Lozanoparte czy matka o stu członkach?




Jako Polak z krwi i kości, kiedy jestem najedzony, to leniwy, gdy głodny - to zły, ale jak się nie wyśpię, to dopiero tragedia! Wściekły niczym osa miotam się, złowrogo łypiąc ślepiem czerwonym, z którego piach szuflą by trzeba wygarniać. Chętnie bym w łeb przydzwonił, ale komu? Najchętniej temu, przez kogo noce zarywałem od 17 listopada po 5 grudnia.
Sądziłem, że daleko szukać nie muszę. Byłem pewien, że winnymi mej męki są „fantastyczni chłopacy” (cyt. za Radiem ESKA) dowodzeni przez Raula Lozano, w „określonych kręgach” zwanego dziś (i słusznie!) Napoleonem polskiej siatkówki. Lozanoparte, czy Lozanoleon? Nieważne! Byle już zawsze tylko Austerlitz, nigdy zimą na Moskwę, a jesienią z dala od Waterloo.

Byłem pewien, że oni winni. Roiło mi się w obolałej głowie, że oto po 23 latach posuchy (od srebra w ME 1983) nadciągnął znad La Platy wysoki blondyn o niebieskich oczach i dokonał cudu: drużyna, która od tak wielu lat dręczyła mnie seriami porażek przeszła wspaniałą metamorfozę. Wydawało mi się logiczne, że skoro nazwiska na boisku prawie te same, to przemianę zawdzięczać należy argentyńskiemu walcowi, który „przyszedł i wyrównał” sinusoidy formy polskiej reprezentacji. A efektowne były, nie ma co! Na każdych poważnych zawodach mój prywatny balon z nadziejami pękał prędko i z hukiem zaraz po klęsce z jakimś słabszym teamem (Portugalią, Hiszpanią). Na otarcie łez fundowali mi chłopcy pietruszkowe zwycięstwo nad kimś z górnej półki (Włochami, Serbami, Brazylijczykami), pokazując, że niby mogliby zdobywać medale, ale raczej nic z tego. Lozano od początku pokazał, że słabych lać już będziemy w kaczy kuper regularnie, a z mocnymi zaczynamy nareszcie walczyć na serio i z wiarą.
Cudotwórca? Ręce, które leczą?!

Kto zapomniał jak było kiedyś, niech się uczciwie przyzna, czy tak na 100% był pewien sukcesu w meczu z Japonią i dlaczego wydawało się, że z Argentyną będzie ciężko, o Kanadzie nawet nie wspominam. A przecież poszło gładko - od 3:0, do 3:0. Potem krwawy bój z Rosjanami, aż do ostatniego Abramowa, blitzkrieg z Serbami bez Czarnogórców i wreszcie pobułgarska euforia. O ciężkim nokaucie z Brazylią taktownie nie piszę - wyręczył mnie pan poseł Formuły 1 Janusz Wójcik, który pomny swych szalonych sukcesów trenerskich wytknął w sejmie siatkarzom, że w finale „nie potrafili nawet nawiązać walki”. Nawet w samoobronie - chciałoby się dopowiedzieć - I na trzeźwo oraz bez podejrzanych medykamentów! Brr…
 

I przed Lozano nasi grali w siatkówkę. Niby-siatkówkę. Bo niby tacy młodzi (co rok jednak starsi), niby wielce utalentowani… Niby coś, a jednak nic. Porównałbym to do relacji publicznej TV z Tokio. Wieczorkiem, kiedy już cała Polska dawno obejrzała sobie w Polsacie meczyk na żywo i ze dwie powtórki - nibyredakcja nibysportowa nibypublicznej telewizji pana Wildsztajna przechodząc samą siebie - pokazywała siermiężną planszę z fotką radiowego dziennikarza na tle mapki Japonii. I opowiadał mi ten pan o tym, co zobaczyłem wiele godzin wcześniej. Dla zilustrowania jego wywodów (skądinąd sensownych) migały newsiki z wykopaliskowych potyczek np. z Ligi Światowej z roku 2004. Niby mundial ten, a nie ten. Niby mecz z Bułgarami, a ubrani inaczej, że o wyniku w górnym lewym rogu ekranu nie wspomnę. Niby siatkówka, a na kształt świdra. Bo ni pies, ni wydra. I w podobny sposób trwoniono talenty naszych zawodników przez sporo lat. Dzięki Lozano nie można na szczęście powiedzieć o Gruszkach i Zagumnych - stracone pokolenie. On to sprawił. Tak sobie, durny, myślałem.
 

