Co ma Biesłań do Smoleńska?
 

Zamieszczony poniżej felieton („Nas nie dogoniat!”) napisałem 05-09-2004, zainspirowany festiwalem rusofobii w naszych mediach w sytuacji, gdy odmienny powinien w nich ton pobrzmiewać. Jakoś mi się w tych dniach przypomniał. Dziwne? Tak się składa, że sześć lat po tragedii biesłańskich dzieci, kiedy to mieliśmy jako nacja poważny problem z empatią wobec ofiar i ich rodzin, wydarzyła się smoleńska tragedia. Nasza. Ku (chyba lekko obraźliwemu dla nich) ogromnemu naszemu zaskoczeniu Rosjanie okazali nam szacunek w tragicznych chwilach i współczucie. Czy rację mają marzący o normalnych (na fundamentach smoleńskich budowanych) stosunkach polsko-rosyjskich (i „na szczeblu”, i „wśród ludzi”? Wątpię. Wiele z tego nie będzie. Raczej.

Dzisiejszy festiwal rusofobii trwający w mediach i jakże pięknie pielęgnowany w ogródkach naszych prywatnych rozmów przechodzi najśmielsze wyobrażenia. Nie tylko moje. Nie chcę się wdawać w analizy możliwości zamordowania polskich polityków za pomocą elektromagnesu made in Russia, sztucznej mgły, na temat rzekomego dobijania rannych - nie jestem psychiatrą. Rzadko można mieć jednak okazję obserwowania narodu (któremu się zdaje, że wszystkie inne istnieją wyłącznie po to, by nas gnębić) gdy tapla się w obrzydliwym bajorze ssanych z biało-czerwonego brudnego palucha insynuacji, oszczerstw, oskarżeń. Bardzo to obserwacja pouczająca: nas powinni wszyscy przepraszać po kilka razy za to samo, przeprosiny uznawane przez nas są za mające miejsce dopiero wtedy, kiedy ich treść co do przecinka pokrywa się z wymaganym przez nas tekstem. Jednocześnie my, ofiary drańskich knowań reszty świata, możemy bez najmniejszej żenady oskarżać, posądzać. Żeby jeszcze brylowali w tym procederze zwykli debile internetowi, ale nie. Aż tak dobrze nie jest.

Oczywiście i w tym szaleństwie jest metoda - cienia śladu już w polskim myśleniu nie ma po katyńskim spotkaniu Tusk - Putin, po wdzięczności naszej za fale współczucia jaka po smoleńskiej katastrofie wezbrała w Rosji i przelała się do Polski. Sieroty po IV RP skutecznie stymulują festiwal bredni antyrosyjskich, dając do zrozumienia (jak swego czasu wehrmachtowym dziadkiem), że rządowy nasz samolot spadł skutkiem zamachu. Intencja jest oczywista: im mniej rosyjskich knowań w tle naszej tragedii, tym bardziej rzecz wygląda „tylko” na tragiczny wypadek, a ofiary na „po prostu” tragicznie zmarłe. Im zaś więcej spiskowego smrodu, tym prawdziwiej brzmi teza: oni polegli. A im bardziej polegli, tym łatwiej zamyka się pyski twierdzącym, że pasażerowie roztrzaskanego samolotu przez samą swą śmierć nie anulowali swych błędnych - czy jak chcą inni - rozpaczliwie czasem dla Polski szkodliwych posunięć. Jeśli zaś byli bez skazy, nikt nie ma prawa postąpić inaczej, niż oddać swój głos za kontynuacją dzieła. I o to przecież chodzi. To obrzydliwe, że w ten sposób bezczelnie zawłaszcza się narodową żałobę (przecież nie tylko po prezydencie, do ciężkiej cholery!) oraz powszechne współczucie ofiarom i ich rodzinom za nic mając to, że oprócz orędowników IV RP zginęli tam i ludzie, którym z ową koncepcją absolutnie nie było po drodze. W tej układance - rusek (ruchal wręcz) jako diabeł, jest absolutnie na miejscu. Diagnoza, że najlepiej kupić polskich wyborców rusofobią po raz kolejny okazuje się (vide sondaże) absolutnie słuszna. To tyle refleksji na temat, o którym obiecywałem się nie wypowiadać, przez zwykłe obrzydzenie do tego, z czym by trzeba było polemizować. Nie udało mi się zdzierżyć.

