swoim często prowadzi do cichej a czasem otwartej walki między ojcem a synami.

Weronika. Pisząc wiele o Weronice, autor potrafi wczuć się w psychikę kobiety! A to wielka sztuka. Ciekawie namalowany portret zaborczej kobiety , której brakuje wewnętrznej delikatności , dyplomacji. Postawa egoizmu, chęci zawładnięcia mężem nie sprzyja budowaniu dobrego związku. Ma być tak, jak ona chce. Czasem przebijają z jej postawy nutki tęsknoty za czymś, co nazwałabym chęcią bycia kobietą seksowną. Świadczy o tym epizod w domu Stasia. Ich syn, wyczuwa te fałszywe nuty i manipuluje nimi. Dzieci intuicyjnie wyczuwają niejednoznaczność w spojrzeniach, gestach, pojedynczych słowach. Ładnie oddany klimat tym razem rodziny z miasta.

Pan Staś i jego kumple: symbol ludzi z marginesu społecznego. To pragmatycy i w dodatku z wielkim sercem! Kolasiński opisuje ich ciekawie i tak po ludzku.

Olaf, zagubiony w życiu humanista. Nieciekawa aparycja, malkontent, introwertyk, brakuje jemu tej iskry, która oświetla życie i nadaje sens, rytm naszym codziennym zmaganiom.
Ewa, no cóż, współczesna kobieta sukcesu, wszystko zaplanowane z góry, nie znosi sprzeciwu, kieruje się w życiu zasadą sukcesu zaplanowanego w każdym calu. Uczucia, emocje, to dodatek do życia. Liczą się efekty działań! Za to Jurek jest super! wszystko robi z pasją! Nie broni się przed uczuciami, jak kocha to całym sobą!

Halina, studium kobiety przegranej... czy z własnej winy? Nie ocenia. Zakodowane poczucie winy, próby łączenia, spajania tego co już dawno rozpadło się... Gosia i Hufnal, młodzież dla której znakiem rozpoznawczym są: glany, narkotyki, ćwieki. To ich styl! I nie zapomniał o nich napisać.

Z czym miałam problem czytając. Otóż... na początku nie mogłam się połapać, co łączy poszczególne postacie ze sobą / teraz wiem zaplanowany spływ/. Jednak, zanim doczytałam się, musiałam wiele uwagi poświęć na rozmyślania o co tu chodzi. Gubiłam się w tych wątkach, do momentu gdy dowiedziałam się, że są to przyjaciele.

Troszkę zabrakło mi w środku opisów przyrody, poetyckiego klimatu. Jak to autor czyni we wstępie, opisując Odrę poetycko, tajemniczo, wręcz empatycznie. Warto przeczytać!


Inn
(Fabrica Librorum)


Fala Kolasińskiego (wynurzenia czytelniczki).

Śpieszę dzielić się uwagami po lekturze powieści Yarrego, zanim zrobią to inni docenci. Wyznać muszę, że kiedy rozpoczynałam czytanie dręczyła mnie nie tylko ciekawość, ale także (o wstydzie!) niepokój. Pierwsze z uczuć nie wymaga, ogólnie rzecz biorąc, wyjaśnień, choć intrygowało mnie w szczególności, na ile nasz fabryczny kolega, świetny obserwator i prześmiewca, pozostał wierny sobie, swojemu stylowi pisania. Dlaczego jednak niepokój?

Spośród książek, które udało mi się w ostatnim czasie przeczytać, nie wszystkie wzbudziły mój entuzjazm. Z Masłowską i jej „Wojną...” męczyłam się nieco, jeszcze gorzej było z niewielkich rozmiarów i mniej znaną książeczką Karola Maliszewskiego „Faramucha”. Tu dosłownie przy każdej stronie zastanawiałam się, ki diabeł mnie pokusił, by to kupić (jak już wezmę do ręki, przebrnąć muszę, choć Isaac Bashevis Singer nie pochwaliłby mnie za to*). U Masłowskiej nudzi temat; odkąd Ettore Scola dał nam film „Odrażający, brudni, źli”, nikt już, bez częściowego przynajmniej powielania, lepiej o tego typu sprawach nie opowie. Maliszewski natomiast dręczy czytelnika językiem, lepi ciężko każde zdanie jak zbyt twarde ciasto, nie pozwala snuć się luźno wyobraźni (owszem, kilka zgrabnych sformułowań w „Faramusze” znalazłam).

