|
|
Azazel
Świderek
Po triumfalnym marszu przez ekrany polskich kin westernu „Ewentualny
Zorro”, o którym pisałem w jednym z poprzednich felietonów (vide
"Kilku
Wspaniałych"), czas na film
kolejny: siatkarski sequel „Egzorcysty”. Oryginalna wersja
filmu przeszła do legendy gatunku. Opowiadano sobie (nim pojawiła
się w Polsce), że za oceanem karetki na sygnale kursowały trasą
kino-szpital, wzbogacając wiedzę tamtejszej służby zdrowia o
palpitacjach, omdleniach i zawałach. Kiedy już przyszło co do czego,
okazało się, że wprawdzie „Egzorcysta” przestraszyć Polaków
potrafił, to jednak nie padali trupem ze strachu, mimo iż głównym
bohaterem (choć wyświetlana na koniec lista płac na to nie wskazuje)
okazał się szatan!
W polsko-siatkarskiej kontynuacji klasycznego horroru w roli
wysłannika piekieł występuje Raul Mefistofeles Lozano. Intryga
sequelu dorównuje friedkinowskiej, maestria egzorcystów godna jest
von Sydowa, a sceneria (vide hala Jastrzębia) - identycznie ponury
wywołuje nastrój. Ofiarą diabła pada tym razem nie małoletnie
dziewczę, lecz prezes Przedpełski, którego opętanie budzi w widzach
strach i przerażenie.
Krótko o treści: na cztery lata przed Pekinem szatan zagina parol na
prezesa PZPS, każąc mu odtrącić polskich szkoleniowców i Bogu ducha
winne duszyczki reprezentantów oddać w szpony syna argentyńskich
piekieł. Demoniczny Latynos zmusza siatkarzy do podpisania
cyrografów, po nocach wypija krew tak z nich, jak i z rytualnie
mordowanych przez się kotów oraz kurcząt. Dla niepoznaki zabrania
graczom grzeszyć, wyrzucając ze zgrupowania kilku nadużywających
alkoholu (tak tylko mówi - faktycznie była to woda święcona). Potem
jest już tylko gorzej, ale na Dobro nie daje się Złemu i walczy z
nim, tym sukinsynem, ze wszystkich sił - mimo wysiłków diabła
siatkarze zdobywają wicemistrzostwo świata. Czart wykorzystuje to
dla swych niecnych celów i jeszcze ściślej oplata rogatymi mackami
prezesa, podobno nawet zmuszając go do oddawania czci Czarnemu Panu.
Zależność opętanego od sił ciemności rośnie: bez pardonu zmusza do
gry w reprezentacji zawodników, którzy (przynajmniej co jakiś czas)
nie mają na to specjalnej ochoty.
Tortury jakim młode organizmy poddaje selekcjoner z piekła rodem
owocują tak licznymi kontuzjami, jak marnym występem na ME, po
którym R. M. Lozano w tajemnicy przed całym środowiskiem szatańsko
zaciera ręce, tańcząc z radości (wraz z Czarnym Kozłem) wokół
odwróconego krzyża. I tak to trwa aż do igrzysk olimpijskich, na
których diabłu udaje się wreszcie, co zamierzał - medal przechodzi
Polsce koło nosa. Na szczęście pojawiają się liczni bezinteresowni
egzorcyści i wypędzają Złego z prezesa. Argentyński demon zostaje
wygnany, a M. Przedpełski sprawia wrażenie nawróconego na
siatkarsko-polską normalność: lansując rodzime kandydatury na
selekcjonerski stolec.
Niestety, szatan, jak to zwykle on, nigdy nie ustępuje do końca.
Choć prezes nie lewituje już i nie rzuca w środowisko meblami, to
rychło powraca do starej śpiewki o trenerach zagranicznych.
Niezmordowani Egzorcyści znów ruszają do boju: upubliczniają fakt,
że wygnany czart usiłował zmuszać zawodników do gry ze złamanymi
palcami, z chorobami kręgosłupa. Nic to nie daje - złe moce nie
opuszczają prezesa: opętańczo forsuje kandydaturę Azazela Świderka
na tron trenera kadry kobiet. Egzorcyści nie dają za wygraną,
przesłuchując kandydata na okoliczność pogardzania przez Raula
Mefistofelesa Lozano polskimi trenerami. Lozano’s Baby mętnie się
tłumaczy podkreślając, że wprawdzie przez ostatnie cztery lata
dawało się na jego głowie zauważyć piekielno-argentyńskiej
proweniencji różki, to jednak obie stopy ma normalne i w żadnego
koźlego kopytka nie ukrywa.
Tyle z filmowego planu, zakończenie poznamy podczas premierowego
pokazu na zjeździe PZPS. Wtedy też dowiemy się, czy udało się z
prezesa Przedpełskiego diabła wypędzić, czy może nadal jest pod jego
wpływem. Okaże się też, czy twórcy filmu nie położyli przypadkiem(?)
zbyt dużego nacisku na sensacyjną „medialność” dzieła, na tanie
epatowanie złem.
Stara to prawda, że w 99% przypadków sequel jest o niebo
gorszy od filmu pierworodnego. Pewnym wyjątkiem jest tu „Rocky”,
którego „wersja wyjściowa” tak nisko ustawiła poprzeczkę, że gorszej
kontynuacji nie sposób było nakręcić. I tu jednak zdania są
podzielone, jako że część widzów twierdzi, iż kolejnym odcinkom sagi
o obijaczu pysków udało się wszakże zapukać od dołu w dno osiągnięte
przez pierworodnego. Z punktu widzenia polskiej siatkówki w żadnej
mierze nie jest to istotne. Ważne natomiast jest to, że film
egzorcyzmujący polski volley wstrząsa widzem - jak to
zauważył przed laty jeden z recenzentów pierwszej wersji – „przez
uzmysłowienie sobie, że szatan to nie fikcyjna siła, ale osobowa
postać, która stanowi realne zagrożenie”. Z tego punktu widzenia
warto było sequel kręcić, by zawczasu wybić zagranicznym
szatanom chętkę na posadę w RP.
Siatkarski „Egzorcysta XXXIX” ze względu na mało oryginalny
scenariusz, z uwagi na zaangażowanie w nim aktorów scen
prowincjonalnych (w stereotypowym rozumieniu tego określenia), a
także z przyczyny ewidentnego braku suspensu zapewne nie podbije kin
światowych. Jedno wszakże pozostaje pewne: kto by nie został nowym
selekcjonerem kadry (a raczej kadr, bo i żeńskiej to wszystko
dotyczy), to nie zabraknie u nas nigdy ochotników do egzorcyzmów. Na
nieustraszonych łowców wampirów zawsze ci u nas urodzaj. Bez względu
na wszystko powitają delikwenta kategorycznym: apage satanas!
A im bardziej będzie potem krytyczny wobec polskiej myśli
szkoleniowej, tym pożegnanie będzie brutalniejsze. Jak to jednak
często u nas bywa - zbożny cel uświęca środki.
Felieton ten wraz ze szczerymi wyrazami współczucia kieruję do
„szczęśliwców”, którym zmagać się przyjdzie z rozbudzonymi
nadziejami kibiców, fochami i dżunglą interesów klubów oraz
działaczy szczebla centralnego, a także z mizerią systemową polskiej
siatkówki.

|
|