| |
Przedmowa
Nikt nie rodzi
się kibicem, a jeszcze mniej jest (nawet in vitro) urodzonych fanów historii XX
wieku. Jednym i drugim dedykuję przedmowę w postaci krótkich notek
biograficznych postaci występujących w felietonie.
Włodzimierz Sz. [aranowicz] – tytan mikrofonu, Złotousty komentator
wszelkich zawodów, o ile zagwarantowana jest wysoka oglądalność. Cały świat go
Polsce zazdrości.
Mika K. [oionkoski] – fiński trener skoczków austriackich, fińskich i
norweskich, bliźniak muminkowej Buki, ale uśmiechnięty.
Janusz B. [biesiada] – były prezes Polskiego Związku Piłki, obecnie
oskarżony o oszustwo i przywłaszczenie mienia. Sprawa w toku.
Adam M. [ałysz] – (o ile odnosi sukcesy) wielki kumpel
Włodzimierza Sz.
Kamil S. [toch] – często się widuje z Adamem M.
Sebastian Ś. [widerski] – siatkarz, gdyby nie Żebrowski – grałby
Skrzetuskiego, sponsor tego felietonu.
Raul L. [ozano] – znany argentyński przedstawiciel polskiej myśli
szkoleniowej
Robert M. [ateja] – postać zagadkowo-tragiczna, bliski znajomy buli.
Hannu L. [eppistoe] – trener, w pewnym sensie kuzyn Paavo N.
Wolfgang L. [oitzl] – dla red. Krzysztofa M. - powód do śmiechu
Waldemar W. [spaniały] - Szef Wyszkolenia w PZS, postać kontrowersyjna –
kiedy w ub. roku siatkarki wróciły na tarczy z Japonii albo obrzucono go jajkami
na Okęciu, albo nie.
Krzysztof M. [iklas] – wesoły komentator, bardzo go śmieszy, gdy zawodnik
na tyłku zjeżdża ze skoczni.
Andrzej N. [iemczyk] –wielki fachowiec, najsłynniejszy trener polskiej
żeńskiej siatkówki, albo osoba nieodpowiedzialna i alkoholik.
Benito M. [ussolini] – w latach 1922-44 zaprowadził rządy we Włoszech
swojego prawa i swoistej sprawiedliwości
Adolf H. [itler] – uczynił podobnie na terenie Niemiec i nie tylko.
Józef Wissarionowicz S. [talin] – ich kuzyn z Gruzji cieszący swoją osobą
tereny o wiele rozleglejsze.
Wiktor Emmanuel S. [sabaudzki] – udawał, że przeszkadza przeszkadzał
Benicie M. w stabilizowaniu sytuacji.
Lew T. [rocki] – Żyd, ale nie mason, czy cyklista – nie wiadomo.
Mirosław P. [Przedpełski] – interdyscyplinarny zawodnik, w chwilach
wolnych prezes PZPS
Alojzy Ś. [widerek] – asystent Raula L., jeszcze niedawno znał język
włoski
Małgorzata G. [linka] – gwiazda. Gra w reprezentacji narodowej - jak
rozpowiada - to dla niej hobby.
Buraczana krótka z Wielkiej Krokwi
Motto:
„Mam kilka pomysłów [...] teraz wszystko zależy od wysokości budżetu”
Janusz Biesiada
eks-szef PZPS
oskarżony m.in. o oszustwo i przywłaszczenie mienia
To, że Janusz B. ponownie działa na siatkarskiej niwie, wygląda dość groźnie.
To, że znów ma pomysły, jest być może jeszcze groźniejsze. To, że znowu mówi o
budżecie napawać może panicznym lękiem. W całej tej sprawie pociesza fakt, iż
eks-wodzirej siatkarskiej centrali pozostaje na razie lokalnym. Optymizmem
napawa też to, że na jego obecnych terenach łowieckich siatkówka (na poziomie,
którego byłoby żal) występuje rzadziej, niż cielęta o pięciu ogonach. Czy
uczynienie oskarżonego o oszustwo i przywłaszczenie mienia odpowiedzialnym za
uzdrowienie pomorskiej siatkówki powinno dziwić? Nie! Mamy obecnie sezon na
wspaniałe pomysły. Za najciekawszy uważam wzbogacenie polskiej piłki siatkowej o
elementy skoków na nartach, pływania asynchronicznego, supergiganta oraz
strzelectwa.
Pierwszy z brzegu laik powie, że skoków narciarskich nie da się ożenić z
siatkówką, gdyż Adam M. ma beznadziejny odbiór zagrywki, z Kamila S. żaden
libero, zaś Sebastian Ś. źle prezentowałby się w kasku z goglami. Nie ulega też
wątpliwości, że Raul L. machający chorągiewką na tle Miki K. to byłaby komedia.
Ale czy poddany argentyńskiemu drylowi Robert M. z Zakopanego nie skakałby
wreszcie, zamiast kicać? A środkowi bloku? Czy instruowani przez Hannu L. nie
lataliby stylem „V” wyżej antenek? Nawet bez obowiązku lądowania z telemarkiem.
Grę uznano widocznie za wartą świeczki i od zimy 2007 roku związek skoków z
siatkówką stał się faktem, choć ulokowano go w dość dziwnym miejscu: gdzieś
pomiędzy austriackimi pośladkami skoczka Wolfganga L., a staropolską głową
trenera Waldemara W.
