Kocham Gruszkę

czyli

Św. Mikołaj Wlazły



- Skąd masz takie piękne gruszki, dziewczynko? - u schyłku lat siedemdziesiątych zagadnąłem obżerającą się klapsami w przydrożnym rowie bardzo małoletnią mieszkankę wsi Olesno, powiat Szczucin. - Tatuś mi je zerwał z jabłonki - padła porażająca w swej wymowie odpowiedź. Oddaliłem się pogrążony w zadumie nad zadziwiającymi trendami w sadownictwie, a przecież nie była to już epoka genialnych koncepcji tow. Łysenki, dawno też zapomniano o Miczurinie. Gruszki na jabłonce? Hm... Żeby na wierzbie chociaż, ale na jabłonce?! Minęło lat trzydzieści i właśnie tydzień temu zebrałem pierwszy plon z mojej własnej gruszy, która w połowie rodzi klapsy, a w połowie konferencje (jakiej rasy jest pień – aż się boję pomyśleć). Gatunkowa schizofrenia mojej gruszy nie jest naturalną przypadłością, lecz efektem zaszczepienia klapsy na drzewie innego gatunku. Efektem operacji trudnej, aczkolwiek wcale nie takiej unikalnej, często wszakże nie dającej gwarancji nijakiego sukcesu.

Kiedy Daniele Castellani objął sfrustrowaną porażkami schedę po Lozanopartem (zesłanym w międzyczasie na niemiecką Św. Helenę), rychło los kazał mu zaszczepić gruszkę na wierzbie. W roli zaszczepianego wystąpił nomen omen Piotr „Strażak” Gruszka, zaś w roli szczepionego drzewka ciężko poraniona kontuzjami kadra narodowa. Jak na otrąbioną (własnymi jednak tylko trąbami) siatkarską potęgę przystało, mamy wprawdzie na każde zawołanie tłum młodych i jakże utalentowanych atakujących, silnych, zwartych i gotowych do gry, ale tylko do momentu kiedy M. Wlazłemu zaczynają dolegać skurcze. Wtedy trwoga, więc do Gruszki.

Już raz to Lozano uczynił, teraz jego midasowaty rodak - Castellani - stać się musiał Miczurinem. Dziś oczywiście (w dobie cudownego rozmnożenia siatkarskich kibiców i ekspertów) wielu twierdzi, że dokładne tego się po Gruszce spodziewało, co nawyprawiał na tureckich parkietach, ale w istocie, to sam Castellani był poziomem gry „strażaka” zaskoczony. Eksperci i „eksperci” na bieżąco śledzący przygotowania do tureckich ME niejeden raz rwali włosy z głów widząc, jaki u nas ci armat niedostatek. I Winiara zabrakło, i Świdra, i Wiki… a ten Gruszka po emerytalno-tureckim sezonie ligowy jakiś niemrawy był, wciąż rękę wstrzymywał.

Już w pierwszej izmirskiej potyczce argentyńsko-polski Miczurin „przeszczepionego” na ławkę posadził, a Francuzów ostrzelał Jaroszem. W grach kolejnych młodego gracza prawie się już nie oglądało i niejeden kibicowski pies (moich całe stado) zawisł na trenerze, który - zdawało się - kompletnie zwariował. Okazało się wszakże, że prawdopodobnie Castellani wiedział, co robi. Z podobnych pobudek - wbrew wielu domorosłym ekspertom (i siebie mam tu na myśli) uparł się, by wielkokalibrowego Kurka wspierał na drugim skrzydle kolejny (wyśmienity, acz mikry nieco) "strażak" Bąkiewicz, czy równie warunkami fizycznymi „nikczemny” Ruciak, a nie Zbigniew „Wezuwiusz” Bartman. Weteran Gruszka tymczasem, z meczu na mecz mozolił się coraz lepiej, by wreszcie od półfinału do złudzenia przypominać siebie samego z MŚ roku 2006, kiedy to wszedł z ławki i (wespół z Szymańskim) rozbił Rosjan.

Złoto, to złoto. I nie ma sensu - wobec efektu końcowego - dyskutować nad personalnymi i taktycznymi pomysłami Castellaniego. Warto może jednak dowiedzieć się, co on takiego naszym chłopcom nawstrzykiwał przez cztery zaledwie miesiące, że potem nawet bułgarskie bomby Z(agrywkowe) przyjmowali jak imieninowe życzenia do tego stopnia, że nawet ustawiczne ostrzeliwanie serwisami Kurka nic już rywalom nie pomogło. Ba! Jakim to cudem polska zagrywka taktyczna (za panowania Lozano słusznie przez wielu zwana „macanką”) stała się porażająco skutecznym żądłem? Podobnych pytań miałbym jeszcze parę, ale czy jest sens je stawiać przeciw (lub obok) złota? Nie uchodzi. Lepiej porykiwać sobie z radości, tym bardziej, że nie wiadomo kiedy ją nam ktoś do końca popsuje, wzorem cymbałów odpowiedzialnych za hucpę rządowo-prezydencko-siatkarską.

A swoją drogą, to koncertowo udało się Castellaniemu [podejrzewanemu (czytaj tu:
Tombakowy sierodek oraz Azazel Świderek - znów mi przychodzi popiołem głowę posypać) - o brak własnego zdania oraz niedostatki w fachowości, jako że wcześniej dowodził u nas tylko bełchatowskim samograjem] zaszczepić starą (bez urazy!) ale jarą (gratuluję i podziwiam) Gruszkę na chorej reprezentacyjnej wierzbie, oj udało.

A swoją drogą ten Wlazły, to chyba nie jest żaden Mariusz, tylko Mikołaj i to Święty na dodatek. Przecież gdyby nie jego legendarne już dolegliwości, to prawdopodobnie gruszka w kadrze wcale by się nie zmieściła. Mowa o Gruszce gatunku MVP finałowego turnieju o mistrzostwo Europy A.D. 2009

 

I to jest mój ostatni felieton siatkarski, w związku z tym, że miesięcznik, dla którego dotąd pisałem zerwał ze mną ponad roczną współpracę (został przez kryzys wykończony i się "zbył") informując mnie o tym poprzez zabawę w głuchy telefon oraz brak odpowiedzi na moje liczne maile (czasem tylko łudząc odpowiedzią, która niebawem nadejdzie) - również i ten sugerujący wypłatę wierszówki za ostatni opublikowany felieton oraz zastanowienie się, jak mamy rozliczyć teksty zamówione, a niewydrukowane z powodu odejścia pisma w niebyt. Trudno, bywa i tak. Od dawana wiedziałem co to znaczy "pożegnać się po angielsku", teraz wiem jak się żegna "po światowo-siatkarsku". Trochę żal, ale nic to. Nałogowym kibicem siatkówki być nie przestanę, do niemiło zakończonej współpracy doszło w dużej mierze zbiegiem okoliczności, więc jakoś przetrwam. Przykro mi głównie dlatego, że jeden z najbardziej przeze mnie cenionych czynnych sportowców (obok Justyny Kowalczyk, Kołeckiego, Agnieszki Radwańskiej i pani Pyrek) Sebastian Świderski był współwłaścicielem wiadomego nieistniejącego już periodyku. Oczywiście o smrodzik końcowy nie mam do niego najmniejszych pretensji, całą sprawą głowy mu nie próbowałem nawet zawracać, bo i po co? Nie mogę już po cichu ogrzewać się w blasku "Świdra", co mnie smuci.

Redakcji "Świata Siatkówki" niniejszym dziękuję za współpracę, którą mimo wszystko wspominam całkiem sympatycznie. Póki trwała.

 

wstecz