GORĄCE WARGI KISS CAM

Ech, ta kamera... Ech, ta kiss cam! Kogo gorącymi wargami muśnie, ten czym prędzej (uszczęśliwiony swym telewizyjnym zaistnieniem) ofiarowuje spontanicznego całusa spoconemu partnerowi i bywa to całkiem nawet zabawne, szczególnie gdy całują się dwaj ze ćwierć tony (łącznie) ważący fani łotewskiego hokeja. Nieco odmiennie dzieje się zaś w przypadku pewnej młodej potomkini wikingów, która miast z rozkoszą wessać się w swego kochasia, kieruje ku telewidzom palec dawniej serdeczny, a w globalnej wiosce zwany fakowym. Ten zaskakujący manualny nonkonformizm młodej Skandynawki jednych rozśmiesza, innych oburza, mnie zaś popycha ku refleksjom nad fenomenem kibicowania medialnie sterowanego przez zawodowców.

Lata temu, zakochany w siatkówce i po dziś dzień niezastąpiony, Zdzisław Ambroziak śmiał pokręcić nosem na to, co wszyscy inni opiewali z entuzjazmem większym, niż nadworni poeci Vlada Draculi zalety swego suwerena. Wspaniała zabawa! Jesteście fantastyczni! - zupełnie jak gwiazda rocka do publiczności. Dokładnie w chwili narodzin „najlepszej siatkarskiej publiczności świata” redaktor śmiał sarknąć że nie taka ona the best, jak ją w mediach malują, skoro wodzirejskim kablem do telewizyjnego gniazdka podłączona i na przycisk „on-off” kibicuje. „Marudny” redaktor śmiał wątpić, czy podczas przerw w grze lepiej tańczyć, bawić się i rozlosowywać koszulki, zamiast analizować zakończone już akcje i zbierać siły do dopingu. Zastanawiał się Zdzisław Ambroziak również, czy zawodnikom bardziej na zdrowie nie wyszłaby pełna koncentracja oraz możliwość uważnego wysłuchania trenerskich uwag, w miejsce biernego uczestnictwa w hołubionej przez dziennikarzy fieście. I pisał redaktor te słowa powołując się na swe zawodnicze doświadczenia z samego początku ery zawodowych wodzirejów, butaprenem klejonych atrapowatych uśmiechów cheerleaderek oraz „wspaniałej zabawy na trybunach”. Kij wsadzony w show momentalnie zaroił się od mrówek wytykających żurnaliście bezsensowne zrzędzenie. A może jednak to on miał rację?

Jako osobnik urodzony w rok po locie Gagarina dorastałem z dala od obezwładniającej magii telewizyjnych kamer i przez to ciężko mi dziś zaakceptować efekt wieloletniej ewolucji publiczności. Za tzw. „moich czasów” też zdarzali się kissani kibice, a podbechtywani przez reporterów „pozdrawiali ciocie Zuzie z Ciechocinka”, tyle że poza kadrem kpili z nich kumple gleborami zwąc (ówczesne miano wsioków). Dziś byłyby to reakcje niezrozumiałe. Dziś jest inaczej: kibice za dotknięciem globalnej różdżki wyewoluowali z homines sapientes w homines mediales. Kiedy tylko ujrzą się na telebimie, wpadają w spontaniczny (?) pląs, ślą całusy, wprawiają w wir dłonie machając pozostałym obywatelom RP (świata tudzież). I „Polskaaa biało-czeeerwoniii”, i „wstań unieś”, i show, i fiesta, i cudowna zabawa na trybunach, i rozentuzjazmowany dziennikarz Polsatu, który na fali powszechnej euforii zmusza (mimo wyraźnej niechęci) do śpiewu (?) duo wokalne Bosek-Wójtowicz... Show must go on!

Zazdroszcząc, że mnie tam nie ma, a zainfekowany przez Ambroziaka zastanawiam się, jaki procent odlatujących w „Spodku” wie, dlaczego na boisku bramek nie ma, czemu skandować każą „raz-dwa-trzy”, cztery zostawiając poza halą. Głowię się, ile z (telebimem zasilanych) najlepszych na świecie narodowo wydekoltowanych kibicek - bez wsparcia wodzireja - orientuje się, o co w siatkówce chodzi? Czy wszystkie pojawiłyby się na trybunach, gdyby nie cała medialna otoczka? Obawiam się, że to pytania retoryczne. Niestety. I przeszkadza mi to wszystko co najmniej tak, jak idiotyczny sterowiec usiłującemu zaserwować Vandeleux. Powyższych złośliwych pytań nie zadałbym, gdyby mowa była o szarej masie kibiców ligowych, co to wodzirejów na etatach nie zatrudniają, a gardła rozdzierają (i czasami klubowe szaty) bez medialnego częstokroć wsparcia. Jakoś od białoczerowonych missek aktywizowanych gorącymi wargami kiss cam zawsze będę wolał spoconych „prowincjuszy” walących co sił w ligowe bębny. Mając do wyboru reżyserowanego kibica odświętnego i fana-fachowca - zawsze postawię na tego drugiego. Tak zrobię, ale...

Ale nachodzą mnie pod koniec tego felietonu pewne wątpliwości: czy moje fochy, muchy brzęczące w nosie mają jakiekolwiek znaczenie, skoro najlepsi na świecie kibice (ściślej - najlepsza reżyseria siatkarskiej fiesty) dobrze służą zawodnikom? Przecież styl kibicowania polskiej reprezentacji to nie mnie ma zadowalać, ale pchać narodową drużynę do zwycięstw. Ma dostarczać amunicji grenadierom Lozanopartego maszerującym na Moskwę (Mistrzostwa Europy) a potem Pekin (Igrzyska). Czytam sobie właśnie ich list dziękczynny po katowickich finałach Ligi Światowej 2007 skierowany do kibiców, na których wyżej kręcę nosem. List będący chyba ewenementem w dziejach polskiego sportu. Z czymś takim nigdy się nie spotkałem, a skoro tak... Skoro reprezentantom niechciany przeze mnie doping odpowiada, to ja poczekam na Pekin. Nie cofam obiekcji, lecz je zawieszam. Pozostając w zgodzie z Ambroziakiem, w dopingu nadal widzę pomoc dla drużyny, a nie mało związaną z wydarzeniami na boisku zabawę, ale uroczyście oświadczam, co następuje: jeśli biało-czerwone fiesty doprowadzą naszych do olimpijskiego medalu, to wszystkie zastrzeżenia gorącymi wargami szczęśliwego kibica na czworakach, publicznie i własnopyszcznie odszczekam: pod Fredrą na wrocławskim rynku, w pierwszą niedzielę po medalowym gwizdku o godzinie 18.15.

Zainteresowanych tym happeningiem już dziś (31 lipca 2007, godz. 22.34) gorąco zapraszam. Kto się nie pojawi, niczego nie straci - wszystko rejestrować będzie kamera. Mimo wszystko nie taka kiss. Normalna.

 

wstecz