Umiarkowane Powstanie w Granicach Prawa
 

I. Domniemane wąsy listopadowej ciotki

Sytuacja na warszawskich ulicach staje się coraz groźniejsza. Gwałtowne antyrządowe demonstracje przybierają na sile. Nic dziwnego - od świtu pepeesowscy bojówkarze Piłsudskiego rozrzucają ulotki ujawniające treść tajnej umowy Republiki Polskiej z ościennym imperium Romanowów. Lektura to mało budująca - do furii wręcz doprowadza czytelników zobowiązanie się polskiego premiera (da! da! da!) do wydawania ochranie zbiegłych do nas rosyjskich buntowszczików. W rewanżu carat oferuje zwrot za pokwitowaniem niedobitków antypolskiego powstania wileńskiego oraz - co stało się detonatorem zamieszek - szukających w Rosji azylu (o tempora!) przywódców strajkowych z Łodzi i Zagłębia. Jest późny wieczór 15 stycznia 1904 roku. Barykady mnożą się na ulicach jak króliki Rojtszwańca, nad wzburzonym tłumem powiewają biało-czerwone i czerwone flagi, coraz więcej widać też podobizn śp. A. J. Czartoryskiego. To monarchiści-sieroty przypominają republikańskiemu rządowi o swoim istnieniu.

Nie widziano ich od 1854, kiedy to pierwszy i ostatni Czartoryski na tronie, Jego Królewska Mość Adam Jerzy I pożegnał się z berłem. Wielkimi jak groch łzami łkał, abdykując - marzenia o dynastii z Puław pękły jak mydlana bańka. A miało być tak pięknie! Szefa powstańczego rządu z lat 1830-1833 koronowano na mocy postanowień pokoju w Sztokholmie. Podpisano go z inspiracji Brytyjczyków, tradycyjnie obawiających się destabilizacji kontynentu, a przecież wlokąca się wojna zbuntowanej Polski z carstwem Romanowów tym właśnie groziła. W stolicy Szwecji ustalono, że Rzeczpospolita będzie monarchią konstytucyjną na wzór brytyjski. Określono też terytorium restytuowanego państwa: byłe Królestwo Kongresowe, Litwa (bez Kowna ale z Kłajpedą), kęs Kurlandii (po linię Lipawa-Mitawa) oraz białoruskie i ukraińskie ziemie I i II zaboru rosyjskiego. By osłodzić Austrii powrót Rzeczpospolitej Krakowskiej do macierzy, wymuszono na Polakach wieczystą rezygnację z Galicji.

Początek panowania był dla niemłodego już monarchy istną sielanką: lud uroczyście fetował odzyskanie niepodległości, odsłaniano setki pomników poświęconych bohaterom Nocy Listopadowej i późniejszej wojny, a kler tak taśmowo odprawiał msze dziękczynne, że tekst Te Deum rychło znały na pamięć chyba nawet noworodki. Ku powszechnej (poza pałacami) radości po burzliwym procesie rozstrzelano gen. Skrzyneckiego, a pożal się Boże eks-dyktatorowi Chłopickiemu zaocznie zasądzono dożywotnią banicję. Armia, pośród ciągłych sporów impetyka Bema z mimozowatym Prądzyńskim, z dumą lizała rany po krwawej batalii. Przedstawiciele gwarantów pokoju - ambasadorowie brytyjski, francuski i austriacki patrzyli z Warszawy na ręce carowi, który miał je na szczęście wciąż zajęte na Bałkanach i w Azji. Nękający Rosję (od końca lat dwudziestych) kryzys ekonomiczny stał się znakomitą lokomotywą dla rozwoju polskiej gospodarki.

Weterani Powstania Listopadowego nie nudzili się jednak zbyt długo - w 1848 roku mogli już znów ubrać mundury. JKM Adam Jerzy I, korzystając z Wiosny Ludów złożył Habsburgom propozycję nie do odrzucenia: „Galicja (póki co, bez Lwowa) do Polski” ceną za zaniechanie militarnego wsparcia powstałych bratanków z Budapesztu. Zgrzytając imperialnymi zębami zrewoltowany i chwiejący się w posadach Wiedeń z kwaśną miną musiał się zgodzić. Na wieść o tym Mikołaj I wreszcie dostał apopleksji. Jego zgon uczczono w Warszawie uroczystą mszą żałobną z udziałem Czartoryskiego oraz niemrawo rozpędzanymi przez policję radosnymi korowodami ulicznymi (haseł wstyd przytaczać). Na fali z trudem skrywanego entuzjazmu król polski przychylił się do żądań marszałków sejmu (Mochnackiego) oraz senatu (Lelewela) i skierował do Wielkopolski stutysięczny korpus Bema, by wesprzeć zryw tamtejszych Polaków.
Reakcja pruska ograniczyła się do łzawych protestów dyplomatycznych, których nikt nie słuchał, gdyż zrewoltowanemu Berlinowi brakło armii do nadania siły słowom - Wielkopolska wróciła do Polski. Osłabienie Prus zachęciło niemieckich liberałów i mając w rękawie atut tajnego sojuszu z Warszawą oraz Paryżem, Niemcy zjednoczyły się owego burzliwego roku 1848, stolicą swą czyniąc Frankfurt nad Menem. Pojawienie się na mapie Starego Kontynentu trzech równie słabych państw niemieckich w miejsce rosnącej wcześniej dominacji wiecznie łakomych Prus spotkało się z aplauzem Europy, a Paryża w szczególności.

O paradoksie! W wyniku sukcesów z 1848 roku sytuacja Polski pogorszyła się. Po odzyskaniu przez nas Galicji stosunki polityczne z powracającą do sił Moskwą uległy praktycznie hibernacji, a i Wiedeń nie zamierzał darować Warszawie „niecnej kradzieży” Galicji, tym bardziej, że zwycięski Budapeszt godził się jedynie na bardzo luźny związek z Austrią, a świeżo przebudzeni Czesi swe słowianofilskie marzenia lokowali nad Wisłą. Monarchia habsburska trzeszczała w szwach i skłonna była do nader nerwowych posunięć. Sytuacji tej zupełnie nie rozumiał Adam Jerzy I upojony sukcesami terytorialnymi i dumnie kroczący w glorii wskrzesiciela ojczyzny. Zapragnął zostać pierwszym od Sobieskiego polskim pomazańcem wygrywającym wojnę. Król wprawdzie wytrzymał „całe” sześć lat, ale przy pierwszej okazji przeszarżował: postawił na złego konia wojny krymskiej i przegrał. W tajemnicy przed sejmem i za nic mając ryzyko porozumiał się z carem, obiecując uderzenie na Austrię. Lwów się Jego Królewskiej Mości zamarzył!


Co za dużo, to nie zdrowo. Choć dotąd Francja i Wielka Brytania patrzyły przez palce na „zbieranie ziem polskich”, to osłabianie Wiednia z korzyścią dla Moskwy (przeciwnika w krymskiej wojnie) nie leżało w ich interesie. Czym prędzej popłynęły więc pieniądze i instrukcje, w ambasadach światło po nocach nie gasło i oto „nagle” Warszawa zachorowała na antykrólewską gorączkę! Już po tygodniu sytuacja wymknęła się inicjatorom z rąk i wybuchła (spóźniona o co najmniej pół wieku) antyfeudalna rewolta - ku niezadowoleniu Londynu monarchię w Polsce obalono. Pierwsza w dziejach Polski republika zaraz na wstępie wyrzekła się „na zawsze” Lwowa i zajęła likwidacją resztek feudalizmu. Mimo przemożnego oporu oburzonego kościoła, wściekłej szlachty i żeby było śmieszniej sporej masy chłopstwa - zniesiono pańszczyznę.

Nasze stanowcze desinteressement w kwestii lwowskiej i porażka Rosji w wojnie krymskiej popchnęły Austrię do związania się z Warszawą tajnym sojuszem militarnym. Przydał się 12 lat później, kiedy to nawykłe do z rozpychania się łokciami Prusy uderzyły na czeską prowincję Habsburgów. Wypełniając sojusznicze zobowiązania, Polacy wtargnęli na Pomorze oraz Warmię. Osłonowe oddziały pruskie stawiły rachityczny opór i republikańska armia polska zajęła Bydgoszcz, Toruń, Olsztyn i Gdańsk. Nieco kwasu w stosunkach polsko-austriackich wywołał fakt, iż na główny teatr wojny Warszawa przysłała ledwie piętnastotysięczny korpusik, który zresztą wybito prawie do nogi (zginął Prądzyński) pod Sadową. Nie zmieniło to faktu, że von Benedeckowi udało się koncertowo sprać von Moltkego kładąc kres pruskim snom o potędze oraz karierze von Bismarcka. „Żelazny Otto” musiał poprzestać na pisaniu nudnych pamiętników, na które nigdy nie znalazł wydawcy, ponieważ...


