|
|
Jarosław Kolasiński
Kozanów czerwonym wężykiem
Déjà vu? (fot. A.Kolasińska)
„Powódź tysiąclecia” nie może zdarzać się co lat trzynaście. Kilka dni temu wszakże, natura przyznała rację fanom obowiązkowej matury z matematyki: lata natrząsania się z więdnących bez nieopodatkowanych korepetycyjnych dochodów matematyków - wyszły wrocławianom może nie tyle bokiem, co wyrwą w wale antypowodziowym. Okazało się bowiem, że 1000 równa się 13, że „w pamięci” rządzących nie zostało nic, że powodziowej odpowiedzialności nie da się podzielić „z resztą”, a z hydrokatastrof minionych nie sposób wyciągnąć ani pierwiastka, ani przynajmniej wniosków na przyszłość. 20 maja przezorni wrocławianie wykupili cały strategiczny zapas wody mineralnej - nim zrobiło się mokro w piwnicach, już było nerwowo w skołatanych głowach. Spokój zachowywały tylko władze oraz motocykliści, którzy wyposzczeni kilkutygodniowymi opadami - znów uwodzicielsko unosząc przednie kółka - pognali ulicami. Jeszcze większe niż codziennie korki na strategicznym moście Millenijnym oraz wiodącej na Kozanów Popowickiej ścigantów nie powstrzymały, nie inaczej policja - rutynowo zachowując stoicki spokój. Przyszło jej to tym łatwiej, że usiłowała torować drogę transportom piachu grzęznącym pośród setek samochodów wiozących tłumy widzów na polder Kozanów. Cisza przed nadciągającą burzą była głośna. Kiedy już „zagrzmiało” feralnego 22 maja, momentalnie puściły: wał okalający Ślęzę, workowo-stalowa zapora na skraju Kozanowa oraz nerwy pana płk Panasa. Dwa pierwsze wydarzenia poskutkowały zalaniem sporej powierzchni miejskiej sypialni, trzecie natomiast miało dużo poważniejsze reperkusje. Pułkownik w krótkich żołnierskich słowach poinformował TVP Info, iż niniejszym wojsko przejmuje tzw. wszystko. Rzecz do dyskusji, czy deficyt grupek żołnierzy z koksownikami na ulicach Wrocławia zawdzięczać należy aurze, brakom w wyposażeniu armii, czy może jednak oficer blefował, ewentualnie nieprecyzyjnie zdefiniował swe poczynania. Niezwłocznie na tę okoliczność przesłuchany (telefonicznie i na wizji) rzecznik KW Straży Pożarnej wprawdzie przezornie nie wykluczył czegoś na kształt wojskowego zamachu stanu w mieście, ale też jednocześnie jasno dał do zrozumienia, że nic mu konkretnego nie wiadomo. Jak na rodzinne strony obecnego ministra kultury przystało, z marszu zareagowali miejscowi twórcy. W lokalnej GW (rubryka „Czytelnicy do <<Gazety>>”) wiceprezydent W. Adamski zaatakował tyleż stanowczo, co literacko. Zarzucił mianowicie płk Panasowi, iż ten podczas „operacji Kozanowskiej zgubił się dwa razy fizycznie i kilkakrotnie merytorycznie” (padły konkrety), pointując zaś poszedł w ślady Chiraca i zmartwił się, iż oficer „stracił okazję do milczenia”. Urzędnik-literat oddał oczywiście szacunek wojskowym, zauważając wszakże, że kiedy ma się z nimi do czynienia, „czasem może się objawić postać żywcem z <<Paragrafu 22>>”. Do zamieszek z powodu cytowanej epistoły nie doszło ponoć tylko dlatego, że tak wojskowi, jak cywile bili się akurat z Odrą i jej dopływami. W niektórych kręgach panuje wszelako opinia, że sytuację uratowało Ossolineum, śląc na front swych ludzi, by uspokajali nastroje, tłumacząc o jakim paragrafie mowa.
Zdjęcie oczywiście trikowe - wg mediów ciężkiego sprzętu na Kozanowie zabrakło (fot. A. Kolasińska)
Sam Kozanów w międzyczasie wysechł - rozpoczęto więc poszukiwania winnych. Nikt na ochotnika się nie zgłosił, wytropiono więc na wszelki wypadek i zwyczajowo indolencję władz miejskich (brak żołnierzy, piasku, worków oraz ciężkiego sprzętu), oberwało się też działkowcom, których opór przez lat 13 uniemożliwiał budowę stosownego wału. Przy okazji ustrzelono R. Dutkiewicza, który miał pecha, ponieważ w wigilię powodzi nagrodzono go jako najlepszego z prezydentów miast w RP i jako taki momentalnie został wzięty na muszkę. Nic tak bowiem myśliwego nie cieszy, jak pozłacane rogi powieszonego na ścianie trofeum. Prezydencki pech polegał też na tym, że wciąż uspokajał, że do żadnej tragedii nie dojdzie. Kiedy porównać rok 1997 (40% miasta tygodniami pod wodą) z 2010 (zniszczone mieszkania policzalne na palcach pilarza-rencisty) staje się jasne, że Dutkiewicz perfidnie nie miał racji, nadto jego stalowa zapora nie wytrzymała wodnej presji i niczego w jej ocenie zmienić nie może fakt, że jej bliźniaczka skutecznie (wg Frau Merkel) broni dziś Brandenburgii.