Jako czytelniczka, dość mam przebijania się przez powoje całkiem niepotrzebnie rozrośniętych epitetów (i nie jestem w tym odosobniona**), dość epatowania mnie pewnego typu bohaterami. Jak nie narkoman, to szef mafii, albo inny rzezimieszek, dajmy na to, kombinujący polityk lubo politykujący kombinator – wąsko postrzegany przez literaturę i kinematografię przekrój społeczny, albo może raczej wybiórczo. Nie przełamuje tego schematyzmu tworzenia postaci nawet nominowany do Nagrody Nike Daniel Odija w powieści „Tartak”. Poruszających się na pograniczu prawa, czy też wysuniętych na społeczny margines bohaterów nie brak i tutaj. Nad tym wszystkim, kilka lat świetlnych wyżej, znakomity utwór Wojciecha Kuczoka, którego tytułu nie muszę, chyba, przytaczać. Dzieło językowo i treściowo tak celnie uderzające w mój gust, że po przeczytaniu (znaczy pochłonięciu!) pochwaliłam gromko grono zacnych znawców decydujących o przyznaniu Nike: Dobry wybór! Niech ma, gościu, słuszną kwotę! Niechaj siedzi i nie drenczon brakiem many, pisze żwawo dalsze dzieła literackie.

Tak więc biorąc w ręce ładnie wydaną, całkiem pokaźnych rozmiarów książkę Jarosława Kolasińskiego „Fala”, nie byłam spokojna. W jakim miejscu na tle choćby wyżej wymienionych utworów `znajdzie się konkursowe dzieło o tematyce dolnośląskiej? Odetchnęłam z ulgą wyczytując z okładki, że to o powodzi, a nie o fali w wojsku, ani też, nie daj Boże, w szkole. To pierwszy duży plus dla Yarre. Dał nam szansę poczytania o „normalych” ludziach. O przewadze normalności w folklorze społecznych subkultur.

Drugi plus to konstrukcja powieści. Yarre za sprawą swego wnikliwego umysłu wyciągnął co najistotniejsze z kina akcji, a nade wszystko z filmów katastroficznych. Ledwie co przejęłam od listonosza przesyłkę z Wysyłkowo.pl, i wciśnięta w fotel w lekturę się zatopiłam (!!!), już śledzę z niepokojem przeplatające się wątki; dzieci, wnuki odpędzam. Oderwać się nie mogę, jakbym oglądała „Rój”, albo „Płonący wieżowiec”. Pierwsze skojarzenie z katastroficznym filmem wywołała postać w gumiakach i sztormiaku, reszta to skutek autorskiego zabiegu: jednoczesnego śledzenia tragedii wielu bohaterów postawionych przez żywioł w niecodziennych sytuacjach. Dynamiki dodają utworowi także zgrabne dialogi. Autor stawia na dialogi, choć i sceneria wymalowana nader plastycznie, a miejscami nawet naturalistycznie. Na uwagę zasługuje opis rzek pragnących odwetu za złe traktowanie w przeszłości – jest naprawdę znakomity, jak i cały pomysł z uosobieniem wód rzecznych.

Druga połowa powieści nieco słabsza językowo. Widać pośpiech w budowie zdań i niedokładność korekty. Dodatkowo w trakcie czytania prześladuje czytelnika słowo: tafla. Być może taka już jest uroda utworów pisanych na konkurs. Gdyby jednak zechcieć sięgać po kolejne nagrody, warto by nad drugą częścią popracować. Ale to oczywiście czepianie się, więc rzeknę sobie jak jedna z bohaterek: „Luzik, mamuśka”, bo i tak w moim prywatnym rankingu stawiam całość pomiędzy „Tartak” a „Gnój”. Wyrokuje o tym zarówno temat „Fali” jak i umiejętność podsycania przez autora ciekawości czytelnika na każdej dosłownie stronie.