Czartoryski królem?! Austro-polski triumf pod Sadową?! Koń by się uśmiał. Wyciągnąć kopyta powinien ze śmiechu, gdyby nie fakt, że rozumie, iż podobne bajki mogłyby przecież wypełniać dziś podręczniki historii Polski, pod jednym wszakże warunkiem: Powstanie Listopadowe musiało się udać! A mogło? Śp. Jerzy Łojek od 1966 roku woła na puszczy, że TAK! I czemu tak wrzeszczy? Uważa, po prostu, że wiktoria była na wyciągnięcie uzbrojonej ręki! Gdyby…
Jak potrzebującym wiadomo, ugór na czubku czaszki bez problemu można zrekultywować. Dwie metody są tu najpewniejsze - zapuszczenie brwi i ich zaczesanie do góry albo połknięcie szczotek do butów połączone z postawieniem sobie na głowie baniek (najlepiej chińskich, bo bezpieczniejsze). Z wąsami już tak dobrze nie jest - nie rosną, to nie rosną i koniec pieśni. Za to kiedy są… Wtedy nawet płeć można zmienić, jak w przypadku znanej wszystkim ciotki z szansami na wujka. Ech, gdyby ona te wąsy miała, to by dopiero była historia! Gdyby…

Historia „gdybana”, bardziej elegancko zwana alternatywną, traktuje o transformacji płci wydarzeń, polega na przyprawianiu dziejowym ciotkom wąsów alternatyw. Znakomita większość profesjonalnych historyków rozważania tego typu uważa za zgoła niepoważne i traktuje z pogardą. W najlepszym wypadku wzruszeniem ramion skulonych nad źródłami obdarza takie „jałowe dyskusje”, bo przecież jak było, tak było i inaczej już nie będzie! Racja, ale nie o to chodzi, by przeszłość zmieniać, bo to marzenia ściętej głowy, czyli bzdura, choć pewnie Ludwik XVI uważałby inaczej. Historia „gdybana” uprawiana serio to tzw. „wariantowe widzenie dziejów”. Kto za tym stoi i na co to komu? A na to, że ssąc inne wersje wydarzeń z palca umaczanego w wiedzy historycznej, można w ostrzejszym świetle ujrzeć postawy, czyny i zaniechania dawnych graczy tłoczących się przy stoliku historii, jakże często zielonym suknem przykrytego.

Brak „gdybanej” refleksji często niesłusznie łagodzi osądy i popycha ku fatalistycznym wizjom. O ile łatwiej usprawiedliwić mikry antyrozbiorowy opór naszych osiemnastowiecznych rodaków, kiedy się „wie”, iż Rzeczpospolita skazana była na pożarcie przez trzy orły (o - summa summarum - pięciu łbach). A czy nie mogło dziać się inaczej? „Wiedząc”, skłonniśmy na przykład do rozgrzeszającego głaskania po zafrasowanej peruczce Stanisława Augusta. A gdyby - jak żądał Jerzy Łojek - moralny karzeł na tronie spłacił narodowi dług zaciągnięty w Banku Targowica SA? A gdyby tak stworzył fakt polityczny, szczędząc podpisu na narzuconym akcie i dał się zamknąć w Szlisselburgu? Ale nie, Poniatowski stulił po sobie królewskie uszka i abdykował, koncentrując się na żebraniu u eks-kochanki o spłatę długów. Idąc nieco dalej w czasie - rezygnując z gdybania na temat sposobów prowadzenia (i co za tym idzie - szans) insurekcji roku 1794 - pchamy na zbyt wysoki cokół pupila Czartoryskich, co to sobie sukmaną brak cojones dyskretnie zasłaniał. A jak zryw by się potoczył pod wodzą Jakuba Jasińskiego (ręka do góry, kto o nim słyszał?), który dysponując na Litwie wielekroć mniejszymi siłami i środkami, wydolił pokazać, jak się robi powstania?

Kwitując „gdybania” pogardliwym wzruszeniem ramion łatwo za bezdyskusyjne mieć tezy w rodzaju - „ani jedno z naszych powstań wieku XIX szans nie miało żadnych”. To jeno były romantyczne zrywy pięknoduchów, tak na zasadzie „dobędę pałasza, wiwat Polska nasza”. Nic, tylko tromtadracja, mrzonki gorących głów i nasz wspaniale nieokiełznany temperament zmieszany z brakiem poczucia rzeczywistości oraz skłonnością do romantycznych uniesień. Jak u Mrożka, gdzie to uśmiechnięty Polak w krakusce obcina sobie nóżkę szabelką, co autor komentuje następująco: w chwilach emocji może u niego dojść do beztroskiego fanatyzmu. Bez rozważenia szans powodzenia, bez zerknięcia na fakty, łatwo też przyjąć za pewnik bajania o prowadzeniu przez nas powstań wszelkimi dostępnymi środkami, z pełnym poświęceniem i aż do ostatniego naboju. Ani jedno, ani drugie ani trzecie! Najtragiczniejszym tego przykładem jest Powstanie Listopadowe, które - jak powszechnie wiadomo - przerżnęliśmy koncertowo, mimo niezłej uwertury i obfitości muzykantów.

Żeby ocenić szanse powstania 1830-1831 trzeba porachować siły (demograficzne i ekonomiczne) ówczesnych Rosji i Kongresówki, porównać obie wrogie armie, przyjrzeć się stosunkowi pozostałych zaborców do powstania oraz zwrócić uwagę na kontekst europejski. Z pozoru (i w szkolnych podręcznikach) wygląda to wszystko niezwykle smętnie, ale jeśli zrezygnować z ahistorycznego widzenia wojen pierwszej połowy XIX wieku - nie jest już tak źle. Wprawdzie Rosjanie byli wówczas dziesięć razy liczniejsi od Polaków zamieszkujących Królestwo, ale ekonomicznie nie było aż takich dysproporcji - Kongresówka należała wówczas do najlepiej rozwiniętych regionów Europy, a Rosję dławił głęboki kryzys.

Kiedy się pamięta, iż nikt w dobie Powstania Listopadowego ani marzyć nie mógł o militarnym wykorzystaniu kolei żelaznej, to jasne się staje, iż realne możliwości szybkiej mobilizacji u obu przeciwników, wbrew dzisiejszym mniemaniom, były dość podobne - nasi byli na miejscu, a przyczłapanie armii carskiej z Bałkanów nad Bug trwało wówczas bezmała rok (sic!). Nie wolno też zapominać, że lata trzydzieste XIX wieku, to nie era wojen totalnych, zatem o stosunku sił nie decydowały ogólne proporcje potencjałów demograficznych i ekonomicznych. Wojnę ówczesną żywił teatr działań wojennych oraz najbliższe jego okolice. A przecież kampania rozegrałaby się na terenach odległych od centrum Rosji, bo na Mazowszu, Lubelszczyźnie oraz Litwie (zaopatrzenie morzem przez Kłajpedę!), Białorusi i Ukrainie. Pomijając już odległości - przeniesienie przez Polaków działań na wspomniane tereny musiałoby (bardzo obawiano się tego na carskim dworze) zdecydowanie zmienić stosunek sił. Tylko nie wolno nam było dreptać w miejscu, a zdecydowanie uderzyć! Stosowne plany stworzono (Chrzanowski, Prądzyński) i historycy wojskowości, nie tylko polscy, oceniają je niezwykle wysoko, mówiąc o realności zwycięskiej ich realizacji.

Powie ktoś - a Napoleon też próbował i Hitler, ale nawet im się nie udało wygrać z Rosją! Racja! Sęk w tym, że oni chcieli imperium pokonać, a nie tylko obronić się przed nim. Nasze powstanie zwyciężyłoby czyniąc wojnę dla zaborcy nieopłacalną. To musiało i mogło wystarczyć. Nie było potrzeby człapać aż pod Kreml, wystarczyło zmusić cara do rokowań i ustępstw, a co za tym idzie do uznania niepodległości Polski - ściślej biorąc jej kawałka kongresowego z suplementem w postaci Litwy i Kurlandii oraz części Białorusi i Ukrainy.
Podobne marzenia zwyczajowo tłucze się po łbie pałką „niewzruszonej solidarności Świętego Przymierza”. Otóż nic takiego wówczas nie miało miejsca, ponieważ istniało spore napięcie na linii Wiedeń-Moskwa (w 1827 r. Mikołaj I brał poważnie pod uwagę wojnę z Austrią), a nawet w Prusach tzw. warstwy decydujące zdradzały wyraźne oznaki niechęci wobec ewentualnych rosyjskich sukcesów w Polsce. Tak pruscy jak austriaccy politycy nie wypadli swoim orłom spod ogonów i doskonale rozumieli, że klęska powstania jest równoznaczna z nieskrępowaną niczym władzą Rosji nad Kongresówką, co wcale nie leżało w interesie pozostałych zaborców. Nie po to ustalono na Kongresie Wiedeńskim, że władza Rosji nad Królestwem Polskim ograniczona będzie unią personalną i konstytucją, by teraz radować się z ewentualnej władzy absolutnej carów nad Wisłą.

Jak wyglądała praktyka Świętego Przymierza w latach 1830-1831? Prusy nie przepuszczały transportów broni do Polski, ale ochotnicy płynęli licznym strumieniem. Ba! Im bardziej zanosiło się na klęskę Rosji, tym postawa Berlina stawała się bardziej antyrosyjska. Kiedy Paskiewicz przeszedł Wisłę i w ocenie Prusaków znalazł się w sytuacji katastrofalnej, Fryderyk Wilhelm III zamknął granice dostawom dla armii carskiej. Nawet osobista interwencja cara nic nie zmieniła. Podobnie z Austrią, aczkolwiek z tą różnica, że broń dla powstania via Lwów można było sprowadzać prawie bez ograniczeń, a internowani powstańcy bez przeszkód wracali do walki przez „strzeżoną” granicę. Oficerowie austriaccy instruowali zdumionych Polaków, którędy najlepiej. Wprawdzie Metternich zamierzał interweniować zbrojnie na rzecz Rosji, ale błyskawicznie spacyfikowali jego plany arcyks. Karol i gen. Kollowrath. Im więcej [naszych - J.K.] zwycięstw, tym mniej trzeba się obawiać Metternicha - pisał polski ambasador w Wiedniu Konstanty Czartoryski, dodając trzeźwo: Nasze zwycięstwa musiałyby być olbrzymie, aby tu zdecydowali się wystąpić wrogo przeciw Rosji. Nam wystarczała jednak przychylna neutralność Austrii, która długo miała miejsce. I gdzie ta osławiona solidarność Świętego Przymierza? Wolne żarty. Jej brak należało tylko utrwalić zwycięstwami, których brak do dziś wprawia w zdumienie polskich i rosyjskich historyków wojskowości.