Z błędu wyprowadził mnie Polsat Sport (ustami Karbarza?): Lozano tylko (podkr. – JK) postawił kropkę nad „i”. No, faktycznie. Tysiące rąk, trzymając tysiące piór z mozołem kreśliło zawijasa bez kropki, przez długie lata ucząc Gacków „dyszla”, Zagumnych „palcówki” a Grzybów bloku. I nikt normalny trenerom klubowym ani reprezentacyjnym tego nie odbiera. Pojawia się jednak pytanie: czy „i” bez lozanowskiej kropki było jakąkolwiek literą? Jak nazwać taki zawijas? Bohomazem, czyli niczym wartościowym, w pełnym tego słowa znaczeniu.
To jak z dzwonnicą. Można w klubach przepięknie wypalić cegiełki, można zbudować śliczną wieżę z juniorskiego złota, można ją cudnie przykryć dziwacznym hełmem ponurego czekania na dorosły sukces, ale jeśli nie zawiesi się dzwonu odlanego z seniorskiego medalu, to co? Może i budowla piękna, da się ją nawet pokazywać zdumionym turystom, ale co warta? Na co ona komu i do czego służy? Bijąc Rosjan, Serbów i Bułgarów - dzwon zawiesili zawodnicy, a odlał go Lozano.
„Aż” odlał, nie „tylko”!

Bezkontaktowa siatkówka, mimo iż prawie nie da się w niej faulować, jest jednak sportem brutalnym. Bo (do niedawna przypisanych naszym reprezentantom) miejsc 5-11 nikt po kilku latach nie pamięta. Poza złośliwcami. Podobnie jak juniorskich czempionatów, za przeproszeniem pana Mazura (oklaski za 1995!) i pana Rysia (to samo za 2003!). Solą sportu jest walka o zwycięstwo na najważniejszych seniorskich zawodach. Gdyby nie Lozano (zawodnicy nie mają tu wątpliwości!), to nazwisk takich jak: Zagumny, Gruszka i Szymański nikt by w roku 2016 nie pamiętał, pomimo dawnego młodzieżowego złota. Dzięki Wagnerowi do dziś wiem kto to Skorek, Gawłowski, Wojtowicz, Karbarz, Skiba, Czaja, Łasko, Gościniak, Rybaczewski, Sadalski i Zarzycki. Proszę! Jedenastu bez zaglądania do starych gazet wymienię, bo pamiętam. Jest za co! I tego panu Hubertowi Jerzemu nie zapomnę. To samo będzie po latach z dzisiejszą drużyną. Dzięki Argentyńczykowi. Temu, co to „tylko” nad „i”…

Teorię kropki rozwinięto zresztą w Polsacie szerzej: tokijskie srebro to wielki sukces polskiej myśli szkoleniowej (zwanej dalej PMSZ). Przyznam, że szczęka mi opadła. Oczywiście, w odróżnieniu od porażek ostatnich 32 lat ten sukces sierotą być nie może. Ale żeby aż tylu ojców miał? Stu? Czy może raczej - to jeden ojciec, ale o stu członkach? Co ja mówię - myśl jest rodzaju żeńskiego. Czyli kto? Matka o stu członkach? Monstrum jakieś! I jeszcze pierś (jedną?) wystawia na ordery? A przecież zamiast się dumnie prężyć, powinna matuś wsłuchać się w to, co Lozanoparte ma do zaproponowania. W siedemdziesiątych latach Włosi posłuchali wagnerowców i nauczyli się nowoczesnej wówczas siatkówki do tego stopnia, że im teraz srebrne medale brzydko pachną, tacy rozpuszczeni. A my? Jak wyżej…

Przyznam się bez bicia i z przyjemnością, że z siatkówką za pan brat jestem od roku 1974, kiedy sukces wagnerowców zapoczątkował mą „światową karierę” w barwach Juvenii Wrocław (niestety „D”, zaledwie). Rok później sławny Maciej Jarosz podczas rozgrzewki wypróbował „krótką” na moim nosie. Tego samego roku przed meczem Gwardia Wrocław - Avia Świdnik doszło do ekscesów. W zatłoczonym wejściu dla zawodników jeszcze słynniejszy Tomasz Wójtowicz stanął mi na stopie (bolało z tydzień, rany boskie, ale co za zaszczyt!). W 1976 dygocąc z nerwów podczas montrealskiego finału zapomnieliśmy z ojcem odebrać z dworca PKP powracającą z wakacji siostrę. Przez 30 lat (jeśli tylko mogę) oglądałem wszelkie transmisje, a i sam grałem kiedy się tylko trafiała okazja - i widzę teraz, że wszystko na nic. Nic ja, durny, z tej siatkówki nie zrozumiałem!