Poniższy felieton opisuje nie polską ku Rosji skierowaną empatię podczas ichniej narodowej traumy, ale jej brak. Kto uważa, że jesteśmy od Rosjan bezwzględnie lepsi - niech sobie porówna sytuacje biesłańską i smoleńską - być może, będąc wobec siebie uczciwym, będzie musiał zmienić zdanie. Kto uważa, że kretynów i drani w każdym narodzie odsetek jest podobny - czytać niespecjalnie musi, gdyż za wiele nowego nie tu nie znajdzie. Jedno jest dla mnie pewne: patriotyzm to nie tylko wspólnota dumy (wbrew coraz powszechniejszemu u nas mniemaniu a la wiadoma polityka historyczna), ale i wspólnota wstydu. Przyznam bez bicia, że kiedy przypominam sobie nasze „refleksje” i „empatie” w czas Biesłanu, przyrównuję reakcję Rosjan na Smoleńsk, kiedy jednocześnie obserwuję skretynienie polskie dzisiejsze (u jednych genetyczne, u drugich nabyte, gdy trzeci trzeci cynicznie rozgrywają partię wyborczego pokerka) - znowu bliżej mi do tej drugiej wspólnoty. Ponieważ porównanie naszej wobec Rosjan empatii do dziś nam przez okazywanego współczucia wypada dla nas wręcz poniżająco.

07.05.2010



Jarosław Kolasiński
 

Nas nie dogoniat!
 

Właśnie posądzono nas o rusofobię i jesteśmy z tego powodu bardzo oburzeni. Czy słusznie? Rosjan nigdy nie kochaliśmy (z wzajemnością) i nie sądzę, żeby ostatnio zmalała w sposób znaczący liczba Polaków uważających „ruskich” za podstępnych, niecywilizowanych i wrogich nam osobników. Od kilku natomiast dni podczepione pod Kreml rosyjskie media zarzucają naszym środkom przekazu antyrosyjskość wobec biesłańskiej hekatomby. Nie bardzo rozumiem, po co strofujący nas Rosjanie posuwają się do kłamstw i deprecjonują w ten sposób swoje zarzuty. Nie mają przecież potrzeby łgać, nie muszą np. zmyślać nieistniejących tytułów internetowej mutacji „Gazety Wyborczej”, skoro wystarczy uczciwie ją zacytować. Można też włączyć telewizor.

Nie ma też sensu snucie przez Rosjan spiskowych teorii, że oto tajemniczy „ktoś” zarządził w Polsce antyrosyjski ton komentarzy. Nie kwestionując tego, że nastawienie naszych mediów jest (w kwestii Biesłania) mocno antyrosyjskie uważam, iż przyczyną tego nie są konspiracyjne spiski. Polska rusofobia ma się doskonale, a jej grube korzenie tkwią głęboko w historii tak odległej, jak i tej najbliższej. Jest to tak oczywista prawda, że szkoda czasu by to wałkować.

W sojuszniczych, amerykańskich polish jokes Polacy występują w roli niecywilizowanych głupków. Boli nas to i wielce się nam nie podoba, ale co poradzić, skoro nawet bezpłatnych wiz nie umiemy za Wielką Wodą sobie załatwić? Pewnie dlatego, by nam to wynagrodzić Pan Bóg stworzył Rosjan. Już w przedszkolu dowcipy jakimi się raczymy, mówią o wyższości Szwaba nad Ruskiem, a Polaka nad nimi dwoma i całą resztą. „Polak, Niemiec i Rusek....” W wieku późniejszym opowiadamy sobie już nieco inne historie, a Rusek z idioty przepoczwarza się w monstrum, przez całe swoje dzieje żądne krwi, w wolnych chwilach nadal jednak jest to tępak i dyletant w prawie każdej dziedzinie. Wszelkie chwyty są tu dozwolone, na co dowodem najlepszym jest wysoki u nas nakład pewnej węgierskiej książki „udowodniającej”, iż Gagarin wcale nie był w kosmosie. Wydaje mi się, że co wolno berbeciowi noszącemu w plecaczku kredki i trampki na zmianę - nie uchodzi człowiekowi dorosłemu, występującemu w roli eksperta, czy z racji zawodu kształtującemu opinię publiczną.

