| |
Jakiś taki niesmak po cykliście
Na drugi
dzień po imieninach skacowany solenizant telefonuje do jednego z gości:
- Józek? Uznaliśmy z żoną, że nie powinieneś nas więcej odwiedzać.
- O, Boże, dlaczego?
- Wiesz, wczoraj zginęło nam sporo pieniędzy.
- Co?! Przecież ja wam ich nie ukradłem!!!
- Jasne, jasne. Znalazły się dziś rano, ale wiesz, jakiś taki niesmak pozostał…
Ten jakiś taki niesmak... Krążą wokół naszej siatkówki różne mało związane z
realiami wieści, komentarze. Czyja to sprawka? Piękna w swej prostocie lista
winnych w Polsce wszystkiego, jest powszechnie znana od dawien dawna: Żydzi,
masoni, cykliści i dziennikarze. Aby w połowie kadencji nie organizować nikomu
darmowej kampanii wyborczej, skupmy się na tych ostatnich.
Kiedy u nas ktoś chce się sianem wykręcić, wyprzeć bzdur jakich do „sitka”
naopowiadał, rzuca śmiało: - Ja tego nie mówiłem, to dziennikarze przekręcili!
Kiedy zaś „przypadkowe społeczeństwo” na takie dictum ryknie śmiechem lub
spąsowieje z oburzenia nie tylko na słowa, lecz czyny bohatera afery, ten
ponownie z troską podkreśla, że ogólnie to on robi wszystko wspaniale, bo taki
jest po prostu kochany, natomiast źli dziennikarze zamiast go docenić -
szkalują. Zdegustowani redaktorzy w takich razach drwiąco ripostują: Ależ
oczywiście! Tak! Nie on nie winien, ale my. My i jeszcze cykliści! Obserwowalny
wzrost zmęczenia szarych zjadaczy medialnego chleba owocuje brakiem wiary w
przewiny publicystów. Wbrew nadziejom „atakowanych” - wierzy się jednak
„atakującym”. Czy faktycznie koledzy redaktorzy są tacy bez skazy? Niestety nie
zawsze.
Miewają redaktorzy rączki niezbyt czyste i nie mam tu na myśli brukowców
machinalnie oskarżanych o wredne szukanie sensacji, pism, na które wszyscy się
przykładnie oburzają, a ich rosnący nakład wskazuje, że sporo moralistów jednak
po nie sięga. Gazety typu „krew na pierwszej stronie” nie mają tu - niestety -
monopolu. I tym „poważnym” nie są obce tabloidalne okulary zakładane w pogoni za
sensacją. Maksimum rewelacji-siurpryzy, minimum rzetelnej treści, a kiedy dać
jeszcze wybijający oczy tytuł - efekt murowany, hura! Zdawać by się mogło, że
poziom Polskiej Ligi Siatkówki i towarzyszące jej niesamowite emocje (przykro to
pisać wrocławiakowi) dają tak wielkie pole do popisu rzetelnemu dziennikarstwu,
iż nie trzeba niczego już podkręcać. Nic z tych rzeczy! Nic tak dobrze nie robi,
jak porządna sensacja. Walki na froncie wlazło-lozańskim ucichły, więc
delektowanie się „czystą siatkówką” niektórym wydało się arcynudne. Co zatem w
tej tak trudnej sytuacji? Najlepiej wystrzelić sensacją pod same chmury!
Treść artykułu może być ewentualnie, niestety, rzeczowa, ale ilustrujemy ją
kolorowym zdjęciem i wzmacniamy rzecz tytułem drącym się na całe gardło. Tak
powstaje artykuł w „poważnej gazecie” („Rzeczpospolita”), cytowany potem przez
inną z tej samej półki („GW”) oraz portale sportowe: „Najlepszy atakujący PLS
nie chce grać u Lozano”. Diabli wiedzą, czemu litery nie czerwone i brak tuzina
wykrzykników. Zaatakowany sensacyjnym materiałem kibic łapie się za głowę i
krzyczy: Motyla noga! (niekonieczne dokładnie tak) Nowa afera wokół kadry!
Najpierw Wlazły, teraz Gierczyński! Zaczyna się zastanawiać, dlaczego z Raulem
Lozano znów ktoś nie chce współpracować. Czy z tym facetem jest coś nie tak?
Nieszczęsny fan Mdleje. Ocucony, pełen najgorszych myśli zabiera się do lektury
i z każdą linijką chęć mordu coraz bardziej w nim rośnie. Czyta bowiem, że,
owszem, Częstochowianin odmówił selekcjonerowi kadry, lecz jako powód podał swój
zaawansowany wiek oraz stan zdrowia, który pozwala mu na wyśmienitą grę, ale
tylko w lidze. Argument, że większy sens ma przyznanie 13-14 miejsca w drużynie
narodowej zawodnikowi młodemu, rokującemu nadzieje - może przekonywać, że żadna
to wojna z Lozano, tym bardziej, że na koniec tekstu pada informacja, iż
zawodnik z kadry zrezygnował całe wieki temu. Jeszcze za kadencji Mazura. Czy
wspominany artykuł jest uczciwy wobec kibica-czytelnika i samej polskiej
siatkówki? Przecież na kadrę trzeba chuchać i dmuchać, nie żeby zagłaskać, lecz
przynajmniej nie psuć wokół niej powietrza, które po niedawnych przejściach nie
jest najlepsze. Tytuł sugeruje, iż Gierczyński nie chce grać u Argentyńczyka, a
on tymczasem po prostu nie chce występować w kadrze. Jakiejkolwiek kadrze. Jaki
jest zatem związek treści z tytułem? Niewielki. I jakiś taki niesmak pozostaje.
Przypadek drugi (z wielu): internetowa mutacja „poważnej gazety” zamieszcza
zdjęcie Pawła Papkego z przepięknym podpisem: jest w doskonałej formie, ale
uznania w oczach trenerów kadry nie znalazł. Prawda to! Faktycznie - na liście
Lozano-Świderka zawodnik się nie znalazł. Czy Argentyńczyk, który takiego
Plińskiego potrafił wyrwać z niebytu i uczynić gwiazdą MŚ jest ślepy na formę
olsztyńskiego atakującego? A może po prostu zainteresowany (a zdrowotnie
poturbowany) zawodnik sam definitywnie rozstał się z kadrą? Wystarczy poczytać
wywiady jakich udziela. Tylko wtedy prawda na jaw wylezie i jak wtedy
sensacyjnie i z pretensją podpisać fotografię? „Wartość” materiału leci w dół na
łeb na szyję, lepiej „podkręcić”. Kto winien? Dziennikarz? Nie! Drań cyklista!
Bo wsiadając na tabloidalny rowerek stracił z oczu interesu polskiej siatkówki,
czyli spokój wokół srebrnej kadry. Nie jeden pod siatką kręci się facet na
rowerze, nawet jeśli niezbyt często to, wiecie, jakiś taki niesmak pozostaje. A
przecież niewydumanych tematów nie brakuje. Przecież jest o czym pisać, choćby o
tym, że - jak chce pewien komisarz PLS - skoro się płaci za bilet, to podobno
można skandować w kierunku reprezentanta Szymańskiego (co skądinąd palce ma
popędliwe i fruwającą koszulkę) „łajza” i wywijać transparentem „Grześ, ty
wieśniaku”. Co ja bredzę? Po kilku dniach okazało się, że jednak nie można. No,
ale jakiś taki niesmak pozostał.

|
|