A co na nasz zryw Europa? Lord Palmerston protestując przeciw austriackiemu internowaniu wojaków Dwernickiego zażądał „nieinterwencji w wewnętrzne sprawy Rosji”, przez co rozumiał powstrzymanie się przed bezpośrednią ingerencją w wojnę, ale zażądał jednocześnie takiego postępowania jakby Polska w obecnej swojej sytuacji była uprawniona do uważania jej za państwo niepodległe. Słowa te padły, gdy już zbieraliśmy baty. Jakie by brytyjski premier wypowiedział, jakie dyplomatyczne kroki przedsięwziął, gdybyśmy odrzucili Rosjan setki kilometrów od Warszawy? Pytanie retoryczne. Rząd francuski łopocąc postrewolucyjnymi pantalonami ze strachu przed swą absolutnie propolską ulicą - jako reżim słaby i nowonarodzony nie kwapił się do wystąpienia w naszej obronie. Zresztą na niczyją akcję zbrojną w ogóle nie można było liczyć, ale na dyplomatyczną owszem. By dyplomatyczny poród okazał się udany, Zachód musiał wcześniej politycznie zaciążyć w wyniku zapłodnienia go naszymi sukcesami militarnymi, przy odrzuceniu precz prezerwatywy udawania walki. Nie uczyniliśmy tego i do dziś utyskujemy, że nam pomóc nie chciano.

Czy polska armia mogła pobić rosyjską? Mogła. Przez całe powstanie przewinęło się przez jej szeregi (mimo torpedowania mobilizacji przez przywódców) ponad 140 tysięcy żołnierzy. Na serio werbując rekruta można było bez problemu, nie licząc Litwy i Kresów, zmobilizować armię 200-tysięczną, może i ćwierćmilionową. Maksymalne ówczesne możliwości mobilizacyjne pogrążonej w kryzysie Rosji nawet jej historycy oceniają na niewiele ponad 190 tysięcy żołnierza rozrzuconego po całym imperium. Ogólnie rzecz biorąc car Mikołaj nie mógł wykrzesać na front polski ani bagnetu, ani szabli więcej, niż ich przywiedli najpierw Dybicz, a potem Paskiewicz. Czy było to wiele? I tak, i nie. W każdym razie coraz mniej. Na początku lutego 1831 przeciw 57 tysiącom Polakom maszerowało 118 tysięcy Rosjan. Po bitwie pod Grochowem carskiego wojska było już 139 000 (i do końca powstania nie przybyło ani sołdata!) a naszego 63 000. W chwili szturmu Warszawy Paskiewicz miał pod bronią 78 594 żołnierzy przeciw… 78 536 Polaków, którzy wprawdzie osłabili się wyprawieniem ze stolicy korpusu hochsztaplera Ramoriny (20 tys.), ale w odróżnieniu od najeźdźcy amunicji mieli pod dostatkiem. Czy ktoś tu dostrzega jakąś ogromną przewagę liczebną po stronie carskiej? Gdzie się podziało „zarzucenie nas czapkami”? Gdzieś zapodziałem okulary...

Sama liczba to nie wszystko. Istotne jest wyposażenie, uzbrojenie, poziom wyszkolenia i fachowość dowódców. Zostawiając na razie na boku to ostatnie, trzeba stwierdzić, że w każdej z wymienionych sfer armia rosyjska ustępowała polskiej i to znacznie. Jest to opinia również i rosyjskich historyków, dziwiących się, dlaczego ich rodacy nie ponieśli klęski (już w roku 1831 zdumiewało to również szefa sztabu armii Prus i wielu innych ekspertów). Jest faktem, że wojsko dowodzone przez Chłopickiego i Skrzyneckiego stanowiło groźniejszą siłę bojową od przeciwnika. Armia ta, nawet jako tako dowodzona, mogła „z marszu” zadać tak poważną klęskę siłom carskim, iż odrzucone nad Dźwinę i Berezynę (ale nie tę „napoleońską”) długo nie byłyby zdolne do ofensywy. W sytuacji takiej car z pewnością stałby się skłonny do rokowań z Polakami mogącymi już sprowadzać uzbrojenie morzem przez Kłajpedę, korzystającymi z uruchomionej produkcji własnej oraz zasobów ludzkich ziem dopiero co odbitych.
 

W obliczu naszych sukcesów Austria (mając swój egoistyczny interes na względzie - rywalizowała z Rosją na Bałkanach) z pewnością stanowiłaby wsparcie dla Polski, okupione naszym desinteressement w kwestii Galicji. Prusy natomiast nie ryzykowałyby powstania polskiego u siebie i nie wsparłyby przegrywającego cara. Tradycyjnie zaś dbająca o równowagę Wielka Brytania doprowadziłaby do konferencji pokojowej (vide Belgia), na której zagwarantowanoby niepodległość kawałka (sporego) Polski. Rosja (jak w historii wiele razy) choć z obrzydzeniem, ale w końcu pogodziłaby się z utratą ziem polskich. I cóż? Mielibyśmy od 1833r. (?) niepodległy kawał ojczyzny… Pewnie Swinarski nie „Dziady” by inscenizował, Prus cieszyłby się większą estymą niż Słowacki, Norwid być może nie umarłby w przytułku (a przynajmniej nie w Paryżu).
Mielibyśmy dziś za sobą prawie dwa wieki porządnej kapitalistycznej gospodarki, nieromantyczną literaturę, nie mielibyśmy „Nie-Boskiej komedii”, ale zapewne jakąś „Komedię ludzką” (Prusa?), Orzeszkowa nie napisałaby „Nad Niemnem”... W naszym państwowo-narodowym życiorysie nie ziałaby dziura 123-letnia, a ledwie jej jedna-trzecia z lat 1795-1830 (z przerwą 1806-1815). Chrapałoby się z nudów przy lekturze podręcznika rodzimej historii XIX wieku, ale byłoby normalniej. Polskim sportem narodowym byłyby może kręgle albo, weźmy na to, jazda na wrotkach, a nie namolne wmawianie sobie i innym, że ponosząc klęski realne, moralnie triumfowaliśmy za każdym razem. Przyznam - dla mnie perspektywa wielce pociągająca. Więcej powiem - wręcz fantastyczna! Ech, marzy mi się po nocach, że listopadowa ciotka dzięki swym realnym przecież wąsom stała się jednak wujkiem. No, ale nic z tego, psia krew. Kto ją ogolił, do diaska?!!


II. Ryba od ości nadpsuta?

Ryba jaka jest, każdy niby widzi, ale czy aby na pewno zawsze psuje się od głowy? Kiedy smętnie dyndające na haczyku historii Powstanie Listopadowe zdjąć z niego i przystąpić do patroszenia, wzrok pada na ości i od razu widać, że coś nie tak z nimi. I to nawet bardzo.

O ile narzekania na rządowo-generalską głowę należą do tradycji, to zwykło się przechodzić do porządku nad tym, iż podchorążackie ości same być łbem mogły, lecz się nim nie stały. Dlaczego? Czemuż to powstańcy nie zagarnęli władzy leżącej na tym samym bruku, na którym ścierali się nocą z rosyjskim żołdactwem? Jak to się stało, że zamiast ująć ster we własne ręce, szamotali się w tunelach ulic i na widowniach teatrów błagając dawno zepsutą już głowę, by łaskawie raczyła kierować walką, której przecież była zagorzałym przeciwnikiem? Gdy podobnie postępują inicjatorzy ruchawek na Seszelach czy w Zanzibarze, parskamy śmiechem, ale wspominając Noc Listopadową - nie. Przez pamięć kajdan Łukasińskiego, odwagi (bo nie intelektu) Wysockiego i krwi zabitych pod Arsenałem - nie mamy ochoty na chichot. Tylko historia sobie złośliwie rechoce, a i to w kąciku, bo rzecz jest niestety beznadziejnie i tragicznie prosta: panowie spiskowcy spaprali robotę! I jeśli powstańcza ryba Wisłą przez ponad dziesięć miesięcy pływała mając głowę zdradą chorą, to nadpsuła się właśnie od ości! Ości bohaterskich, a jakże, i patriotycznych, lecz dyletanckich, gdyż głową zostać nie chciały pozwalając swym idolom ze „sfer” ogolić wąsy powstańczej ciotce, wąsy imponująco sumiaste.

Listopadowa tragedia omyłek zaczęła się jeszcze za Napoleona. Wbrew bajaniom sierot po Bonapartem, cesarza wcale tak u nas powszechnie nie wielbiono. Jak by Mickiewicz nie ponaciągał rzeczy w „Panu Tadeuszu” - „II wojna polska” roku 1812 była dla Koryskanina olbrzymim rozczarowaniem. Cesarz naiwnie uwierzył w możliwość zrywu na Litwie na wielkopolską skalę z roku 1806, a tymczasem napływ ochotników z zaboru rosyjskiego był ledwie symboliczny. Pojawił się też problem z aprowizacją Wielkiej Armii, gdyż książę Adam Czartoryski namówił miejscowych posesjonatów na wywóz żywności w głąb Rosji (przydała się potem Kozakom). Co by nie mówić - polska szlachta z ziem dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego en masse stanęła po stronie rosyjskiej. Czy da się to wyczytać ze szkolnych podręczników? I dlaczego nie?

