Co ma bruździć, niech utonie!

 

20 maja 2015 roku, godzina 17.43. Dobiega końca decydujący o mistrzostwie Polski mężczyzn mecz pomiędzy BOT Skrą Bełchatów (Boże, znowu?!) a Gwardią Wrocław (ale mi się, durnemu, marzy, ech...) W setach dwa do dwóch, ale tie break... Przy stanie 9-8 dla Skry posiwiały Mariusz Wlazły obija blok, piłka spada po bełchatowskiej stronie tuż przy linii. Wrocławska publiczność zrywa się z miejsc, fetując punkt dla swoich. Sędzia odgwizduje jednak aut - punkt dla Skry. Tubylczy spiker na to: - Jaki aut? No, nie! Z trybun lecą bluzgi, wrocławski trener doskakuje do sędziów, wymachując rękoma. Trener przeciwników podobnie, ale z jeszcze większą ekspresją. Powstrzymuje go prezes Gwardii, rozrywając mu marynarkę. W odpowiedzi menedżer Skry wyrywa mikrofon spikerowi i rzuca „kilka miłych słów” pod adresem gospodarzy. Rozgrywający Gwardii wściekle szarpie siatkę, krzycząc do Wlazłego: - Przyznaj się, przyznaj! Libero Bełchatowa - podbiega do siatki i fuckowym palcem wystawionym ku przeciwnikowi jasno daje do zrozumienia, że był aut i z remisu nici.

Rozwścieczonych wrocławian powstrzymuje tylko siatka oraz sędziowski gwizdek. Być może ostatni w życiu - butelka trafia w głowę arbitra. Z trybun ryk: - Do piachu! Krew brudzi śnieżnobiały uniform, sędzia spada na parkiet. Zawodników to otrzeźwia - środkowy Gwardii przy pomocy Wlazłego cuci arbitra. Pozostali zawodnicy usiłują powstrzymać kibiców(?) pijanych nie tylko furią. Tłum wdziera się na boisko, roztrącając pierzchających w popłochu ochroniarzy. Grupka bełchatowskich fanów usiłuje stawiać opór na środku boiska, próbuje osłonić swoich idoli. Napastników jest więcej. Bejzbolowe pały, kastety, łańcuchy wala na odlew. Broczący krwią kapitan Skry pada bez przytomności. Jeden z napastników zdziera słuchawki z uszu komentatorom Polsatu, którzy jeszcze pięć minut temu z uśmiechem na ustach komplementowali atmosferę meczu: „między zawodnikami aż iskrzy, ale to tylko z pożytkiem dla widowiska”. Teraz milkną. Rozwalony w drzazgi stolik, zdemolowana polsatowska kamera.
Na boisku kłębowisko, na trybunach pusto, tylko w najwyższych rzędach panika - tłoczą się ci, którzy przyszli z dziećmi. Wrzask, łoskot, daremne szukanie drogi ucieczki. Do hali wbiegają policjanci w kaskach. Bandyci w barwach Gwardii odrywają się od skatowanych kibiców i zawodników gości. Kolej na policję! Jutro w prasie napiszą, że niepotrzebnie sprowokowała i rozwścieczyła kibiców (sic!). Ktoś z tłumu odpala petardę, któryś policjant w panice rzuca gaz łzawiący, jego kolega bez rozkazu strzela gumowym pociskiem. Wrzawa, kaszel, bicie, syreny karetek. Przed halą armatki wodne w akcji... Mecz dobiega końca. To tylko TEN mecz się kończy, czy może polska siatkówka? Piłka przebijana przez siatkę poszła w ślady swej kopanej siostry.

Przesadzam? A na futbolowych stadionach nie było kiedyś spokojnie? Bezkrwawo? Apokalipsa, ponura fantazja, czysta fikcja? Fikcja na zawsze, czy tylko jeszcze dziś? Czy może jednak nie wisi nad PLS chmurka, z której za jakiś czas spadnie być może deszcz pał i wybitych zębów? Wisi. A - jak mówi stara mądrość narodu - co ma wisieć, nie utonie. Wolałbym inaczej. Niechaj co wisi, co bruździ - niech utonie i to jak najszybciej. A jeśli nie? Jeśli za jakiś czas (jak długi?) gaz łzawiący uciszy słynny na świecie polski siatkarski doping? Czy nie będzie zbyt późno na szukanie winnych? A może w porę potrząsnąć kibicami, spikerami, zawodnikami (kadrowiczami szczególnie), klubowymi wodzirejami, funkcjonariuszami PLS i tymi, którzy siatkarskie potyczki okraszają słowem - dziennikarzami?

