| |
„Kilku wspaniałych”
Co robi Polak po wygranym trzy do zera futbolowym meczu z Niemcami? Wyłącza
playstation i idzie spać. Co robi włoski trener siatkarskiej reprezentacji
Polski po przegranym przez Italię zero do trzech futbolowym meczu z
Holendrami? Wyrzuca ze zgrupowania trzy podstawowe kadrowiczki i idzie spać.
A gdyby Oranje zwyciężyli 12:0?
Oba te bardziej gorzkie niż śmieszne dowcipy, są bardzo na czasie: pożywką
dla pierwszego jest kiepski występ naszych specjalistów od piłki kopanej na
Euro 2008, zaczynem dla drugiego dziwaczna sytuacja w kadrze siatkarek. Z
pełną premedytacją nie stosuję określenia „incydent”, gdyż wylot i przylot
trzech pań postrzegam jako jeden kilku elementów układanki, a nie wypadek
przy pracy, czy po prostu foch Bonity.
Żeby nieco odetchnąć od
Benhauera, Borubara, Parejry oraz traumy na siatkarskim zgrupowaniu -
poszedłem do kina. Na najnowszy film Stanisława Barei. Tak, tak! To nie
pomyłka. Wprawdzie Wielki Analizator peerelowskiej rzeczywistości odszedł
przedwcześnie, lecz szczęśliwie odnaleziono jego ręką nakreślony scenariusz
doskonałej komedii, którego realizację powierzono (również nieżyjącemu)
Sergio Leone. Włoski western na podstawie polskiego scenariusza? Delicje.
Składający się z pięciu nowel film "Kilku wspaniałych" jest
klasycznym westernem w wersji spaghetti, ilustrowanym chwytającą za serce
muzyką Ennio Moricone. Na ekranie kłębi się tłum czarnych i nie czarnych
charakterów, padają strzały z biodra i zza węgła. Co się ktoś odezwie -
aforyzm stulecia, nie brakuje też atrakcyjnych brunetek i blondynek. Akcja
toczy się w typowym miasteczku Dzikiego Zachodu (Shcheerck Town), gdzie
diabeł mówi dobranoc, a dzień dobry czerwonoskórzy szukający wody ognistej.
Jest saloon i biuro szeryfa, być może też (cenzura chyba wycięła) domek pod
czerwoną latarnią, gdzieś tuż obok banku. Od innych miasteczek różni się
Shcheerck Town tym, że posiada pensję dla młodych dziewcząt. Są wakacje.
Bohaterki nie zajmują się nauką, lecz sportem: przebijają piłkę przez sznur
z suszącymi się pantalonami żony pastora. Dziewczęta szykują się do
wielkiego turnieju pensjonarek w odległym Pekinie. Ich trenerem walne
zebranie mieszkańców miasteczka czyni miejscowego szeryfa Marco „Nervousa”
Bonittę (w tej roli, sensacyjnie autentyczny Marco Bonita).
Nie byłoby całej historii, gdyby nadzorujący wszystkie pensje w swoim kraju
Wielki Biały Ojciec z Warszawy (rewelacyjny Zdzisław Przedpełski!) nie dał
się namówić gen. Custerowi (wspaniała kreacja Waldemara Wspaniałego!) i
Mniejszemu Białemu Ojcu (powalający na kolana Bogusław Adamski!), by szeryfa
wspomóc kimś z centrali. Intryga zawiązuje się, gdy na łaciatym ogierze do
Shcheerck Town przyjeżdża ów narzucony Ktoś z Centrali, co doprowadza
szeryfa Bonitę do szewskiej pasji. Już na powitanie, trzymając dłoń na
colcie, a ostrogą przeganiając śpiącego przed wejściem do salonu
Meksykanina, szeryf stwierdza po włosku, strzykając brązową od żutego
tytoniu śliną: - Nie nadajesz się na to stanowisko! Odpowiada mu cisza, więc
dorzuca po angielsku: - Nie masz doświadczenia, rozumiesz?
- Nic fersztejn - z uśmiechem odpowiada Ktoś z Centrali (intrygująca swą
niejednoznacznością kreacja Macieja Tietiańca) i dodaje rozkulbaczając
łaciatego: - Nie można powiedzieć, że moja nieznajomość włoskiego jest
przeszkodą. Nie trzeba znać języka obcego perfekt, by dogadać się, o której
jest kolacja.
Szeryfowi opada szczęka, dłoń zsuwa się z rewolweru, mdleje. Tymczasem
niewzruszony Ktoś z Centrali zezwala trzem z dziewcząt (w ich rolach
doskonałe Katarzyna Skorupa, Katarzyna Skowrońska i Anna Barańska) nie
stawić się na rytualną w pensji kolację przy świecach. Autorytatywnie
stwierdza, że wystarczy, jeśli po prostu powrócą na godzinę 22.00 i myk do
łóżek. Na tym kończy się pierwsza nowela zatytułowana „Umówiłem się z
nimi na dziesiątą”.