O rozpoczęciu się rzezi w Biesłaniu dowiedziałem się z radia. Najpierw zdzielono mnie w łeb ociekającym krwią obuchem suchych faktów, potem „uporządkował” mi myśli spiker, cytujący opinię eksperta: „W Biesłaniu zwyciężyła rosyjska mentalność nie liczenia się ze stratami w ludziach” (wyraźnie słyszałem „rosyjska” a nie „radziecka”, jak potem odczytałem w Internecie). Słowa pana płk Polki cytuję (za spikerem) z pamięci, więc być może niezbyt precyzyjnie, co mnie martwi, gdyż oficer ten jest przecież ekspertem w kwestii narodowych mentalności. To w końcu jego podwładni zrobili sobie w Iraku fotkę z amerykańskim sztandarem, co tylko niektórych w Polsce zniesmaczyło. Mnie również. Teraz jednak widzę sprawę w zupełnie innym świetle - może to po prostu zwyciężyła stara polska mentalność nieliczenia się z barwami narodowymi? Głupia i złośliwa teza, prawda? Cóż, kiedy nas podobne tyczą, widzimy to od razu. A gdy sami mówimy o innych?

„Błyskotliwą” analizę postępowania Rosjan w Biesłanie płk Polko wygłosił zanim jeszcze ktokolwiek cokolwiek dokładnego wiedział o tym, co bezpośrednio spowodowało rzeź. Minęło już ponad tydzień i nadal tego na sto procent nie wiemy. Nasuwa się więc pytanie: czy poddając rzecz analizie, pan ekspert wiedział więcej od innych, czy nie znał, no skazał? Obawiam się, że mamy do czynienia z wariantem drugim. Opiniodawca przecież wiedział doskonale, że Rosjanie zwykle nie liczą się ze stratami i nagle usłyszał, że ma miejsce nieludzka jatka. Od razu wyciągnął więc wniosek, że mając w pogardzie życie ludzkie, Ruskie uderzyli i główna wina za śmierć setek ludzi jest ich, a nie terrorystów. I nie ma znaczenia, że opinia światowa kogo innego obciąża, i nie jest tu istotne, czy już wiadomo wszystko, i nie jest ważne, czy i teraz tak było, jak poprzednimi razy. To nie sąd i nie ma obowiązku wątpliwości tłumaczyć na korzyść oskarżonego, tym bardziej, że to Rusek. Ja rozumiem, że będąc fachowcem od działań zbrojnych niekoniecznie można za każdym razem wypowiadać się rozsądnie, ale skoro jest się cytowanym jako ekspert - to jednak wypadałoby. Co uchodzi (posługiwanie się gdybanymi stereotypami) u cioci na imieninach, nie powinno się zdarzać w publicznych wystąpieniach.


Z przerażeniem i zgrozą śledząc doniesienia z Osetii, w miarę upływu czasu zaczynałem mieć coraz silniejsze wrażenie, że w wielu polskich komentarzach jakby bardziej chodziło o to, by choć troszkę „dokopać Ruskim”, niż o cokolwiek innego. Nie upierałbym się jednak przy opinii, że oto ktoś z radością zacierał ręce widząc tragedię w Osetii i radowała go nadarzająca się okazja przejechania się po odwiecznym wrogu. Sądzę, że raczej była to mimowolna (?) erupcja rusofobii, w której nas chyba nie dogonit nikto i nikogda. To, że ma ona swoje podstawy historyczne, nie zmienia faktu, że w ostatnich dniach nie powinno być na nią miejsca.