Zwykli mieszkańcy przebrani w wojskowe mundury pozują w łyżce atrapy koparki? (fot. Maciej Konopka)
Dlaczego znów zalało miasto i ko to zrobił? Jak trwoga, to do eksperta - tylko on może rozsupłać gordyjski węzeł wątpliwości. Najlepszym tego dowodem jest choćby bezpardonowe wystąpienie Psychologa, Terapeuty Poznawczo-Behawioralnego, Specjalisty PR, Doktoranta Kulturoznawstwa mgr Marii Rotkiel, która oświadczyła kiedyś w TVP Info („U fryzjera”), iż mieszka na wsi i „dobrze wie, że u nas koni nie wypuszcza się na paddock!!!”. Wrocław nie mogąc się skontaktować z cytowanym autorytetem, postanowił sięgnąć po posiłki zza granicy. Pamiętając rok 1997, kiedy to wieść gminna głosiła, iż „powódź nam załatwili Czesi swoimi retencjami”, zatelefonowano do zaprzyjaźnionego hydrologa z Pragi. Jako, że nad Wełtawą była wówczas godzina 3.45 nad ranem i omyłkowo dodzwoniono się do sąsiada pożądanego eksperta, usłyszano tylko nieco opryskliwie oświadczenie: „Tak! Oczywiście - to znowu my. Idąc w ślady krasnoludków sikających do mleka, podnieśliśmy spożycie piwa o 100%, by następnie obficie urynować do Odry i przez to podnosić w niej poziom wody.” Zapytany o przyczyny takiej agresji, pan - jak się na koniec rozmowy niespodziewanie okazało - Lubomír Březina z brutalną szczerością wyjaśnił, iż Czesi w ten sposób się na nas mszczą: „Nie oddaliście naszemu obywatelowi wyłowionego zimą z morza kundelka (lat ok. 4-5). Vaclavovi B., z N. któremu ten pies zaginął w 1999 r. Kiedy jako prawowity właściciel żeglującego na krze Harika zwrócił się o zwrot zwierzęcia, polskie czynniki oficjalne nie wyraziły zgody, manipulując prawem międzynarodowym.” Już powracając pod pierzynę, czeski hydrolog-amator dodał, przytomnie trawestując Haszka: „ale i tak wojna będzie - więcej nic nie powiem. Nie oddaliście nam psa, to macie powódź.”
Zwyrodniali strażacy zamiast bronić miasta, za pieniądze podatników oddawali się hobby fotograficznemu (fot. A. Kolasińska)
Tezy wystąpienia L. Březiny, nieco może dyskusyjne, sporu o winę zapewne nie zakończą. Nie ma na szczęście wątpliwości, kto zachował czyste ręce: media i (za pasem wybory) tzw. zwykli ludzie. Autorami tej celnej diagnozy są same massmedia (a któż bardziej kompetentny?), oceniające, że „zdały powodziowy egzamin”. I jest to prawda. Niejaką niedogodnością okazało się, iż po 1997 zniknęła prywatna wrocławska telewizja, a TVP Info do minimum ograniczyła emisję „Faktów”, ale za to wrocławianie w 2010 uniknęli niepotrzebnego stresu: zapominając o powodzi, spokojnie delektowali się retransmisją warszawskiego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego twierdzącego (pewnie mając na myśli zbiornik retencyjny pod Kamieńcem Ząbkowickim przez swój własny rząd zamieniony na rezerwat ptactwa), że zaniechano realizacji jego dobrych pomysłów antypowodziowych. Przez kolejne dni, TVP Info podnosiła też na duchu Dolnoślązaków obszernymi relacjami o opanowanej sytuacji w Warszawie. Nikt też nie musiał się denerwować stanem wody na Odrze, Warcie, Brdzie… Również tajemnicę trasy ewentualnej dalszej podróży Wisły, po przebyciu przez nią drogi stolica-Włocławek, TVP udało się zachować dla siebie. Okazało się, niejako w zamian, dokąd płyną pieniądze z abonamentu RTV. Jedyny obecnie we Wrocławiu środek masowej komunikacji - niedawno odzyskane przez PiS - Publiczne Radio Wrocław opłaciło w lokalnej GW ogłoszenie: „Kilku ważnych zawiodło, tysiące nas uratowało”. Niestety, zapewne z uwagi na zawyżone stawki w GW, nikogo z tej drugiej grupy nie wymieniono z nazwiska i do dziś nie wiadomo, czy chodzi o wypruwających flaki na Kozanowie, czy może o kilkanaście tysięcy ich ziomków z suchych osiedli obserwujących tę walkę z zapartym tchem, piwem oraz aparatami w dłoniach. Starali się przy tym zbytnio nie narzucać walczącym i gdy tylko przyzywano ich na pomoc, oddalali się, skromnie przy tym zauważając „my tu nie mieszkamy”. Trudno się im dziwić, że nie. Kto chciałby mieszkać z raptusami, którym wystarczy grill rozpalany tuż obok ustawianego wału, a już worki idą precz i zanosi się na lincz?
Z powodzią brali się za bary zwykli ludzie (fot. A. Kolasińska)
Skoro o jedzeniu mowa, to projekt prowałowej specustawy stanowi jedno z dań głównych trwającej (?) kampanii wyborczej. We Wrocławiu nauczeni doświadczeniem twierdzą, że do konsumpcji może nie dojść i wówczas do połowy suchy (lub do połowy mokry) paddock między wałami (w projekcie) pokryje kurz międzykadencyjnej niepamięci. Będzie to wszakże miało ten pozytywny skutek, że za marnych kilka lat Word przestanie wreszcie z uporem maniaka podkreślać Kozanów podobnym do rzecznej fali czerwonym wężykiem.
Pozamiatane. Na jak długo? (fot. A. Kolasińska)
|
|
|
|
|
|