Nowela druga pod tytułem „Wyszłyśmy z kadry, zaraz wracamy”
jest bardziej dynamiczna i robi o wiele większe wrażenie na widzu, choć trwa
niezwykle krótko. Po kolacji, na którą trzy dziewczyny się nie stawiają
(zgodnie z umową z Kimś z Centrali), szeryf Bonitta wychodzi z nerw i
wyrzuca je z pensji. Dwie z eksmitowanych zaprzęgają bryczki i ze łzami w
oczach odjeżdżają hen, gdzie ich rodzinne rancha. Trzecia idzie spać
oczekując na rozwój wydarzeń. „Będzie dobrze, kochani. To przecież zwykłe
nieporozumienie” - komentuje w „Navajo Revue” Writting Bull (Piszący Byk -
arcybrawurowa rola Przemysława Iwańczyka). Zapada noc, tak okoliczną prerię
jak i samo miasteczko spowija cisza przerywana tylko wyciem wygłodniałych
kojotów oraz - znać tu pazur mistrza Barei - znaczącym chichotem hien.
Nowelę trzecią zatytułowaną „Powrót Ewentualnego Zorro”
rozpoczyna panorama głównej ulicy miasteczka wypełnionej wzburzonym tłumem
żądającym głowy winnego rozróby. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo kogo
linczować. „Nervous” Bonita gdzieś znika, więc potrząsający sznurami tłum
(wspierany przez przybyłych z okolicznych gór Indian) prawie podpala pensję,
wcześniej demolując biuro szeryfa. Wtem na pierwszy plan występuje Ktoś z
Centrali. Zdecydowanym skinieniem spracowanej dłoni ucisza rozemocjonowaną
tłuszczę i wyjawia jej swój sekret: - Jam jest Zorro! Zrazu nikt mu nie
wierzy, ale bohater nie zraża się tym i kontynuuje brawurowe wystąpienie.
- Zawiódł przepływ informacji - stwierdza z zatroskanym uśmiechem. Z
tłumu występuje Writing Bull i zauważa z indiańskim akcentem, iż nic
dziwnego, że z obiegiem informacji na pensji krucho, skoro Zorro nie
posługuje się żadnym ze znanych szeryfowi języków. Pyta też, dlaczego Zorro
umówił się z pensjonarkami akurat na dziesiątą. Bohater odpiera atak celną
ripostą: - Nie chcę już wnikać w godziny, jakie podawałem, to nieistotne.
Tłum uspokaja się, bo jasno widać, że winni są po prostu Indianie, nikt
inny. Zorro jest czysty jak bizonia łza. To wredni czerwonoskórzy
przywiązali go do pala językowych męczarni, by niczego nie mógł ustalić z
szeryfem. Usiłował przekazać wiadomość przekupując Indian, ale że narzecze
navajo również jest mu obce - do niczego nie doszło. Nowelę kończy
chwytające za serce wystąpienie Zorro: - Nie czuję się winny, choć
powiedziałem Bonitcie, że mogę wziąć wszystko na siebie.
Ta szlachetna deklaracja Zorro gotowego po rycersku wziąć winę na swe gotowe
do poświęceń sumienie w sytuacji, gdy zawinili Indianie - wywołuje w tłumie
niekłamany entuzjazm. Fruną w górę sombrera! Leci w niebo grad kul
wystrzeliwanych z radości! Euforia ogarnia mieszkańców Shcheerck Town - już
najmniejszych nie mają wątpliwości: to naprawdę Zorro! Znaczy - Ewentualny
Zorro! To nic, że nie ma czarnej maski, to nic, że nie ma peleryny! Poznają
go po szlachetności serca. Nie winien przecież niczemu, a wszystko zgadza
się wziąć na siebie. Jeśli tylko zajdzie potrzeba. Ewentualnie.
Nowela czwarta nie bez kozery nosi tytuł „Trzech gniewnych ludzi”.
Do akcji wkracza Wielki Biały Ojciec z Warszawy, reagując błyskawicznie:
tylko o wydarzeniach w Shcheerck Town się dowiaduje, już wzywa na dywanik
Mniejszego Białego Ojca i gen. Custera. - Wyście szeryfowi Bonicie
Ewentualnego Zorro naraili, teraz wypijcie tę tequilę. Niech dziewcząt nikt
nie wyrzuca! - Racja! - krzyczy Mniejszy Biały Ojciec. - Tak strategiczne
decyzje powinien podejmować zarząd, a nie selekcjoner! Po tych słowach,
jako że od afery ze słynnym rewolwerowcem z Belchatoof Creek nie lubi włazić
na plan pierwszy, by znów go ktoś nie zawiesił - momentalnie gdzieś się
zapodziewa.