Ostrowski i Szostkiewicz piszą w „Polityce”: „11 września w Ameryce spowodował przerwanie programów telewizyjnych w Polsce i wydania specjalne gazet, tym razem tak nie było - bo za daleki dramat? Bo Rosja, a nie Ameryka? Ale zwykli Polacy zareagowali podobnie: przed rosyjskimi placówkami dyplomatycznymi zapalali nagrobne znicze.” Owi „zwykli Polacy” oraz minuta ciszy w naszych szkołach dają nadzieję, że może kiedyś nie będzie się u nas różnicować reakcji. (Inna rzecz, że wolałbym nie palić świeczki pod placówką rządu, który pacyfikuje Czeczenię, jednakże biesłańskie dzieci swojej ambasady nie posiadają.)

Kiedy w TVN24 cytowano opinie z innych krajów, dominowały w nich wyrazy oburzenia na bestialstwo terrorystów. Natomiast w naszych komentarzach więcej mówiono o postępowaniu Rosji w Czeczenii, sugerowano Putinowi rokowania z niepodległościowymi ugrupowaniami, przypominano o znęcaniu się Rosjan nad jeńcami, wiele też słów padło o innych zbrodniczych poczynaniach rosyjskiej armii w zbuntowanej republice. Nie uważam, że nie powinno się o tym mówić. Nie uważam, że rzeź biesłańska każe nam zapomnieć o treści rosyjskiej polityki na Kaukazie. Nie! Nie tak! Trzeba mówić o tym wszystkim i pamiętać! Z całą mocą i konsekwencją. Czy jednak akurat wtedy, kiedy w biesłańskiej szkole słychać jeszcze strzały? Moim zdaniem - NIE TEN MOMENT! NIE TEN CZAS!

Inny ekspert (zapomniałem nazwiska), były snajper GROM-u widział to podobnie: „Nie musimy kochać Rosjan, naprawdę nie musimy ich kochać, ale w chwili, kiedy ich dzieciom do głowy przystawia się pistolet, musimy się z nimi solidaryzować.” Ano właśnie...
Czy naprawdę AKURAT WTEDY należy „na gorąco” pouczać Rosjan, by wpłynęli na politykę kaukaską swych władz, gdy właśnie opłakują swoje zamordowane dzieci? A może by tak parę chwil odczekać?

A może zrobić tak, jak w stosunku do Izraelczyków? Kiedy palestyński samobójca wysadza się w powietrze w żydowskiej dyskotece, zewsząd płyną (z Polski również) zrozumiałe słowa oburzenia i współczucia. O tym, że dziesiątki lat trzymania Palestyńczyków w gettach nie są najlepszym sposobem zaprowadzenia pokoju mówimy się dopiero za jakiś czas, albo wcale. Kiedy armia izraelska „pohula sobie” w palestyńskich miastach i oglądamy trupy, to o tym, że tydzień wcześniej Hezbollah odpalił rakiety na kibuc mówimy Palestyńczykom w ostatnim zdaniu komentarza, a nie w pierwszym. Czy komentując Biesłań, nie można było czynić podobnie?

Czy TUŻ po 11 września sugerowaliśmy Amerykanom, żeby zabrali się na poważnie do rozwiązania konfliktu w Palestynie? Nie. Mieliśmy dla nich przede wszystkich wiele słów współczucia. Czy Czeczenów rozpaczających po dzieciach przed chwilą zabitych przez rosyjską armię WŁAŚNIE WÓWCZAS pouczamy, by nie pchali się w ramiona przywódców stosujących odwetowy terror? Nie. Zostawiamy to na potem i słusznie. Jest na coś takiego odpowiedni czas. Właśnie tak, moim zdaniem, powinni nasi komentatorzy zachować się i w kwestii Biesłania. Jest jednak inaczej.