Motywacja „panów braci” była rozczulająco egoistyczna i banalnie przyziemna: car słusznie jawił się im ostoją społecznego status quo i basta. Broń Boże, nie chodziło o irracjonalną niechęć do niskich łysiejących brunetów, dziwacznego trzymania ręki za pazuchą, ani tym bardziej do śmiesznych kapeluszy. Po prostu - to Aleksandra I słusznie uznano za gwaranta intratnego dojenia chłopstwa po wsze czasy, a nie rzekomego rewolucjonistę, „apokaliptyczną bestię 666” – Napoleona B. Kiedy się pomyśli, iż francuski sukces w 1812r. musiał przemienić Księstwo Warszawskie w niepodległą, aczkolwiek silnie uwiązaną do Paryża, Rzeczpospolitą, nóż się w kieszeni otwiera. Z drugiej strony, w myśl zasady „miej serce i patrzaj w serce” zakochanych wypada zrozumieć. Zakochanych bez pamięci. Przeogromnej zaiste miłości polskich elit do cara nic nie mogło zachwiać, co nie powinno dziwić, gdyż Aleksander I był kochankiem wspaniałym, sławnym w całej Europie. A jaki piękny i młody! Jaki utalentowany! I aktor - pierwsza klasa! Napoleon to ostatnie dostrzegał bez pudła, Książę Pan Adam Czartoryski jakoś nie. Skąd u tak wybitnego statysty niemniej wybitna polityczna ślepota? Łojkowe tłumaczenie, iż biologicznym ojcem księcia był niesławnej pamięci ambasador Katarzyny II Riepnin, wydaje się strzałem obok tarczy. Czy wyjaśniają rzecz inne związki Adama Czartoryskiego z dworem carskim? Tkwiąc latami w Petersburgu książę ze zlikwidowanej Polski z reguły był na wozie (przyjaźń z następcą tronu), ale raz znalazł się pod nim z powodu żony infanta-przyjaciela. Uczynny Aleksander zachęcił ks. Adama do skorzystania z wdzięków swej ślubnej. W dziewięć miesięcy później dziecko przyszłej carycy urodziło się „dziwnie” podobne do Polaka i posiadanie copyright na noworodka kazało Księciu Panu wiać przed gniewem psychopaty cara-ojca, gdzie pieprz rośnie.

Uprawy te nie znajdowały się widać daleko, gdyż kiedy już tylko Aleksander zaaranżował uduszenie swego tatusia, Czartoryski spokojnie powrócił, by przez dwa lata (1804-1806) dzierżyć tekę ministra spraw zagranicznych Rosji. Na stanowisku tym jeszcze skuteczniej mógł roztaczać przed polską szlachtą miraże rzekomej carskiej przychylności. Kulminacyjnym punktem tej komedii była wizyta Aleksandra I w Puławach i liczne - nazwijmy to oględnie - tańce z polskimi damami. Było pięknie, elegancko i radośnie. Nie wiadomo, czego pałętało się więcej po puławskich salonach - zakochanych w imperatorze Polek z wyższych sfer, czy rzucanych na lewo i prawo carskich obietnic odrodzenia Polski pod berłem Romanowów, m. in. kosztem Prus. Czar powinien prysnąć (a nie prysnął!!!), kiedy Aleksander pognał do Hohenzollerna, by związać się z nim sojuszem. W wianie dostarczył niemieckiemu koledze spis poddanej Berlinowi polskiej szlachty, z którą dopiero co „knuł o Polskę”. Kupę śmiechu mieli z tego moabiccy klawisze, ale jakoś nie ostudziło to serduszek towarzyszy Księcia Pana, ani jego samego. Czartoryski wprawdzie przestał być ministrem, ale nadal nadzieje pokładał w swym cynicznie wiarołomnym przyjacielu carze. Czemu mimo to uważa się Adama Jerzego za polityka wielkiego formatu - może kiedyś zrozumiem. W każdym razie - nawet już bez teki nadal gorliwie siał ziarno, z którego bujnie wyrastała nieodwzajemniona polska miłość do Aleksandra I. Jej robaczywymi owocami stały się późniejsze ponure listopadowe konsekwencje. Na marginesie - stosunkowo najmniej zakochanych w carze było wśród ubogiej szlachty pozbawionej praw politycznych Konstytucją 3 Maja, a pełniącej przecież obowiązki motoru napędowego wszystkich zrywów niepodległościowych przez cały wiek XIX!

Kiedy po napoleońskiej klęsce na polityczne szczyty Królestwa Kongresowego wdrapała się wielbiąca Aleksandra elita, o wiele łatwiej Czartoryskiemu hodowało się i szczepiło w umysłach maluczkich mit „rozszerzenia wewnętrznego”. Polegać ono miało na dołączeniu do ziem Królestwa Kongresowego terytoriów zaboru rosyjskiego i złączeniu ich pod berłem Romanowów. Co ważne - twór taki nie miał być integralnie zrośnięty z Rosją, lecz rządzony podług wymuszonej przez Kongres Wiedeński konstytucji. Żyć narodowo, nie umierać - jak na ówczesne warunki, tym bardziej, że docelowo monarchą widziano nie samego cara, lecz kogoś z bocznej linii petersburskiej dynastii. O ileż to piękniejsza perspektywa, niż status prywatnego rancza Wielkiego Księcia Konstantego! Był tylko jeden szkopuł: w odróżnieniu od Warszawy w Petersburgu nikt nigdy sprawy tej poważnie nie traktował, a większości decydentów-Moskali nawet się o uszy nie obiła. Całe „rozszerzenie wewnętrzne”, choć zapisane w Traktacie Wiedeńskim, było bowiem w wielkiej mierze tworem imaginacji „tytana” naszej dyplomacji - Adama Jerzego Czartoryskiego. Jak na wielkiego polityka (nawet w opinii Łojka!) przystało, Książę Pan zbudował swe miraże na podstawie kilku zdań rzuconych mu mimochodem przez cara-przyjaciela, gdy ten mu się tłumaczył, dlaczego to odrywa od Księstwa Warszawskiego Galicję i Wielkopolskę. Romanow raczył się zastrzec, że „jeżeli coś oddaje, to natomiast 7 milionów nam dodaje [ludności polskiej zaboru rosyjskiego - JK]”. I to wystarczyło, by uradowana nasza „gwiazda” (zapominając o losie przefrymarczonej do pruskich więzień szlachty), z godną lepszej sprawy skutecznością szczepić poczęła w głowach swoich adoratorów ideę „rozszerzenia wewnętrznego”. Rychło w fatamorganę uwierzyło całe już społeczeństwo. Nie dziwota, sacre bleu - skoro Jaśnie Książę ręczył!

„Rozszerzeniowe” złudzenia przez lat kilkanaście skutecznie odwodziły kongresowiaków od marzeń o pełnej niepodległości, od pragnienia całkowitego zerwania z caratem. I to nie przypadek, gdyż taki i tylko taki układ polityczny gwarantował społeczne status quo, a o to właśnie elitom chodziło, i jeśli nie tylko, to przede wszystkim. Nikt, tylko car posiadał odpowiednie narzędzia do trzymania za pysk radykałów, którym i jakaś niepodległość się roiła w gorących głowach i - apage satanas! - społeczne fanaberie.

O ile postawa establishmentu nie zaskakuje, to dziwić musi koncepcyjna mizeria spiskowa. Kiedy się zna skalę łamania przez Rosjan konstytucji Królestwa, szpiclowsko-policyjną wszechobecność oraz codzienną brutalność Konstantego - ciężko to zrozumieć, a wytłumaczyć da się tylko nadzieją na „rozszerzenie wewnętrzne”, której ziszczeniu niepodległościowe czyny mogły zaszkodzić. Gołym okiem widać, w czyim de facto interesie (nieważne, czy do końca świadomie) tłoczył Książę Pan (na fałszywej licencji Aleksandra) oliwę skutecznie uspokajającą wzburzone fale narodowych umysłów i studzącą głowy. Skuteczniej chyba niż obawa lodowatych syberyjskich bezkresów. Mało się o tym wspomina, ale nawet Walerian Łukasiński nie myślał o pełnej niepodległości (stąd jego konflikt z Prądzyńskim), lecz kurczowo ucapił się mitycznego „rozszerzenia”. Liczył nie tyle na narodowy wysiłek zbrojny, co na carską chęć realizacji obietnic. Makabryczny los majora prawdę tę skutecznie potomnym zamazał, co oczywiście nie pomniejsza zasług bohaterskiego nieszczęśnika. Uwierzył w banialuki Czartoryskiego? Naiwność to jeszcze nie zbrodnia.

Długo przyszło czekać, aż mit „rozszerzenia” pryśnie. Dopiero petersburskie komentarze do procesu dekabrystów (przedruki w warszawskich gazetach) jasno dały do zrozumienia, iż nie ma mowy o żadnym „rozszerzeniu wewnętrznym”. Finalny spisek podchorążych nie był niczym innym niż bezpośrednim skutkiem rozczarowania i zrozumienia nareszcie, że nie ma już co liczyć na wzrost terytorialny z łaski carskiej, szczególnie gdy finezyjnego oszusta na tronie Aleksandra z wdziękiem niedźwiedzia zastąpił stupajka Mikołaj. Wówczas to dopiero spadły z narodowych oczu łuski. Niestety, tylko te „rozszerzeniowe”, bo o zgrozo, nadal wierzono w coś jeszcze gorszego: w narodową jedność i patriotyzm „znanych osobistości”. Krzesiwem z tego mirażu nocą z 29 na 30 listopada rozpalono umiarkowane ognisko w granicach prawa, by w niecały rok potem z dymem poszły jakże realne szanse na niepodległość.