W odróżnieniu od niego bohaterski gen. Custer spełnia oczekiwania. W pełni!
Budząc podziw tak dowódczymi kompetencjami (co znawcy tematu zgodnie
podkreślają), jak wspaniałą wichrem rozwiewaną fryzurą i niemniej wspaniałym
wąsem - galopuje na czele 7 pułku kawalerii. Furkoczą kawaleryjskie
proporce, pobrzękują szable, rżą rumaki zdziwione, po co wśród jeźdźców
tłumacz, skoro casus Ewentualnego Zorro jasno pokazuje, że nieznajomość
języków w najmniejszym nawet stopniu nie utrudnia porozumienia.
Wzbijając tumany kurzu kawaleria pojawia się w miasteczku. Na samym środku
głównej ulicy gen. Custer rozbija namiot. Zapada zmrok. Pośród zabudowań
Shcheerck Town snują się jakieś postacie kompletnie nierozpoznawalne w mdłym
świetle księżyca. Nie wiadomo kto do namiotu wchodzi, kto zeń wybiega. Nie
wiadomo o czym jest mowa. I tak kończy się nowela przedostatnia. Widz w
napięciu oczekuje finału.
Na początku noweli piątej
(„Miłe złego początki”) ponownie pojawia się tłum, ale już nie
wzburzony, lecz pełen nadziei gromadzi się na głównej (i jedynej) ulicy,
oblega generalski namiot. Ludziska stoją w ciszy, czasem tylko ktoś szepnie,
albo któryś Indianin gestem da do zrozumienia, że coś się zaraz wydarzy. I
faktycznie. Z namiotu wychodzi gen. Custer i pokazując zgromadzonym dymiącą
jeszcze fajkę pokoju rzecze: - Już wszystko w porządku! Dziewczęta wracają
na pensję!
Tamy pękają, tłum bierze na ramiona wspaniałego negocjatora, co to i
perfekcyjnie sterując personaliami sam konflikt stworzyć potrafi, a potem
własnoustnie umie go rozwiązać. Niosą bohatera do saloonu, a on rozradowany
pozdrawia wszystkich, wołając: - Nie wiem, czy [Ewentualny Zorro]
będzie nadal pracował z zespołem. Ustalimy kto zawinił i dopiero wtedy
ukarzemy winnego. W drzwiach do lokalu staje cudownie odnaleziony szeryf
Bonitta i radując się wraz z tłumem uchyla namiotowego rąbka tajemnicy: -
ustaliliśmy z generałem Custerem, że Ewentualnemu Zorro pomagał
będzie ktoś z większym doświadczeniem.
Tłum podatników wiwatuje jeszcze głośniej, bo wie, że od przybytku głowa nie
boli. Zdaje sobie też sprawę, że dwie głowy, to nie jedna, tym bardziej, że
ta pierwsza nie zna języków. Któryś Indianin pyta: - a po co dwóch, znaczy
jeden słabo się na rzeczy znający i drugi, co ma mu dopomóc? Nie lepiej
zatrudnić od razu tego drugiego, co się w robocie sprawdzi? Mieszkańcy
wieszają malkontenta na suchej gałęzi. Stają potem wokół, obejmują się
uśmiechnięci i tęsknie, aczkolwiek z nadzieją, spoglądają hen, ku Pekinowi.
Wiedzą przecież, że dziewczęta pojadą tam pod doskonałą opieką Ewentualnego
(i wzmocnionego) Zorro. I wszystko będzie dobrze - wręcz wspaniale (czy
faktycznie?
czytaj tutaj).
Bo przecież Nie trzeba znać języka obcego perfekt, by dogadać się, o której
jest najbliższy mecz, kiedy trening i w której hali przyjdzie stanąć do
walki. I z kim.
Na ekranie pojawia się znaczący napis - THE END. Writing Bull podpowiada
Ewentualnemu Zorro, że oznacza to KONIEC. - Koniec czego? - pyta ktoś. -
Pekińskich nadziei na sukces? Odpowiedź zagłusza homerycki śmiech złośliwych
Navajo, którzy wyedukowani w rezerwatowej szkole podstawowej, w mig
bezczelnie obliczają odległość ze Shcheerck Town do Pekinu. Zastanawiają się
przy tym drwiąco, czy aby przemęczenie podróżą nie wpłynie i tam na przepływ
informacji. - Nasz szczęście - dodaje któryś - Chińczycy nie znają
włoskiego, z angielskim też różnie, więc to oni będą wszystkiemu winni.
Ewentualnie.

|
|