Symptomatycznym kuriozum jest artykuł red. Michnika. Mnóstwo w nim pada bardzo mądrych słów na temat postępowania Rosji w Czeczenii, wiele jest mowy o nieludzkim terroryzmie okupujących szkołę w Biesłaniu. Ostatnie zdanie warte jest zacytowania: „Dlatego pogardzie i potępieniu dla okrutnego aktu terroru towarzyszyć musi smutna zaduma nad katastrofą rosyjskiej polityki w Czeczenii.”„(GW z 06.09.04.) Mądre zdanie, prawda? Tylko nijak ma się do reszty wzmiankowanego artykułu, jako że co innego w nim czemu innemu towarzyszy, niż o to apeluje autor. Treścią jest tu raczej „smutna pogarda wobec rosyjskiej polityki w Czeczenii towarzysząca ledwie trzem (sic!) zdaniom potępiającym postępowanie terrorystów w Biesłaniu.” Połowa jednego z owych trzech zdań tyczy „sprowadzenia śmierci tak wielu osób, tak wielu dzieci” przez szturmujących żołnierzy rosyjskich. Czy nie dochodzi czasami do horrendalnego odwrócenia proporcji? Mówię o proporcjach stosownych TEGO dnia, kiedy miało miejsce TO zdarzenie, TA tragedia.

Główne wydanie „Wiadomości”: te same wstrząsające zdjęcia hekatomby jakby z innego wymiaru, znowu okraszone to komentarzami z podtekstem „znowu Ruskom coś nie wyszło”. Zamurowało mnie, kiedy wyemitowano rozmowę z przebywającym w Polsce Czeczenem, który stwierdził, iż „tego nie zrobili moi rodacy, oni nie strzelaliby do dzieci”. Ani przez moment nie przemknęło mi przez głowę mieć o te słowa pretensje do biedaka. Odruch! Zwykły odruch przerażonego człowieka. On - tak sądzę - nie dopuszczał do siebie myśli, że jego naród mógł wydać takie bestie. Nie dziwię się - prawdopodobnie na jego miejscu reagowałbym w pierwszej chwili podobnie. Pytam jednak - jak można było pozostawić słowa Czeczena bez jakiegokolwiek komentarza przechodząc gładko do innego wątku?

Okazał się nim stosunek terrorystów do zakładników. W żadnym innym polskim programie informacyjnym (a oglądałem je na wszelkich możliwych kanałach), ani w telewizji francuskiej nie padło określenie: „Z początku terroryści zachowywali się wobec zakładników życzliwie, potem jednak...” Skąd taka refleksja w „Wiadomościach”? Nie wiem... Opowiada przecież w „Polityce” (10.09.04) jedna z ocalonych - Fatima Ałukowa: „...staliśmy zebrani przed szkołą. Strzelali seriami ponad naszymi głowami. (...) Bili kolbami automatów zaganiając tłum do budynku.”

Mając już dość "Życzliwych Wiadomości" powróciłem do TVN24, gdzie prezentowano wypowiedzi ocalałych zakładników.
Mówił nastolatek o kaukaskich rysach: „posadzili nas na parapetach okien, plecami na dwór. Nie pozwolili się ruszać. Powiedzieli, że jeśli będziemy „szumieć” to co godzinę rozstrzelają piętnastu”.
Zapłakana, umorusana nastolatka: „Spędzili nas wszystkich do sali gimnastycznej, zawiesili miny, osiemnaście min. Nie pozwolili się ruszać, nie pozwolili iść do toalety, nie mogliśmy się napić, piliśmy mocz”.
Inny młodociany zakładnik, którego terrorystom nie udało się zastrzelić: „Wszędzie było pełno książek, ustawili wieże z książek i stali na nich. Kazali nam siedzieć spokojnie, bo jak się wywrócą, to wybuch wszystkich zabije”.
Relacja innej zakładniczki jest jeszcze straszniejsza: „W ciągu pierwszych minut (po szturmie terrorystów na szkołę) było wielu rannych. Tych, którzy leżeli na podwórku szkolnym, dobijano. Terroryści zabijali też mężczyzn, którzy próbowali stawiać opór. Łącznie zginęło około 20 osób. Niektórych rannych Czeczeni wyprowadzili już z sali gimnastycznej i dobili w korytarzu. Dwie kobiety, szahidki, wysadziły się w powietrze na szkolnym korytarzu razem z kilkoma mężczyznami zakładnikami”. (Internet)
I raz jeszcze Ałukowa: „zaczęli zabierać mężczyzn po jednym, po dwóch, do klas. (...) wracali skatowani, słaniali się na nogach, mieli podbite oczy, porozcinane twarze. Potem zabierali jeszcze raz. Słychać było strzały. (...) wyrzucali ich ciała przez okno na ulicę. Rozstrzelali mojego kuzyna i dwóch sąsiadów - ojców uczniów.”