O fanach siatkówki dzisiaj można jeszcze pisać bez cudzysłowu. Będąc zimą na meczu ś.p. Gwardii Wrocław z Jastrzębiem, obserwowałem rozgrzewających się zawodników, gdy nagle usłyszałem straszny łomot po drugiej strony hali. Witamy kibiców gości! - ryknął spiker i na trybuny wkroczyła kilkudziesięcioosobowa zielono-żółta grupa z flagami, rycząca tak głośno, że nic już nie było słychać. Tubylcy powitali „wroga” oklaskami, doceniając tak fantazję gości, jak i klasę ich drużyny. Podobnie podczas prezentacji: gromkie oklaski dla swoich, kurtuazyjne dla obcych, najgłośniejsze dla kadrowiczów oraz nieobecnego Lozano. Podczas gry finezyjne zagrania jastrzębian (nie tylko z braku „własnych”) również nagradzaliśmy oklaskami. I nikt nie był z siebie specjalnie dumny. Ot, zachowanie normalne i kwita: bez bluzgania na wrażych graczy, z szacunkiem dla reprezentantów i siatkarskiej sztuki. Powie ktoś: łatwo ci moralizować, cwaniaku, boś fan Gwardii Wrocław i nie wiesz, co to emocje, bo ona zawsze przegrywa. No, może nie zawsze, ale faktycznie bardziej niż często. Tyle, że to wszystko nic nie ma do rzeczy - chodziłem na ligę, kiedy biliśmy się o medale mistrzostw Polski i nikt troglodyty z siebie nie robił. Emocje…

Czy w Kędzierzynie to one machały hasełkiem „Grześ, ty wieśniaku!”? Mam uwierzyć, że ktoś spreparował taki transparent w afekcie? Chyba jednak przed pierwszym gwizdkiem, pewnie w domu, czyli z premedytacją. Ciekaw jestem, czy autor, ten sam rozemocjonowany artykuł kibicopodobny podbiegnie np. podczas Ligi Światowej do „Gela” (zwanego też, gdy gra dla przeciwnika, „Łajzą”), uściska go, ucałuje i skasuje autograf? Bo to już nie będzie odrażający, brudny, zły jastrzębianin jeno nasz orzeł, nasz polski biało-czerwony, hurra! Zawodnik twierdzi, że tak się zdarza. Wygwizdywano ongiś w ligowych meczach futbolistę Legii Deynę, wielbiąc w nim przedtem i potem kapitana kadry narodowej. Czyżby ta odmiana głupoty dolazła już i do siatkówki? Trzeba być kompletnym idiotą (to i tak niezasłużony komplement), żeby tak „kibicować” i nadal czuć dumę, iż jest się najlepszym siatkarskim kibicem świata! Po co ta megalomania? Bądźmy po prostu kibicami normalnymi.

Może to dobrze podziałać i na zawodników. Na Grzegorza Szymańskiego również. Ani mi w głowie usprawiedliwianie jednego z moich ulubionych graczy, lecz nie jest on jedynym winnym. Myślę, że jak lekko przychodzi uznanie, iż sprowokował (to fakt!) kibiców do rzucania czym popadnie na boisko (Siezieniewskiego ponoć trafiono), to czy ktoś słyszał (pomijając Paula Gascoine’a) o zawodniku, który by wypowiadał wojny kibicom rywala nie będąc przez nich odpowiednio „zachęconym”? I Cantona strzelił przecież w paszczę tylko kretyna, który go wcześniej opluł, a nie karmiącą matkę trójki dzieci. Nie wierzę w niesprowokowaną agresję zawodników wobec widzów. Paweł (znany furiat) Zagumny (podobno) gestem zasugerował cząstce częstochowskiej widowni, by popukała się w głowy. Abstrahując od tego, że zawodnik powinien nad sobą panować w każdych okolicznościach przyrody i czy jego ocena IQ adresatów gestu była trafna, uważam, że jego postępek nie usprawiedliwia późniejszego lżenia reprezentanta Polski. Nieważne, czy nim był w danym momencie, czy po prostu rozgrywającym przeciwnika. I nie zmienia to w niczym faktu, że nic, ani chamstwo ani też głupota kibiców nie usprawiedliwiają graczy. Czy w rewanżu za coś, czy też nie, bezsensowne gesty mogą kosztować sporo podbitych oczu lub połamanych kości, a przecież nie o to nam wszystkim chodzi. Czy rzeczywiście?