Trzeba przyznać, że z perspektywy czasu wręcz poraża nieprawdopodobna odporność „listopadowych” Polaków na wszystko, co mogło zburzyć ich wiarę w Chłopickich, Czartoryskich et consortes, jako rzekomo zgodnym krokiem maszerujących wraz z ludem ku świetlanej przyszłości. „Myślano” - z polską szlachtą polski lud i dopiero smród narodowego pogorzeliska kazał otrzeźwieć. Poniewczasie, bo wcześniej, w listopadzie 1830 powstało przeciw carowi społeczeństwo zaczadzone do imentu i niestety nigdy nieprzeorane pługiem antyfeudalnego buntu, jakże skutecznego antidotum na chore majaczenia o wszechnarodowej jedności, powszechnej zgodności interesów. A co łączyć mogło podchorążaka, szewskiego czeladnika z Powiśla, czy szlachetkę spod - nie przymierzając - Łomży z Księciem Panem i generałami? Nikt wówczas, łącznie z kanapową lelewelowską lewicą, nie zadał sobie na serio tego pytania. Końskie okulary złudzeń i naiwności nie dopuszczały do polskich głów podobnych refleksji i wątpliwości. Działo się czarno - naród widział biało. Najobrzydliwszym chyba przykładem tego zjawiska jest casus Skrzyneckiego.

Ów patron jednej z warszawskich ulic traktował podkomendnych tak brutalnie, że nawet Konstantego to niepokoiło (sic!!!), ale opinia publiczna widziała w pułkowniku bohatera narodowego pierwszej gildii. Dlaczego? Otóż łajdak ten wchodził w skład sądu, który w roku 1824 skazał Łukasińskiego na 9 lat ciężkiego więzienia. Monsieur Skrzynecki jako jedyny nie podpisał się pod wyrokiem i cała Warszawa gotowa go była za to nosić na rękach. Opadłyby one wszystkim prędko, gdyby dowiedzieli się o dwóch „drobnostkach”. Otóż przed wydaniem wyroku Skrzynecki „delikatnie napomknął” przyjacielowi podsądnego, iż „wypełni swój obowiązek jako Polak i sędzia”, ale „niezwłocznie potrzeba mu 16 tysięcy złotych”. Diabli wiedzą, czy pieniążki (roczna pensja prezydenta stolicy) Skrzynecki otrzymał, ale wyroku nie podpisał. Wystarczyła jednak szybka połajanka Konstantego, by w popłochu i cichaczem błąd naprawił. Ulica nie dowiedziała się o tym, ale czy wiedzy takiej brakowało protektorowi łotra spod carskiej gwiazdy, Księciu Panu? A generalicji? Gdyby nie zasznurowano dystyngowanych usteczek, wyżej wymieniony łajdak nie mógłby zostać Naczelnym Wodzem Powstania, a to wyszłoby narodowi tylko na zdrowie.

Również Chłopicki przeszedł do legendy na podobnej zasadzie. Razu pewnego prowadził na paradzie swoją dywizję nonszalanckim krokiem napoleońskiego kondotiera. Na gorylej facjacie Konstantego pojawiła się piana: „Pan, jenerale, nie umie maszerować!” Błyskawiczną ripostą Polaka entuzjazmowano się potem latami: „Owszem, Wasza Wielkoksiążęca Mość, ale tym krokiem przeszedłem z Madrytu do Moskwy”. „Bohatera” zdymisjonowano ku patriotycznemu paroksyzmowi publiczności. Znalazł się poza armią i pod policyjnym nadzorem, mało zresztą dolegliwym, jako że nie zamierzał spiskować, a tylko oddać się ulubionemu zajęciu - grze w karty (jak wspomina Prądzyński - na niezwykle wysokie stawki). Naród współczuł „prześladowanemu”, a on tymczasem prowadził z carem „patriotyczną” korespondencję, domagając się awansu. Widać potrzebował Chłopicki waluty - cóż, dług karciany zawsze honorowy, a generalski szczególnie.
 

Trzecim wydarzeniem, które najwięcej narobiło w głowach zamieszania był słynny sąd sejmowy (1827-1828), tak wtedy jak i teraz spowity całunem patriotycznego podziwu. A przecież dostojni sędziowie częściowo uniewinnili podsądnych spiskowców z Towarzystwa Patriotycznego, chcąc zbagatelizować sprawę, by cara nie drażnić. Zdawało im się zresztą, że idą po linii jego niewypowiedzianych intencji. Pudło! Nie trafili! Uch, jak zdenerwował się monarcha! Uch, jak Jaśnie Oświeconą nóżką w buciku z ostrogą tupnął! Uch, jak kruczą brew pod Czapką Monomacha zmarszczyć raczył groźnie... Ale w końcu machnął dostojną rączką (koronacja za pasem!) i winy senatorom odpuścił. Wywołało to wśród nich euforię skrzętnie skrywaną przed ulicą, bo przecież wielbiła „dostojnych patriotów”, ku ich notabene przerażeniu. Najjaśniejszy Pan okazał się zaś tak łaskaw, że poprzestał na wywiezieniu na wieczne zatracenie części oskarżonych na syberyjskie bezkresy, gdyż uznał sąd polski za niekompetentny, jako że nieszczęśnicy byli poddanym rosyjskimi. Ulica się „zagotowała”, a dostojni starcy (ani myśląc o proteście!) spokojnie zabrali się za obcinanie kuponów od narodowej omyłki w ocenie ich postaw i pławienia („na stronie”) w bajorze powszechnej dezorientacji. Ułuda rzekomego gorącego niepodległościowego patriotyzmu „sfer” rozpleniła się w naiwnych umysłach społeczeństwa.

W takiej atmosferze, przy tragicznej, choć w pewien sposób zrozumiałej, ślepocie doczłapali Polacy aż do późnego wieczora 29 listopada 1830 roku, kiedy ludzie Wysockiego wyruszyli do boju. Zerwali się do walki w imię narodu, nie wiedząc, iż w istocie głównym przeciwnikiem jest nie tyle carski żołdak, co dobrze urodzony rodak truchlejący na samą myśl o naruszeniu carskich gwarancji jego interesów. Klinicznymi tu przypadkami jawią się gen. Łubieński, przez całe powstanie jęczący, że „ruchawka” popsuła prosperitę jego „Domu Handlowego Łubieńskich” oraz gen. Mroziński wściekły na powstańców, gdyż mu pokomlikowali plany małżeńskie.
 

Establishment chodzący w patriotycznej szacie z fałszowanego sukna od pierwszych chwil „poparł sprawę narodową”, zatrzaskując na głucho okiennice kamienic i pałaców. Potem wysłał bohaterskich postnapoleońskich generałów, by spacyfikowali „rozróbę”. Bez skutku. Na domiar złego okazało się, że i na Wielkiego Księcia liczyć nie można, gdyż mimo gorących apeli (m. in. Krasińskiego oraz Potockiego) nie raczył utoczyć krwi buntowszczikom. Co było robić w tej straszliwej sytuacji? Nic, tylko posłuchać ks. Druckiego-Lubeckiego twierdzącego iż skoro nie ma możliwości spacyfikowania powstania, to trzeba stanąć na jego czele i pokierować nim tak, by jak najszybciej upadło, nie zmieniając politycznego i społecznego systemu Królestwa Polskiego. Tak też uczyniono. Podczas normalnej rewolucji nie byłoby to wcale takie proste, ale my jak zwykle okazaliśmy się najlepsi i do eleganckiej sali restauracji „Kongresowa” miarowym krokiem wkroczył kelner w podchorążackim mundurze. Dygocącym o swe fortuny tuzom „ze sfer” podał na tacy władzę saute, dziarsko zasalutował, strzelił obcasami i odmaszerował. Poczęstowani, mimo iż nie było to ich ulubione danie - łaska carska panierowana, ochoczo wbili w potrawę złote widelce. Było po kłopocie. Łeb dzięki ościom łbem się stał i ryba psuć się już mogła do woli.

Zarzucając podchorążym (jakież to proste z wygodnego fotela!) ewidentną fuszerkę, trzeba mieć wszakże na uwadze, iż byli nieodrodnymi synami polskiego społeczeństwa, dziećmi wyrosłymi na glebie ułud i mitów pielęgnowanych przez Kongresowiaków przez lat piętnaście. Omotani ślepą wiarą w „osobistości” miast pójść w ślady sankiulotów, pomaszerowali biedacy innym zgoła tropem, bo Jaroslava Haška. Zamiast rewolucji wzniecili Umiarkowane Powstanie w Granicach Prawa i to w czasach, kiedy dziadek czeskiego pisarza nie był nawet embrionem, a ledwie błyskiem w oku swego ojca. Omamieni mitem jedności moralno-politycznej narodu podchorążowie wrócili do koszar, a obdarowani władzą kompanioni Księcia Pana rozpoczęli dławienie miatieża. Ujawniona potem korespondencja carska dowodzi, jak bardzo w Petersburgu liczono na pomoc z książęco-generalskiej strony. Nie przeliczono się! W najśmielszych jednak marzeniach Mikołaj I nie przypuszczał, zapewne, że jego najskuteczniejsi sojusznicy w tłumieniu powstania - Skrzynecki i Chłopicki będą mieć w XXI wieku swe ulice w niepodległej Polsce. Jako aż zdrajcy, czy tylko idioci? Oto jest pytanie.