Można udać, że to wszystko kłamstwa, że Ałukowa służy w FSB, wicedyrektorka jest emerytowanym funkcjonariuszem KGB, a przerażone, nagie dzieci są zamaskowanymi kadetami szkół Specnazu. Nawet to jednak chyba nie wystarczy, żeby pleść o rzekomej „początkowej życzliwości” późniejszych morderców. Kiedy jednak mityczną „życzliwość” zestawi się z „mentalnością nieliczenia się ze stratami” sprawa staje się jasna: terroryści być może chcieli dobrze, ale Ruscy zaatakowali. Czym, jak nie głupią rusofobią, w której chyba nikto nas nie dogonit, tłumaczyć takie podejście? Tylko głupotą? Ejże...

Na postrzelanych szkolnych atlasach w Biesłanie stolica Szwecji z pewnością jest zaznaczona, syndromu sztokholmskiego jednak nie tam było, chyba że - wzorem „Wiadomości” - wiemy lepiej. Syndrom ów polega m.in. na tym, że zakładnik skłonny jest przebaczyć porywaczowi i usprawiedliwić jego czyny. By miało to miejsce, uwięziony musi utożsamić się z celami i popierać żądania terrorysty. Niezbędne jest też życzliwe (przynajmniej w miarę) traktowanie terroryzowanego przez terroryzującego. W Biesłanie nic takiego nie miało miejsca. Czy kuriozalny passus o „życzliwym traktowaniu” pojawił się ot, tak sobie, odruchowo, czy może po to, by uwypuklić zbrodniczą nieudolność rosyjskich sił specjalnych, które nie liczyły się z niczym i nie chciały negocjować z bardzo skłonnymi do tego terrorystami? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie inaczej niż tak, że znów nas nikto nie doganiajet.

Niczym nie da się usprawiedliwić beznadziejnego stylu kierowania siłami bezpieczeństwa przez miejscowych niekompetentnych dowódców. I płk Polko ma tu rację, i gen. Petelicki i wielu innych. Dymisja, do której podał się dowódca, to stanowczo mało, wobec tragedii. Dlaczego jednak karygodnemu bałaganowi w Biesłaniu przeciwstawiano w naszych telewizjach akcję w Limie? W stolicy Peru tak zmęczono ongiś terrorystów czterema miesiącami negocjacji, że sama akcja mogła być perfekcyjna: jeden tylko zakładnik zginął, a ambasadę Japonii odbito. Po co zestawiać że sobą absolutnie nieporównywalne przypadki? Jak można porównywać porwanie kilkudziesięciu dyplomatów (mających przez cztery miesiące pod dostatkiem jedzenia i picia) do sytuacji z Osetii? Tam przecież oblegający szkołę pragnęli (tego, do diaska, nie wolno kwestionować!) uwolnić ponad tysiąc osób, w tym dzieci, które miały po metrze kwadratowym na trzy i pół osoby, jedzenia ani kęsa, a wody ani kropli? Jak długo starczyłoby im moczu do picia?

Nikto toże nie dogonit komentarza redakcyjnego TVN24: „Jak pokazała akcja na Dubrowce, Rosjanie nie są cierpliwi. W Limie potrafiono czekać cztery miesiące, w Moskwie zaatakowano po czterech dniach, a w Biesłaniu po pięćdziesięciu godzinach.” Jeszcze nie było wiadomo, od czego rozpoczęła się strzelanina, jeszcze „Izwiestija” nie poinformowały o strzałach ze trony uzbrojonych członków rodzin zakładników, a „my” już „wiedzieliśmy”, że zniecierpliwieni Ruscy swoim dyletanctwem i pogardą dla śmierci niewinnych sami doprowadzili do masakry. Czy w świetle takich „kwiatków” będziemy się nadal dziwić opiniom o naszej rusofobii?