Dzień przed pamiętnym zakopiańskim wypadkiem czeskiego skoczka nasze orły z
publicznej przypomniały, jak ongiś austriacki zawodnik zamiast na nartach,
zmierzał ku progowi Wielkiej Krokwi na zadku. Pamiętam, jak bardzo zbulwersował
mnie wtedy komentator Krzysztof M., nie potrafiący powstrzymać rechotu. Po
latach przypomniano Austriaka szorującego pupą rozbieg, ale zza kadru
usłyszałem... Złotoustego Włodzimierza Sz.! Yes! Wow! Tym razem fonia emanowała
troską - rechoczącego wycięto, zatroskanego wklejono. Podobnie w siatkówce - z
kalendarza na rok 2007 usunięto głowę trenera Andrzeja N. zastępując inną,
wspaniale ozdobioną imponującymi wąsiskami. Nawiązano tym samym do prastarych
tradycji, niekoniecznie świeckich.
Już starożytni przekuwali twarze posągom bogów i władców na bardziej aktualne, a
wynalazca faszyzmu Benito M. wyciął z kadru filmowego sylwetkę króla Wiktora
Emanuela S., by mu podczas przemówienia ten konus nie sterczał za plecami. Parę
lat potem niejaki Adolf H. też potraktował nożyczkami zbędnych już na
fotografiach eks-współpracowników z SA, wysyłając ich w międzyczasie do
aniołków. I Józef Wissarionowicz S. nie był gorszy - postępował podobnie i przez
to właśnie towarzysz Lew T. nie pojawia się obok niego na żadnym zdjęciu.
Jak widać - niczego nowego w kalendarzu PZPS na rok 2007 nie wymyślono. Warto
natomiast podkreślić związkową otwartość na doświadczenia (co z tego, że
komentatorskie?) skoczków śniegowych. Otwartość na przaśne wycinanki.
Serce me krwawi, bo szczęśliwym posiadaczem łowickiego kalendarza nie jestem.
Mam tylko wycinek, ale całość zdobędę i tak! Musze mieć ten kalendarz, choćby
nawet na „Allegro” przebił ceną sweter Kononowicza! Ja po prostu pożądam tej
genialnej wycinanki, która sprawiła, że prezes Mirosław P. pojawił się na...
basenie! Wszedł na słupek i zapytany o wspaniałe (w każdym znaczeniu tego słowa)
wycinanki zanurkował w purnonsens. Oświadczył, iż „nie ma nawet pojęcia, kto
odpowiada za wydawanie [związkowych - J.K.] kalendarzy”. Piękny pokaz
pływania asynchronicznego, ponieważ gdyby Prezes naprawdę pozbawiony był tej
wiedzy (śmiem wątpić), to dla udzielenia rzeczowej odpowiedzi wystarczyłaby
jedna krótka rozmowa telefoniczna. No, ale wtedy nie wyskoczyłby na brzeg i nie
wystartował slalomie supergigancie wokół dziennikarskich pytań. - „Naprawdę
ciężko mi to komentować - Mirosław P. ominął już pierwszą bramkę - muszę
się tej sprawie bliżej przyjrzeć” – nie zmieścił się w drugiej. Na następnej
spytano go: - czy Andrzej N. powinien być w kalendarzu? Padła odpowiedź
negatywna i zawodnik PZPS, zbyt szeroko prowadząc narty, wypadł z trasy.
Zapomniał, nieszczęsny, że jeśli istnieje jakaś zbieżność między prezesami
związku, a sukcesami polskiej siatkówki, to akurat w sporej mierze dzięki
wyciętemu z fotografii.
Stwierdzenie, iż obecność Andrzeja N. nie jest w kalendarzu konieczna, ponieważ
w 2007 roku trenerem kadry już nie jest i nigdy więcej nie będzie, przesunęła
Mirosława P. ze stoku na strzelnicę, gdzie karygodnie spudłował. Być może
zawiniła amunicyjna, zawodniczka Małgorzata G, która przestała być
reprezentantką mniej więcej w tym samym czasie, co wycięty Andrzej N.
selekcjonerem, ale jej głowy nie zamieniono np. na buzię prababki Alojzego Ś. To
jeszcze nie koniec - zawodnik Mirosław P. pomylił chyba w ferworze walki
strzelnice, no bo przecież o ile mnie pamięć nie myli, to kobiecą reprezentację
rozwiązano 31.12.2006, jakie zatem istnieje uzasadnienie, by uwieczniać ją na
zdjęciu? Najsensowniej byłoby zatem sfotografować do kalendarza kilka piłek,
ewentualnie trybuny.
Skomplikowana sytuacja tak zdezorientowała Andrzeja N., że pogubił się na boisku
i (wskazując na Waldemara W.) kategorycznie wykluczył możliwość swej współpracy
z burakami, a jednocześnie, komentując kalendarzowe wycinanki, zauważył: -
„na swoim karku wolałbym ujrzeć buraka”. Gdzie tu logika? Jeśli bowiem
Waldemar W. jest burakiem, to z zamiany głów w omawianym kalendarzu powinien być
Andrzej N. zadowolony. Chyba, że myli się analizując zależności
trenersko-warzywne, co jest prawdopodobne. Nie wiadomo, o co tu chodzi. A skoro
tak, to może o jakieś pieniądze? Tu niestety nie jestem ekspertem. Trzeba
przywołać Janusza B. - w Gdańsku już na to wpadli.

Wrocław,
2007-01-27

|
|