Siatkówka sensu stricte niektórym wyraźnie się nudzi. Nie widzą nic złego w sprzeczkach przez siatkę (jak cudnie iskrzy!), czy w kłótniach z sędziami. A przecież podobne zachowania (z racji napięcia towarzyszącego walce - w pewnej mierze są zrozumiałe) w oczywisty sposób podgrzewają atmosferę na trybunach. Dla mnie to łańcuszek: kłótnia na boisku - zła krew na trybunach, chamstwo wobec graczy - gesty wobec publiczności - ogólna zadyma. A może się mylę?

Sprawa druga - podczas pewnej polsatowskiej transmisji stwierdzono, że trener powinien móc miotać się wzdłuż boiska gdyż to też element sportowego show. Może i tak, ale choć pałam do Andreja Urlepa miłością tak koszykarsko-gorącą, że termometr pęka, to szkoleniowiec uprawiający gimnastykę artystyczną zmieszaną z kung-fu to dla mnie coś równie zbędnego, jak cheerleaderki. Na co komu taki cyrk? Pajacujący trener może działać na publiczność podobnie jak skrzyżowanie fukckujących zawodniczych paluszków. Nie lepiej po prostu pasjonować się siatkówką?

A spikerzy? Nasz wrocławski brylant podczas meczu Gwardia – Jastrzębie przy 4 do 16 „zażartował”: - Klaszczemy, klaszczemy! Jeszcze tylko 11 punktów i wygramy! Jako dowcipnie demolującego psychikę swojej drużyny zostawiam go na boku, rzecz jest o nadmiernie zaangażowanych po stronie własnej. Spikerzy tacy zamiast naprowadzać publiczność na tory kulturalnego dopingu, zamiast temperować zapędy, pomagać w eliminowaniu kretyńsko-szowinistycznych zachowań i osobników - działają w przeciwnym kierunku. Głównie przez brak reakcji na chamstwo swoich ziomków. Strach? Zero wyobraźni zamiast zera tolerancji dla głupoty i chamstwa? Tępienie kibicopodobnych to obowiązek spikerów tym bardziej, że czyniąc tak pomagają wejść na właściwą ścieżkę bojkotu idiotów kibicom normalnym, dopóki jeszcze jest ich przytłaczająca większość. Spiker jednak nie jest panem samego siebie i choćby chciał, sam niczego nie zdziała bez sojuszników-władz klubu, dla którego zdziera gardło. Co zwojuje, jeśli nie będą zainteresowani w zaprowadzeniu porządku? Nic.

O tym jak kamery uspokoiły puste, a gorące głowy na brytyjskich stadionach, krążą legendy. W naszym futbolu legendy krążą o tym, że istnieje u nas monitoring. Czy w siatkarskich mikrohalach trudno namierzyć szowinistycznego troglodytę? Kędzierzyński klub zapłacił karę, ale czy ktoś słyszał o tym, że złapano „miotaczy”? Czy dla suto opłacanej ochrony to problem wyciepnąć takiego za bramę i nie wpuścić na mecz kolejny? Czy działacze są pewni, że odpowiednie osoby obdarzają darmo-wejściówkami? Czy koniecznie trzeba udawać, że „be” są tamci, a właśni kibice bezwzględnie „cacy”? Czy dzieląc sponsorskie pieniążki tak trudno powściągnąć szczególnie nerwowych graczy? Czy konieczna jest aż interwencja władz PLS, które pokazały niedawno, że jednak można karać nie tylko zawodnika, ale i klub za nieupilnowanie kibicopodobnych. I tej zasługi PLS nie odbierze nawet jej własny pan komisarz Matusiak twierdzący, że „kto płaci za bilet może skandować, co mu się podoba”. A gdybym tak ja, mając w kieszeni bilet, skandował komisarskie nazwisko wraz z jakimś wulgarnym epitetem?

Dla osób o podobnym podejściu do pseudokibicowskiego chamstwa i skretynienia nie ma miejsca w szeregach Siatkarskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Im szybciej ono powstanie, tym lepiej. Sensowniej bowiem chuchać na coś, co jeszcze do białości policyjnych pał nie jest rozgrzane, głupiej się sparzyć, albo obudzić z ręką subtelnie zanurzoną w nocniku. Na jesieni znów paść się będzie niesamowitymi emocjami PLS pstrokata (rasy Bonanza) kobyłka, na której kibicowska łaska jeździ. Stworzenie nader skłonne do wierzgania, więc słuszniej wędzidło założyć zawczasu, niż potem z lassem i płaczem biegać za nią po halach. Co ma bruździć niech utonie!

 

wstecz