Może zabrzmi to jak herezja, ale nie jest ważne, czy zaczątkiem rzezi był przypadkowy wybuch w szkole, czy też pierwszy strzelił ktoś z krewnych uwięzionych w sali gimnastycznej osób. Ważne jest to, że w „odpowiedzi na coś” terroryści (czy to nie za wielki komplement dla nich?) zaczęli z broni maszynowej masakrować nagie, usiłujące uciec dzieci. „Większość rannych dzieci ma rany postrzałowe w plecy” - stwierdził w TVN24 Marcin Kossek. Czyżby dzieciaki co sił uciekając z piekła robiły to twarzą do sali gimnastycznej i trafiali w nie partacze ze Specnazu? Czy może jednak to bestialscy terroryści skupili się na zabijaniu dzieci? Czy nie umyka nam coś, kiedy ktoś strzela dzieciom w plecy, a my wybrzydzamy (i słusznie!!!) na dyletanctwo dowodzenia w Biesłaniu i skupiamy się głównie na (słusznym!) potępianiu zbrodni armii rosyjskiej w Czeczenii? Czy nie umyka nam fakt, że ktoś nie godzien miana człowieka świadomie strzela do bezbronnych dzieci usiłujących uratować życie ucieczką?! Czy, „dzięki” rusofobii, bo przecież banalną głupotą nie da się tego wytłumaczyć, nie zaszliśmy o kilka setek dziecięcych trupów za daleko?

„W Polsce taka panuje fobia antyrosyjska, że na jej podstawie nastąpiło przewartościowanie opinii” - powiedział M. Kossek twierdząc, że nasze media jakby skupiały się bardziej na rosyjskiej polityce na Kaukazie, niż na bestialstwie terrorystów. Na szczęście jemu wierzyć zapewne nie należy, bo to przecież „instruktor m.in. rosyjskich jednostek antyterrorystycznych Alfa i Witiaź”, więc jako taki nieobiektywny i zapewne przekupiony przez „sowietów” lub indoktrynowany. Nie musimy więc przejmować się tym, że sugeruje on, by rzezi w Osetii nie nazywać szturmem oswabadzającym, gdyż szturm to żaden nie był. Czy eksplozja wewnątrz szkoły, czy strzał z tłumu spowodował, że „dzieci zaczęły uciekać. Terroryści... strzelać. Atak rosyjskich żołnierzy, antyterrorystów i uzbrojonych rodziców nie był szturmem, operacją antyterrorystyczną, ale próbą ocalenia tych, którzy jeszcze żyją.” (GW 07.09.04)

Cytowany przeze mnie instruktor twierdził, że w Biesłaniu jednak toczyły się negocjacje, w których „chodziło o powtórzenie scenariusza ze szpitala w Budionnowsku w 1995 roku. Utworzenie korytarza, którym mogliby [terroryści - JK.] uciec.” Rozmowy toczyły się tylko i wyłącznie przez telefon i były zrywane, ale nie przez stronę rosyjską. M. Kossek zwrócił też uwagę na to, że negocjacje ze strony zbrodniczego komanda, nie były prowadzone serio. Faktycznie, ciężko uwierzyć, że uważać mogli, iż zmuszą Putina do wycofania armii z Czeczenii, ale nie o to chodzi - sposób zaminowania szkoły wskazuje ponoć na to, że terroryści nie zamierzali się wycofać (w odróżnieniu od Dubrowki), lecz doprowadzić rzecz do końca, czyli wysadzenia w powietrze jak największej liczby ludzi. Być może ekspert posuwa się za daleko (skąd to wiedzieć?), lecz jest to jedna z wersji, które należy wziąć pod uwagę.

Gdyby ktoś twierdził, iż wszędzie widzę demona rusofobii (który zresztą jest mi równie obcy i wrogi jak polonofobia u Rosjan) przytoczę opinię prof. Walickiego z PAN: „W relacjach i komentarzach z Osetii prasa i media polskie odbijają od mediów światowych w stronę krytycyzmu Rosji, co jest naszą przypadłością. Cały świat wyraża solidarność z Rosją i współczucie. Polska też powinna być w tym gronie.” A jest w nim?