Czytając powieść trudno oprzeć się wrażeniu, że jest ona w jakimś wymiarze zbiorem zabawnych, skrzętnie zgromadzonych anegdotek. Z nutą niedowierzania czytam, jak to przy budowie wałów z piachu obok siebie pracują ksiądz, metalowiec, punk, nastolatek z dzielnicowej wylęgarni osiłków, wymalowana jak na sylwestra panna i jeszcze do kompletu strażak. Cały Yarre – skumulować takie grono w jednym punkcie czasu i przestrzeni. W innym miejscu krótka scenka jak to docent z doktorem przenoszą worki z piaskiem i dyskutują o poglądach Kanta i Nietzschego. Debiutujący pisarz, ani na moment nie zapomniał o wrodzonej naturze prześmiewcy. Dzwoneczki miast szelestu kartek pobrzmiewają, a spod robaczków liter przebłyskuje kpiarski uśmiech Stańczyka.

Pisząc „Falę” Jarosław Kolasiński – Yarre odwalił kawał dobrej roboty. Za wiek, dwa jakiś przyszły Sienkiewicz nie zasiądzie przy klawiaturze, by historię potopu Wrocławia napisać. Nie zasiądzie, bo nie będzie takiej potrzeby. Kolejne wydanie faktograficznej powieści znakomitego pisarza z początku XXI wieku dostępne będzie na memorycubic, zastępujących dzisiejsze płyty kompaktowe. Któryś z naszych praprawnuków, mieszkaniec starego kontynentu studiujący historię miast europejskich, sięgnie po pudełko o wymiarach: 10cm x 10cm x 1cm, zawierające 100 memorycubics. Z tego to pudełka specjalnymi szczypcami wydłubie sześcianik przypominający kostkę do gry w Chińczyka ( 1cm x 1cm x 1cm). Zgromadzone na niej będą wszystkie dzieła literackie XXI wieku. Nasz praprawnuk ułoży się w wygodnej pozycji, w swym sterylnie czystym mieszkanku (bez kurzu okrywającego nieistniejące książki) z okularo – słuchawko – opaską na głowie. Za pomocą niewielkiego urządzenia trzymanego w dłoni przyswoi sobie powieść Yarrego. Nie sądzę, aby odtwarzając z cuberekonstruktora ten mini fragment historii choć przez jedną chwilę się nudził. Oby inne „czytane” przez niego książki były równie interesujące! O, Yarre! Myślę, że Singerowi by się podobało.
----
* Singer mówi: Nie uważam, że beletrystyka jest wtedy dobra, gdy czyta się ją z wysiłkiem. („Rozmowy z Singerem”, Rychard Burgin)

** Singer mówi: Nasze odkrycia nie powinny dotyczyć słów, wyrażeń czy stylu, a raczej nowych etapów i aspektów ludzkiego zachowania. Pisarz, który cały czas duma nad swoim stylem, nie dokona odkryć. („Rozmowy z Singerem”, Rychard Burgin)



AndyZa
(Fabrica Librorum)


Czytanie z Fali

Zdecydowałem się na przeczytanie Fali ze względu na miejsce akcji - Wrocław. To było kiedyś 'moje miasto'. Chciałem sprawdzić jak Autor poradził sobie z nawigacją oraz uzupełnić wiedzę o powodzi z 1997 roku.

Kiedy skończyłem, wyobraziłem sobie czytelnika z Mazur - nazwy ulic i kierunki zalewu miasta nie mają dla niego specjalnego znaczenia. Przeanalizowałem więc sposób narracji, dialogi i język. W tym momencie wypłynęło na wierzch zacięcie Autora w kierunku felietonu spod znaku humoru i satyry. Cała sztuka w tym, że temat nie jest zabawny a jednak takie ujęcie nie razi. W dialogach nawet przyciąga. Tworzy obraz ludzi, którzy w obliczu katastrofalnej klęski dodają sobie otuchy trzymając fason.