III. Lot nad generalskim gniazdem

„Uczynna dziewczyna” niepierwszej młodości wsiada do autobusu i beznamiętnie mamlając gumę pyta: - Wszyscy jesteście stuknięci? Brak odzewu - cisza aż w uszach dzwoni.

Gdyby to był „Lot nad kukułczym gniazdem”- zagadnięci zerknęliby po sobie, po czym z lekkim zażenowaniem, ale i niejaką dumą potaknęli. Ale to nie ten autobus, nie ci pasażerowie. Tamci nie siedzieli obleczeni w przebogate mundury, ci tutaj owszem - to stu piętnastu polskich generałów z Powstania Listopadowego. Pytanie wywołuje konsternację: nie wiedzą, co odpowiedzieć, gdyż do choroby psychicznej, a tym bardziej do zwyczajnej głupoty nie wypada się przyznać, a kiedy zaprzeczyć - wyjdzie się na zdrajców, bo tertium od ponad półtora wieku non datur. Do opinii historyków nijak się odwołać: spory tłumek przyprószonych archiwalnym kurzem okularników czeka generałów, marznąc na przystanku Idiocin Wielki, a niemniej liczna brodata gromadka sterczy pod dziurawą wiatą w Zdradowicach Głównych, gdyż głowy dać gotowa (a nawet produkowane przez lat kilkadziesiąt fiszki), że tam właśnie miejsce generalicji.

Kłótnia o to, kto Powstanie Listopadowe przegrał: „generałowie idioci” czy „szamerowani zdrajcy” wybuchła tuż po samej klęsce i - sądząc z corocznych okolicznościowych wiązanek - do dziś nie została rozstrzygnięta. Króluje podejście najłatwiejsze: romantyczni podchorążowie wywołali powstanie, które przegrali nieudolni (czytaj: głupi) dowódcy. Ale czy generał w ogóle może być idiotą? Odpowiedź na to pytanie niestety nie może być bezwzględnie przecząca, jako że historii wojen „od zawsze” jest wiadome, iż generalski patent, broń Boże, nie wyklucza niczego, a głupoty w szczególności. Wprawdzie idiotów i wśród niższych szarż nigdy nie brakowało (i nie brakuje), ale dopiero generalski wężyk pozwala wojskowej głupocie w pełni rozwinąć skrzydła, a co dopiero buława marszałkowska!

Kroniki wojen zanotowały liczne przypadki ewidentnych chorób psychicznych wśród wyższych oficerów. Ot, choćby feldmarszałek Blücher (ten od Waterloo) zanudzający swój sztab informacją, iż zaciążył i niebawem urodzi słoniątko - nie o taką „głupotę” jednak tu chodzi. Mowa o braku kompetencji dowódczych, militarnym dyletanctwie z pozłacaną szpadą u boku. Mowa o wodzach-partaczach, którzy de facto są „dodatkowymi zawodnikami na boisku” armii przeciwnych.

Generał-głupiec, taki pełną gębą, nie wykorzystuje przewagi liczby, uzbrojenia oraz wyższości wyszkolenia, zaprzepaszczając taktyczne i strategiczne szanse na odniesienie zwycięstw. Kiedy należy uderzyć - zarządza odwrót, gdy konieczny jest pościg, by przeciwnik nie otrząsnął się z klęski - drepcze w miejscu. Miast koncentrować oddziały, rozprasza je, a słane przełożonym sprawozdania polewa sosem megalomanii i z patologiczną niechęcią traktuje rady oraz sugestie niższych stopniem fachowców. Patrząc na poczynania generała-idioty wypadałoby ryczeć ze śmiechu, gdyby nie fakt, że ceną za jego głupotę są śmierć, rany lub niewola setek, tysięcy ludzi. Śmiech więc zdycha na wargach, a pięści się zaciskają. Aż kostki bieleją, kiedy przypomnieć sobie, JAK nasi generałowie przegrali powstanie.
By zwyciężyć, należało rozpocząć wojnę atakiem na trzęsącego w Wierzbnie portkami Wielkiego Księcia i przeciągnięciem na polską stronę Korpusu Litewskiego sformowanego z Białorusinów, Litwinów i Ukraińców, a dowodzonego w 90% przez Polaków. Książę Pan do spółki z „Ojcem powstania” perfekcyjnie zadbali, by do tego nie doszło. Konstanty zupełnie nie niepokojony wycofał się z Królestwa i aż po luty 1831r. (dwa i pół miesiąca!) nie było w Kongresówce ani jednego rosyjskiego żołnierza. Również i dlatego, że Chłopicki (chcąc przypodobać się Mikołajowi I, z którym za plecami rządu paktował) odesłał carowi kilkuset jeńców. Na domiar carskiego, Dyktator skutecznie storpedował mobilizację polskiej armii, a to, co miał pod komendą unieruchomił w pobliżu stolicy.

Kiedy dwa miesiące później nadczłapał Dybicz, zadbano, by przekraczającemu Liwiec krzywda się nie stała. I udało się! Zaraz potem Chłopicki wpadł na pomysł rozegrania tuż pod Warszawą bitwy remisowej taktycznie, a strategicznie zwycięskiej dla Rosjan. Można było inaczej, gdyż Chrzanowski (jeszcze w grudniu) proponował atak na armię carską koncentrującą się tuż za granicą Kongresówki, a Prądzyński postulował ofensywę aż po Niemen i Polesie. Oba plany odrzucono, ponieważ pulsowały rozmachem operacyjnym i rokowały pełne zwycięstwo. Petersburg mógł odetchnąć, mimo iż wyraźnie nie pasujący do towarzystwa Dwernicki stłukł niebawem Geismara pod Stoczkiem.

Aż do 17 lutego na przedpolach stolicy czekano bezczynnie na interwentów. Wreszcie dotarli i mógł pan generał Skrzynecki stoczyć bitwę pod Dobrem. Mimo przewagi liczby i pozycji skoncentrował się na odwrocie, by przypadkiem żołnierzy nie poniosło i nie pokonali wroga. Dwa dni potem pod Wawrem Żymirski i Szembek odrzucili Rosjan i mogli ich zniszczyć, ale odmówiono im posiłków więc po paru godzinach musieli się wycofać. I dobrze, bo przecież Moskale mogli przegrać i co wtedy? Przecież po rozbiciu rosyjskiej awangardy szanse na nasz sukces w kampanii zdecydowanie by wzrosły. Apage! Chłopicki postanowił spokojnie trzy dni zaczekać na koncentrację sił wroga, by ten miał większe szanse wygranej.

20 lutego Rosjanie z uporem maniaka szturmowali centrum polskiego szyku pod Grochowem - bezskutecznie, Polacy utrzymali pozycję. W takiej sytuacji najlepiej pomóc przeciwnikowi stercząc kołkiem w miejscu przez kilka dni, aż wreszcie wszystkie jego siły dotrą na pole bitwy. Tak też uczyniono i po trzech dniach nowy korpus rosyjski dodreptał do Białołęki, gdzie dzwoniła na mrozie zębami nasza brygada piechoty. Gen. Małachowski popełnił faux pas porównywalne z puszczeniem bąka w eleganckim towarzystwie. Nie rozumiejąc intencji przełożonych, zamiast obserwować i dać Rosjanom czas do rozwinięcie szyku - uderzył. Skutkiem tego skandalicznego postępku zarysowała się kolejna szansa zniszczenia sił moskiewskich, tym bardziej że do walki spontanicznie przystąpiła pobliska polska brygada pod Giełgudem. Nic z tego! Zawsze czujny Chłopicki zabronił kontynuowania ataku i dzięki temu Rosjanie zyskali czas, by się otrząsnąć a potem przejść do kontrataku, który cudem tylko nie skończył się pełnym sukcesem. Zapadła noc. Nad ranem carski dowódca postanowił się wycofać i wówczas na skłębione rosyjskie żołdactwo (wbrew rozkazom!) uderzyli nasi, gromiąc nieprzyjaciela. Chłopicki znów popisał się refleksem i zakazał pościgu. Spokojny o swe skrzydło Dybicz mógł już uderzyć całą mocą na Olszynkę Grochowską.

Gdyby nie konsekwentne dążenie powstańczego dowództwa do remisu, pewnie nie miałby Kossak czego uwieczniać, ale udało się i zaczęli Polacy malowniczo ginąć w rozstrzeliwanym carskimi pociskami zagajniku. Przez cały dzień bronili się bohatersko, by na koniec opuścić pozycję, przez co zamiast sukcesu militarnego odnieśli kolejne wspaniałe zwycięstwo moralne poprzez remis taktyczny. Z ofiarowania Rosjanom sukcesu strategicznego nic nie wyszło. Mimo iż w pełni zdolna do walki armia polska wycofała się do Warszawy, to drań Dybicz zawiódł nadzieje: wystraszył się forsowania Wisły pod ogniem naszych dział, nie miał za wiele amunicji, poza tym głód pętał kiszki jego wojakom. Mimo ofiarnej pomocy Chłopickiego Rosjanie pod Grochowem nie osiągnęli niczego i wycofali się. Źródła nie podają, czy z tego powodu dyktatora szlag trafił. Uczyniła to natomiast kula z armaty Jego Carskiej Wysokości i Chłopicki wypadł z gry, zwalniając pole jeszcze lepszemu od siebie „patriocie” - Skrzyneckiemu.