Nie bardzo. Przynajmniej nie "Gazeta Wyborcza” wiele papieru zużywająca, by udowodnić, iż wcale nie jest takie pewne, czy zamachu dokonali Czeczeni. W artykule „Ślady Basajewa” pada stwierdzenie, że nieznana jest narodowość terrorystów i omawia się różne wersje, odmienne sugestie na ten temat. Przytoczonej przez TVN24 opinii niemieckich służb specjalnych, iż byli tam „Syryjczycy i Jordańczycy szkoleni w Afganistanie” zabrakło. Swoją drogą, to jeszcze trochę, a okaże, się, że terrorystami byli Ajnowie z Hokkaido dowodzeni przez białego Bantu, a zaopatrywani z powietrza przez Indian z Oslo. Jakoś wszyscy zakładają jednak, że skoro warunkiem uwolnienia zakładników miała być niepodległość dla Czeczenii, to gros terrorystów było narodowości "zainteresowanej" . Zresztą w moich oczach fakt ten nie podważa prawa Czeczenów do samostanowienia.

Co dalej? Co będzie pierwsze, kolejny akt indywidualnego terroru, czy krwawa ofensywa Rosjan? A może Osetyczyjcy się ruszą? (jakoś się do dzisiaj – 05.05.10 – nie ruszyli, a takie to miało być pewne – JK) Czy TERAZ Putin będzie rokować z Czeczenami? Czy TERAZ dostałby na to społeczne poparcie? Nie! Putin to nie de Gaulle, który miał odwagę i zmusił Francuzów do rezygnacji z Algierii. Łudzę się nadzieją i pragnę, by sprawę Czeczenii rozwiązano przy stole rokowań, ale niestety nie wierzę, by stało się to prędko, a tym bardziej W WYNIKU i MIMO szoku pobiesłańskiego. Nie jest to możliwe, więc przypominając Rosjanom o konieczności zakończenia spirali zbrodni, nie udawajmy zdziwionych, że (jeszcze?) rad tych nie słuchają. Nie wolno im jednak pójść za głosem tych, którzy nawołują do pomsty. Oby ich nie posłuchali...

Podstawowym celem terroryzmu jest rozgłos wokół akcji, idąc dalej - wysunięcie na plan pierwszy przyczyn decyzji o podjęciu aktu terroru. Terroryści pragną, żeby mówić o nich, jako o ofiarach zmuszonych do walki. O ile jednak takie do nich podejście bywa adekwatne, kiedy zakładnikiem jest polityk czy wojskowy, to nie może mieć to miejsca, gdy lufa dotyka skroni dziecka. Rozumie to świat, czy rozumiemy my?

Być może nie należy „podniecać się niewinnością wieku dziecięcego", jako że są to przyszli „zapijaczeni żołdacy”, którzy dopiero pokażą, co potrafią. Być może..., ale w przypadku uwolnionych w Biesłanie Osetyjczyków i Rosjan jakoś by mnie to nie zdziwiło, co nie oznacza, że nie przeraziłoby i nie wzbudziło potępienia. Czy jednak tylko „rosyjska mentalność” i mocarstwowe prężenie sflaczałych muskułów kolonizatora byłyby tu przyczyną?

Czy ocalałych w Biesłanie dzieci (i członków ich rodzin) prawo do stania się skłonnymi do mordu żołdakami byłoby mniejsze, niż czeczeńskich terrorystów, którym podczas wojny Rosjanie wybili krewnych? Czy stosowana przez nas miarka nie powinna być podobna wobec jednych i drugich? Wcale nie będzie przyzwoleniem na niekończące się mordy - wręcz przeciwnie.

Kiedy Rosjanie dokonają nowej zbrodni w Czeczenii, to powinniśmy spuścić serca i języki ze smyczy (a co możemy innego?), ale kiedy dorównają im w bestialstwie Czeczeni, to na ich potępieniu należy się skupić. Moim zdaniem tak wreszcie być musi i powinno, lecz może to mieć miejsce tylko wówczas, gdy nie rosyjskość zbrodniarza nas będzie trwożyć i oburzać, lecz popełniona zbrodnia. Wtedy z czystym sumieniem będziemy mogli oburzać się na zarzut rusofobii wobec tragedii niewinnych ludzi. Niech nas wreszcie ktoś inny pieregonit!


09.09.2004

 

wstecz