Wracając do Mazur. Autor sprytnie tworzy splot dwóch wątków: nie doszłego do skutku kajakowego spływu i niespodziewanej powodzi. To woda spłynęła po ludziach a nie odwrotnie. Pytanie czy tylko spłynęła, czy też zmieniła ich, zmyła z nich egoizm i wyalienowanie? Co do języka, bawią lwowskie odzywki, slang ludzi z "Trójkąta Bermudzkiego" również do przyjęcia. Drażnią nieco rusycyzmy, chyba że to ukłon w stronę ludzi spod znaku "Akcja Wisła".

Dziękuję Autorowi za temat. Kiedy jestem we Wrocławiu coraz mniej widzę 'mojego miasta'. Po Fali już wiem dlaczego. Zostało zmyte a następnie zeskrobane i przerobione. Powódź, mimo że jej nie odczułem na własnej skórze zabrała mi obraz Wrocławia drugiej połowy XX wieku i przeniosła do pamięci - mam nadzieję - nieulotnej.

Jak na dwa miesiące pisania powieści i proporcjonalną porcję czasu na korektę całości to wyszło bardzo dobrze. Dziękuję za chwile żywego obrazu in my mind. Dzięki Fali byłem wszędzie tam gdzie bohaterzy powieści i wirtualnie współodczuwałem ich problemy komunikacyjne, lokalowe, energetyczne, wodociągowe, kanalizacyjne i odpadowe, zaśmiewając się jednocześnie z ich żartów, w większości jak najbardziej na miejscu. Mógł Benigni wpleść komedię do holocaustu może i Kolasiński zrobić to, co zrobił w Fali.

Władysław Ryś
(poeci.com)

 

Zimą o lipcowej powodzi

Czy możecie sobie wyobrazić dziwne, srebrzyste refleksy, które przykuwają uwagę w miarę jak się do nas przybliżają, aż wreszcie okazuje się, że całą szerokością ulicy płynie woda? A taką sytuację: na koronie wału, który jest obronnym szańcem z wypełnionych ziemią worków, ostatnim wysiłkiem położonych – pojawia się ekipa saperów, której zadaniem jest przerwanie tegoż wału, zalanie wsi, których mieszkańcy strzegą? A wędrówki klatką schodową w górę i spotkania towarzyskie sąsiadów na dachu bloku mieszkalnego? Jeżeli jesteście tego ciekawi, to koniecznie musicie przeczytać książkę Jarosława Kolasińskiego pt. „ Fala”.

Treścią książki są relacje z przebiegu powodzi – Wrocław A.D. 1997. Dziewięć dni, od 10 do 18 lipca. Osią fabuły – przeżycia grupy znajomych, którzy zamierzali się wybrać na wspólny spływ mazurskim szlakiem. Ale to wody Odry, Oławy i innych dopływów ku nim przypłynęły...

Reakcje Wrocławian na doniesienia o powodzi w górnym biegu Odry niewiele różniły się od przeżyć mieszkańców odleglejszych obszarów Kraju. Nawet doniesienia o nadal wzbierającej fali kwitowano niejako rutynowym powiedzeniem, że solidny Niemiec zabezpieczył gród sprawnym systemem śluz i umocnień. Do czasu. Później obowiązywał już podział na tereny zalane i całą resztę. Faktografii dotkniętego klęską miasta towarzyszą rozważania autora natury historyczno-socjologicznej, jak choćby próba uwypuklenia zabużańskich rodowodów mieszkańców Wrocławia. Niejako obsesyjnie wraca temat syzyfowego wysiłku w zwalczaniu wulgaryzmów, szczególnie w relacjach z „Trójkąta Bermudzkiego”, gdzie „ ktoś, kto nie miał konfliktów z prawem, był człowiekiem wyjątkowym”. Nadmienię jeszcze o spontanicznie zrodzonym solidaryzmie ludzi w obliczu zagrożenia. „Worek – piasek – sznurek” powtarzali zgodnie bibliotekarz, klerycy w roboczych ciuchach i ludzie z marginesu.

Konkrety, oceny i wnioski – czasem oczywiste, częściej kontrowersyjne – wyrobi sobie szanowny czytelnik równolegle z postępującą falą, bądź po zakończeniu lektury.

 

wstecz