Ten to dopiero klasę pokazał! Z porażającą konsekwencją odrzucał wszelkie ofensywne plany. Jeśli zaś przyjmował, to czynił z nich ich własne karykatury. Można było likwidować rozproszonych Rosjan korpus po korpusie, ale nasz Wódz wciąż perfekcyjnie dbał o to, by w porę zdążyli się skoncentrować, albo też wysyłał w pole zbyt małe siły. Choćby pod Dębe Wielkie, gdzie dwa i pół pułku polskiej piechoty szturmowało cały korpus rosyjski, a trzymane na smyczy nasze siły główne obserwowały to bezczynnie z niewielkiej odległości. Dopiero pod wieczór Prądzyński wybłagał u Skrzyneckiego szarżę kawalerii. Po uporczywej walce z Rosjanami oraz własnym Wodzem Naczelnym, kosztem 400 trupów własnych rozbito cały korpus carski, ale przecież nie o to chodziło w całej tej zabawie.

Nie było też jej celem, jak się okazało, zajęcie Siedlec, w których Dybicz zgromadził całe swoje zapasy oraz polskich jeńców. Skrzynecki nakazał trzydniowy postój, by Rosjanie mogli zabrać wszystko co potrzeba i wycofać się. Na wszelki wypadek odebrano Prądzyńskiemu spod komendy sporą część wojska i skutkiem tego pod Iganiami siły rosyjskie były prawie dwa razy liczniejsze od naszych. Mimo to bezczelny budowniczy Kanału Augustowskiego zwyciężył i gdyby nie bohaterska - z carskiego punktu widzenia - postawa Skrzyneckiego, który jak tylko mógł spowalniał marsz sił głównych - okrążonoby Rosjan i doszczętnie zniszczono.

Kiedy tylko uszczęśliwieni Moskale cofnęli się nieco, by masowo mrzeć na cholerę, nasi na palcach odeszli, by im nie przeszkadzać. Mimo tych starań pod koniec kwietnia i tak sytuacja zrobiła się niebezpieczna. Przeciw 50 000 Rosjan stanęło 70 000 Polaków, ale nasz Wódz Naczelny finezyjnie odesłał część wojska w lubelskie, wyrównując szanse. Pozostał też w miejscu, ale zarazą trzebionym wrogom się nie naprzykrzał. Chóralne westchnienia ulgi dobiegające z rosyjskiego obozu musiały mu wystarczyć za podziękowanie. Dlaczego wrony widzące, co się święci i turlające się ze śmiechu nie pospadały z oblodzonych konarów, do dziś zastanawia ornitologów i historyków wojskowości.

I znów namolny Prądzyński przedłożył plan. Tym razem uroił sobie osobne zniszczenie gwardii carskiej oraz sił głównych Dybicza, a w efekcie finalnym wyrzucenie agresorów z Kongresówki. Skrzynecki trzymał jednak rękę na pulsie i tak manewrował, by Rosjanie zdążyli skoncentrować siły. Potem odesłał zapasy amunicji z dala od Ostrołęki i odpowiednio pokierował bitwą. Klęska powstańców była druzgocąca, co dziwić nie powinno. Historycy twierdzą, że feldm. Dybicz zmarł na cholerę, ale ja nie wykluczam zgryzoty, gdyż musiał rozumieć, iż wszystkie swe sukcesy zawdzięczał polskiemu wodzowi, a nie sobie samemu.

Gdy w miesiąc po ostrołęckiej klęsce pokonana armia polska szybciej odzyskała siły od zwycięskiej rosyjskiej, a maniak Prądzyński przedstawił kolejny pomysł rozbicia interwentów, Skrzynecki znów pokazał, co potrafi. Wniósł tak zasadnicze poprawki, że wykonanie powstałej karykatury planu groziło nam katastrofą przy której Ostrołęka to fraszka.

Kiedy, równa liczbą naszej, armia Paskiewicza była o krok od Warszawy, wyszedł z niej (by prawie nie walczyć) 20-tysięczny korpus hochsztaplera Ramoriny. Dzięki temu łatwiej było potem po króciutkiej obronie skapitulować, zapewniając sobie alibi w postaci rzekomego samobójcy Ordona i ginącego kaleki Sowińskiego. Choć ciężko w to uwierzyć, ale ledwie jeden szturm (z pewnymi sukcesami) wystarczył, by generałowie zdecydowali o kapitulacji przed wrogiem prawie pozbawionym artyleryjskiej amunicji. Świetnie słysząc co w polskiej trawie piszczy, Paskiewicz odmówił rokowań z rządem, a poprzestał na generalicji i się nie przeliczył. Na czterdziestu tylko sześciu chciało bronić się dalej.

Jeśli spojrzeć na sposób prowadzenia tej wojny, to faktycznie wydaje się, że dowódcy nasi wyfrunęli na przepustkę z kukułczego gniazda, z oddziału dla szczególnie ciężkich przypadków i teza o ich idiotyzmie wydaje się zasadna. Gdyby tak wojowali pod Bonapartem, cesarz kazałby ich rozstrzelać.

No, właśnie. Czy możliwe, żeby generałowie wyedukowani w solidnej napoleońskiej szkole dowodzenia przez marne szesnaście lat stali się militarnymi idiotami? Skoro francuskiej generalicji wystarczył okres 1918-1940, by z pułapu równego kajzerowskim dowódcom stoczyć się do poziomu żałosnych dyletantów, to czemu nasi mieliby być gorsi? Dwudziestolecie międzywojenne to jednak wręcz rewolucja w technice wojskowej, taktyce i strategii, a od klęski Napoleona po Powstanie Listopadowe nic się w tych sferach nie zmieniło, pomijając może śmielsze stosowanie rac Congreve’a, ale tego akurat Polacy mogli uczyć Rosjan, a nie odwrotnie.

Weygand z Gamelinem w myśleniu o wojnie zatrzymali się na roku 1918 i przez to w 1940 przegrali w sposób - delikatnie mówiąc - kompromitujący. Czy do podobnego skamienienia mózgów mogło dojść u naszych generałów? Mogło i doszło. Jednak jak podkreślają historycy wojskowości, to właśnie „napoleońskie atawizmy” stały się kilkakroć przyczyną taktycznych sukcesów armii powstańczej. Od 1814 roku Europa restytuowała ancien regime również i w armiach, skutkiem czego zapanował der revuetaktische Zug (ciąg ku taktyce rewiowej). Nie inaczej było w wojsku konstantynowskim, choć nie do końca. Przy akceptacji W. Ks. Konstantego, przecież maniaka defilad, szkolono nasze wojsko korzystając (choć w stopniu ograniczonym) z doświadczeń napoleońskich. Skutkiem tego nasi dowódcy bardziej skłonni byli stosować ekonomię sił, manewr skrzydłowy oraz atak piechoty na bagnety. Warto też wiedzieć, że dosłownie wszystkie starcia piechurów (przy względnej równowadze liczebnej) ilekroć doszło do walki wręcz wygrali w 1831 Polacy. Jak widać jasno - proweniencji ewentualnego skretynienia naszej generalicji należy szukać gdzie indziej.

A może zabrakło doświadczenia bojowego i umiejętności? Cóż, wprawdzie generalicja rosyjska niewątpliwie miała więcej wprawy w samodzielnym dowodzeniu wielkimi jednostkami, to umiejętności naszej były wystarczające. Nabyła je zresztą w bojach z czołówką europejską - Prusakami, Austriakami i żołnierzami cara, a nie jak Rosjanie - w wielkiej mierze - walcząc z miernymi armiami Turcji i Persji. W pracy sztabowej mieliśmy zdecydowaną przewagę, gdyż nikt z Rosjan nie dorównywał talentem Prądzyńskiemu i Chrzanowskiemu. Na dodatek, szczególnie na szczeblu brygad i pułków, posiadaliśmy dowódców dużo lepszych, szczególnie w piechocie. Fachowcy oceniali poziom manewrowania Polaków pod ogniem, od batalionu po dywizję jako „niemal perfekcyjny”. To nie o naszej armii a carskiej napisał Rosjanin Puzyrewski, że przepełniona była oficerami całkowicie nieobeznanymi ze sprawą wojenną nawet teoretycznie. Jak widać gołym okiem - w niczym nasi nie ustępowali Moskalom, czym więc tłumaczyć klęskę za klęską? Dlaczego wszystkie prawie sukcesy militarne odnieśliśmy ponieważ ktoś u kogoś wybłagał zgodę na sensowne działania? Bo ktoś, gdzieś złamał rozkaz z góry? Co do diaska stanowiło przyczynę głupoty polskich generałów w 1831 roku? Nic. Skoro drzewa nie było, próżno szukać korzeni. Nie znajdzie się ich również tam, gdzie zwykło się twierdzić, iż generałowie nie wierzyli w możliwość zwycięstwa. Byli fachowcami na niezłym zupełnie poziomie, a to wyklucza ślepotę strategiczną, nieumiejętność oceny sytuacji. Nie tyle nie wierzyli w sukces, co byli mu po prostu przeciwni.

Nie istniała nigdy i nigdzie w dziejach armia, której każdy generał był głupcem (czytaj - nieudolnym partaczem), polskie wojsko listopadowe nie jest tu wyjątkiem. Co najmniej naiwnością jest tłumaczenie zmarnowania wszystkich możliwych szans sukcesu dyletanctwem - wcale uzdolnionych w istocie i doświadczonych - generałów dowodzących świetnym wojskiem, „chorym” na patriotyczną gorączkę. Perfekcyjnego spętania wojennego wysiłku społeczeństwa, uwalniania Rosjan od groźby klęski, ilekroć tylko zajrzała im w oczy, nie da się objaśnić nieudolnością-głupotą. Za wiele w tym konsekwencji, za wiele precyzji. W zbyt logiczny ciąg układają się „błędy”. Nie głupota to, lecz zdrada!

