|
|
Jarosław Kolasiński
WrocLove’ska formóła
W
2007 r. okazało się, że ankietowani Polacy na piwo najchętniej
poszliby z krakusem lub wrocławianinem. Wawel rzecz zmilczał, nad
Odrą się zafrasowano - skąd niby ta ochota? Toć łatwiej wielbłądowi
przejść przez ucho Gucwińskich, niż trzeźwemu wrocławiakowi nie
oberwać „z dyńki” od ziomka zaproszonego przez kogoś na browarek. I
nie czyni różnicy, czy ów dopiero suszy puszkę, mknąc tramwajem ku
centrum, czy też zaproszenie zdążył przyjąć, zrealizował i właśnie
do domu powraca, radośnie informując o tym okolicę, w tym kosze
na śmieci, szyby przystanków i dachy zaparkowanych samochodów, po
których łatwiej spacerować, niż księżycowymi chodnikami (co krok
krater).
W końcu wykoncypowano we Wrocławiu, że sondowani udzielili wotum
zaufania tamtejszym władzom, albowiem picie piwa, to pogodna zabawa
okraszona pogawędką z kimś wesołym. Uznano zapewne, że nic tak nie
może rozbawić, jak wychylenie kufelka z włodarzami Miasta Pokoju (secundo
voto - Meetnig Place). W tej kwestii consentement règne à
Wroclaw - radny, urzędnik marszałkowski lubo ktoś zarządu
miasta, to idealny piwny kompan. Pod jednym wszakże warunkiem: miast
analizować anatomię wiadomej Maryni, cytować winien stenogramy
posiedzeń i co smakowitsze uchwały. Słuchacz bankowo pęknie ze
śmiechu, a może nawet zakąsi piwko „wafelkiem”, niczym rasowy
brytyjski pijak z importu.
Źródełko ludycznych walorów wrocławskich notabli bije w
mocarstwowości miasta, które imperialną ofensywę prowadzi od lat na
wszystkich możliwych frontach: Euro 2012, EIT, Expo (zwei mal
raptem)… Gdyby nie warszawski (ha!) Mostostal, Madziarzy i
Koreańczycy, same byłyby triumfy. Jednakże nawet sterczące z trzewi
miecze porażek dzielne władze przekuwają na lemiesze sukcesów - w
szaleńczej ofensywie jest bowiem wizerunkowa metoda. Czego by miasto
nie dostało do organizowania (często nie dostaje), to już same
starania rozsławiają je w świecie szerokim, wcale zaś nevadi
(jak mawiają pobliscy Czesi), że również w periodykach satyrycznych
- i one są bowiem czytane przez potencjalnych inwestorów.
Tym właśnie idąc tropem prezydent Wrocławia (jednoznacznie dając
światu do zrozumienia, jak bardzo warto „piwnąć” z wrocławianinem)
wystosował pod koniec 2009 r. list przewodni do Formula One
Management.
Nareszcie! Jeszcze nigdy Formuła 1 nie ścigała się w metropolii
nawierzchniami pretendującej do miana Światowej Stolicy Testu Łosia
(8000 dziur po ostatniej zimie)?! No to pomkną bolidy obrzeżami
zabytkowego centrum (oblężenie w 1945 prawie przecież zdzierżyło),
dwoma z największych mostów, tuż obok Ostrowa Tumskiego. Furda, że
centrum będzie przez kilka dni nieprzejezdne - i bez tego codziennie
ciężko je sforsować. Co do pobliskich kamienic z początku XX w.,
którym ledwo dają radę TIR-opochodne wibracje, to wreszcie rozpadną
się na dobre - żadna strata.
Wrocław oczywiście na Formule zarobi. Za część zysków zbuduje się
ośrodki dla (zapewne nielicznych) wybrzydzających na ryk silników
mieszkańców. Sama ich ewakuacja pójdzie jak z płatka - miasto ma w
tym wprawę (czarna ospa 1963 r., powódź 1997). Niestety, we władzach
dojść może do konfliktu na tle dotacji do cen mieszkań na skraju
planowanego toru - mówi się, że notable już teraz gremialnie
przeprowadzają się tam z podwrocławskich rezydencji. Zanosi się też
ponoć na wojnę na górze prezydenta z regionalnym marszałkiem:
Pole Position jest tylko jedno, kawalerka z balkonikiem tuż nad
nim - podobnie, a dostojników parka.
Na tor przyjdzie długo czekać, ale tubylcy treningi już rozpoczęli.
Kto z nich (i kiedy dokładnie) zluzuje posiwiałego na torze Kubicę -
jeszcze nie wiadomo. Wprawdzie klasycznych bolidów jeszcze nie
widać, ale ich beztłumikowe erzace oraz motocykle z dumnie
uniesionymi kołami - owszem. Cieszyć musi i cieszy, że Policja oraz
Straż Miejska w treningach udziału (na służbie) nie biorą,
trenującym nijak się nie narzucają, choć prawdę powiedziawszy
mogłyby pousuwać z takiej Lotniczej zawalidrogi aspołecznie
usiłujące się po niej poruszać, a zmuszające ścigantów (np.
przedwczoraj o 15.05, 15.07, 15.18, 15.20, 15.24, 15.40, 16.35,
16.55, 17.35, 17.40, 17.55, 18.00) do zwalniania ze 140km/h do
marnych 120.
Nie można jednak mieć wszystkiego, dobrze choć, że Wrocław to nie
totalitarne Melbourne, gdzie się nawet Hamiltonowi konfiskuje auto
za łamanie bezsensownych przepisów. Wrocław to wolne miasto! A jeśli
kogoś tutejsza chrapka na Formułę głupio bawi, to niech wie, że im
śmieszniejszy pomysł władz, tym lepsza promocja wesołego miasta, bo
rośnie u obcego chętka na piwko z tutejszym notablem. To
WrocLove’ska spécialité de la maison. Jak kiedyś we Lwowi
pieczone kasztany.

W deszczu grubo ponad stówą
- ul. Lotnicza we Wrocławiu [fot. Anna
Kolasińska]

|
|