Oczywiście, nie należy jej pojmować w podstawowym sensie tego słowa. Pomijając kilku łajdaków, którzy uciekli do Rosji, nie ma do dziś dowodów na pozostawanie któregokolwiek generała powstańczego na żołdzie carskim kiedy toczyły się walki. Zdrada była innej natury, przez to bardziej perfidna i dotkliwa dla narodu: generałowie-zdrajcy, nie żadni idioci, okazali się Wallenrodami w imię carskie! Jak postulował Drucki-Lubecki - stanęli w listopadzie 1830 na czele bijącej się o niepodległość armii po to tylko, by tak nią dowodzić, aż wreszcie car będzie mógł odtrąbić zwycięstwo. O żadnej nieudolności mowy być nie może, wręcz przeciwnie. Przypadek Skrzyneckiego dobitnie świadczy, że uczyniono dokładnie wszystko, by nie móc zwyciężyć. Jak „Ojciec powstania” Chłopicki perfekcyjnie zmarnował miesiące pierwsze, tak Skrzynecki z Krukowieckim brawurowo doprowadzili rzecz do końca. Co nimi kierowało?

Ten pierwszy w „krótkich żołnierskich słowach” rzecz wyjaśnił: zostawując wszystko na miejscu swoim jako było, utrzymać potrafię cesarza w opinii, że swe małe królestwo odzyszcze. I udało się. Odzyskał. Byłoby dziwne, gdyby stało się inaczej, gdyż przecież zanosiło się na to od samego początku. Podchorążowie wyprowadzili okręt z portu, by jego ster oddać generalicji, a tymczasem nocą z 29 na 30 listopada 1830 roku ani jeden polski generał nie stanął przeciw carowi. Wszyscy (!) byli przeciwni powstaniu. Jedni aktywnie i na oczach społeczeństwa, drudzy w zaciszu pałaców i sztabów. Tych pierwszych zastrzelono, drugim los pozwolił grać komedię, a aktorami okazali się być wybornymi, skoro pod dziś dzień wielu wierzy w ich głupotę. Choć ich car o to nie prosił, spontanicznie tłumili powstanie, śniąc o petersburskiej nagrodzie. Nie utożsamiając się z dążeniami narodu mogli wycofać się w domowe pielesze (niektórzy tak uczynili) i spokojnie czekać końca ruchawki. Nie gwarantowało to jednak utrzymania uprzywilejowanej pozycji w popędzanym nahajką Królestwie Kongresowym, postanowili więc generałowie dopomóc carowi (i sobie, i sobie!).

Aktywni w powstaniu Kongresowiacy grupowali się w trzech zasadniczych frakcjach. Lewica (upraszczając, można zaliczyć tu i „Kaliszan”) dążąca do niepodległości przez wojnę z caratem, postulowała maksymalny wysiłek narodowy, wielkie ofensywy oraz powstanie na ziemiach zaboru rosyjskiego - realnie odgrywała rolę niewielką i steru nie trzymała w rękach. Ucapili go natomiast umiarkowani konserwatyści pod wodzą Księcia Pana marzący o lokalnych zwycięstwach, pomocy militarnej Zachodu oraz zmuszeniu cara do rokowań, celem przywrócenia w Królestwie ducha i litery konstytucji oraz „rozszerzenia wewnętrznego”. Jak celnie zauważył Łojek - powstanie było dla nich swoistym załącznikiem do petycji kierowanej na carski adres. Była i trzecia orientacja, w której ton nadawali ludzie pokroju Druckiego-Lubeckiego śniąca o szybkiej kapitulacji i po prostu przywróceniu stanu sprzed 29 listopada. Generalicja nasza en bloc należała do kapitulantów, choć w części też i do umiarkowanych, przestaje więc dziwić, iż żaden z wodzów naczelnych nie postawił przed powstańczą armią zadania zniszczenia siły żywej nieprzyjaciela.

A to nie partia szachów, bez tego nie da się wygrać żadnej wojny! Sposób zaś jej prowadzenia bezpośrednio wynika z polityki, której strategia militarna jest służebnicą. Skoro polityczne cele były tak a nie inaczej określone, to logiczne, że strategia kulała jak ochwacona szkapa. Po co niszczyć armie carskie, skoro nie zamierza się zrywać z carem?

Dlaczego napoleońscy bohaterowie zdradzili? Wzorem większości francuskich marszałków po moskiewskiej kampanii - zachorowali. Po roku 1815 ich patriotyzmem zawładnął uwiąd starczy. O niepodległości zapomnieli, Kongresówkę uznali za maksimum tego, co można było wówczas uzyskać. Owo „wówczas” rozciągnęło im się w czasie aż po rok 1831. Masując swe obite w 1812 roku kondotierskie pośladki, pragnęli już tylko dożyć w spokoju i splendorze końca dni swoich i zupełnie nie widzieli powodu, by na pierwsze wezwanie jakiśtam podporuczników stawiać na kartę wolność, życie i karierę osobistą. Los narodu był im tyle bliski, ile nie zagrażał osobistym interesom, a te mieli rozległe bardzo, jak choćby gen. Różniecki, który na miesiąc przed powstaniem zaczął zasypywać Konstantego doniesieniami o podchorążackim spisku, by odwrócić uwagę satrapy od afery finansowej, w której tkwił po uszy.

Wspaniałym wyjątkiem okazał się pewien generał eks-legionista, który choć początkowo był (biernie) przeciwny powstaniu, to potem zdołał przekroczyć listopadowy Rubikon uważając, że: źle się stało, panowie, ale gdyśmy podnieśli broń […] trzeba zwyciężyć […] jeśli każdy z nas: wódz, oficer, żołnierz postanowią jednozgodnie, szczerze i święcie zginąć lub zwyciężyć, to żadna siła się nam nie oprze - zwyciężymy. Nie dziwi ani to, że go Chłopicki za to nienawidził, ani tym bardziej fakt, gen. Żymirski okazał się jedynym (sic!) naszym generałem który padł od wrogiej, nie polskiej kuli, a zginęło ich dziesięciu.

Podobnie myślących generałów można wymienić po nazwisku bez obawy, iż zbyt wiele miejsca to zajmie: Sznajde, Szembek, Bem, Prądzyński, Małachowski, Kołaczkowski, Bogusławski i Chłapowski. Może jeszcze paru… Pozostali robiąc patriotyczną minę do carskiej gry, póty powstanie dławili od środka, aż wreszcie upadło. Musiało to nastąpić, skoro naiwni powstańcy oddali ster w zramolałe łapska podstarzałych kondotierów, rezygnując z namaszczenia oficerów młodych i zdecydowanych walczyć na serio. Ci zapewne nie obawialiby się stworzenia masowej, przepojonej duchem powstańczym armii ani ofensyw druzgocących carskie korpusy.

Prawdopodobnie poszliby śladem dowódców rewolucyjnej armii francuskiej, którzy każdą bitwę usiłowali wygrać, karierą, życiem ryzykując i koncentrując się na biciu wrogów, a nie marudzeniu, że „nic z tego nie będzie”. Do tego trzeba było jednak rewolucji z toczonej krwi i łamanych kości, a nie Umiarkowanego Powstania w Granicach Prawa. Można rewolucję francuską widzieć przez bourbońskie okulary, ale warto nie zapominać, że to dzięki widmu gilotyny francuscy Chłopiccy nie spaprali wysiłku narodu, a Skrzyneccy nie zasypiali na polach bitew. Mało to przyjemna prawda, ale jednak.

Próbowano u nas pójść podobnym tropem, ale maszerujących (tym razem za Mochnackim) podchorążych powstrzymał klęczący na bruku Wysocki łzami i błaganiem. Cofnęli się. Dzięki temu tonącym wrakiem powstania sterować nadal mogli generałowie, których jedni postrzegali jako głupców, drudzy widzieli zdrajcami. Wraz z armatorem Czartoryskim pilnie pracowali, by okręt zatonął. Nie dopuścili do klęski Rosji, działając z zegarmistrzowską precyzją. Na co liczyli w zamian? Na nagrodę w postaci albo rozszerzenia wewnętrznego albo przynajmniej przywrócenia status quo. Mikołaj I jednak grzmotnął paskiewiczowskim młotkiem w kapitulancki zegarek, brutalnie dziękując swym stronnikom za współpracę i za nic mając nasz wewnątrzpolski spór: zdrajcy to, czy głupcy. Miał w istocie rację, gdyż „osobistości” nasze były i zdrajcami, gdyż dążyły do pacyfikacji narodowego powstania, i głupcami, ponieważ ich polityczne koncepcje spokojnie można zaliczyć do pobożnych nadziei, których córką jest polityczna głupota.

Mało kto pamięta, że stał kiedyś w Warszawie pomnik, cel spacerów warszawskich patriotów. Monument postawiony przez Rosjan upamiętniał śmierć łotrów spod carskiej gwiazdy - polskich generałów, których udało się podchorążym zabić podczas Nocy Listopadowej. Pomnik cieszył się wielką popularnością wśród warszawiaków, którzy plując nań ze snajperską precyzją, czcili tak przez dziesięciolecia pamięć łajdaków. Obyczaj ten zaniknął kiedy obelisk zlikwidowano w roku 1917, a szkoda wielka. Może gdyby stał dłużej, inaczej pamiętanoby dziś i tych generałów, którzy powstańczą noc przeżyli, by potem zdradzić w imię swych egoistycznych interesów oraz politycznej (bo nie militarnej!) głupoty.


Wrocław, 30 lipca 2006

wstecz