Byłem pewien, że skoro trener z importu po dłuuugich 32 latach zdobywa z naszymi chłopakami medal MŚ, nie dowodzi to niebotycznego poziomu naszej myśli szkoleniowej, tylko czegoś przeciwnego. Gdyby było inaczej, to Argentyna zatrudniałaby polskich trenerów a nie odwrotnie. Owszem, gorące jeszcze srebro, to oczywiście wielki sukces polskiej siatkówki ale wzbogaconej o argentyńsko-włoską myśl szkoleniową oraz bezcenną osobę jej przedstawiciela. Nie da się zaprzeczyć, że Lozano dostał w ręce zagumno-gruszkowo-szymańskie diamenty, ale dlaczego to dopiero jemu udało się je przeszlifować na brylanty? Ilu reprezentacyjnych trenerów-Polaków miało tę szansę przez 11 lat jakie minęły od triumfu mazurowców w juniorskim mundialu? Cała kupa, Mości Panowie! Tymczasem obijaliśmy od 5 miejsca na MŚ i w Lidze Światowej, aż po 11 na igrzyskach w Atlancie, gdzie to spadliśmy z wysokiego (miał być czarny!) konia w okolice zaparkowanego nieopodal autobusu z napisem „koniec wyścigu”. A przecież nasi „fantastyczni chłopacy” nie są dziś bardziej utalentowani, niż 5-6 lat temu. Może po prostu zaczęli inaczej pracować?

Śmiech mnie ogarnia na wieść, że jednym z elementów Wielkiej Lozanowskiej Rewolucji Siatkowej jest wprowadzenie porannych treningów. Czyżby bez nich pan Wspaniały i inni (poza Boskiem) chcieli „dogonić i przegonić” Serbię, Rosję, Włochy, Brazylię „oraz inne kraje kapitalistyczne”? Wolne żarty. Hubert Jerzy Wagner popłakałby się ze śmiechu. Zamiast pleść banialuki o kropce nad „i”, lepiej SZCZERZE, A NIE Z MUSU Lozano podziękować, że nie dopuścił do zmarnowania jednego pokolenia siatkarzy, a jeśli Allach pozwoli, może to samo uczyni z drugim (Winiarski, Wlazły, Możdżonek). I dobrze też walnąć się w pierś: my, przedstawiciele polskiej myśli szkoleniowej niestety nie zatrudniliśmy go 5 lat wcześniej, kiedy już jasno było widać, że sami nie dajemy rady. Pamiętam, że kiedy w 2003 obecny trener Egiptu (w nagrodę wygryziony z polskiej ligi?) zdobył kolejny dla nas juniorski czempionat, to się jakoś słabo ucieszyłem. Radość mąciła mi świadomość: skoro perfekcyjnie udaje się nam marnować jednych mistrzów w krótkich majtkach, to co za problem przeputać talenty następnych? Czy przesadzałem? Nie.

Skóra cierpnie, kiedy się słucha i czyta o tym, co Lozano u nas zmienił. Skoro musiał reformować, to wcześniej było inaczej. A jak? A tak: gdyby Kadziewicz spodziewał się, że za łamanie regulaminu kadry poniesie karę gorszą, niż finansowa, to by w olsztyńskie tango nie poszedł. Na szczęście (sic!) wciąż wierząc w panowanie PMSZ - zabalował. Za to właśnie wywalił latynoski mag z kadry i jego, i abstynenta Stelmacha, i libero Ignaczaka. PZPS selekcjonera poparł, ale brać trenerska to już nie bardzo. Trafiła się przecież wspaniała okazja, by rozpanoszonemu, co mu się zdaje, że wszystkie rozumy pozjadał dać po nosie. Zaczęły się aluzyjki w prasie i lamenty, że ME za pasem, a ten kadrę niepotrzebnie osłabia. Pamiętam długi wywiad w GW z jednym z ekstrenerów kadry, który mimo ponawianego kilkakroć pytania nie wyksztusił ni słowa potępienia dla balangowiczów.

A argumentacja Lozano była bezczelnie logiczna, banalnie prosta i obrzydliwie słuszna: ME to początek drogi i reakcja musi być ostra, ponieważ muszę mieć pewność, że przed najważniejszym meczem wszyscy będą trzeźwi i gotowi do gry. Za tę „ekstrawagancję” Argentyńczyka my zapłaciliśmy kolejnym piątym miejscem, natomiast Kadziewicz dyskwalifikacją uregulował rachunek za to, co wcześniej polska myśl szkoleniowa tolerowała. Dobrze, że zapłacił. Lepiej, że trener pozwolił mu wrócić. Jeszcze lepiej, że zawodnik jako facet z głową na karku (z przyjemnością się słucha wypowiedzi tego chłopaka) zrozumiał, w czym rzecz. Najlepszą pointą całej afery są słowa Kadziewicza po meczu z Bułgarią: Co zawdzięczam trenerowi Lozano? Wszystko! Można do tego dołączyć teledysk - obrazek eks-balangowicza ściskającego się z „argentyńskim tyranem” po meczu z Rosją: policzkami do siebie przytuleni, a stopy Lozano dyndają powyżej kolan „Kadzi”. Gdyby polska myśl szkoleniowa zdolna była do takiego wyciągania wniosków, jak ten młody zawodnik, to byłbym spokojny o naszą siatkówkę. A jak drzewiej w naszej kadrze bywało, najlepiej obrazuje wywiad z zawodnikiem Robertem Szczerbaniukiem „wiszący” na jego WWW:

- Od dawna krąży o tobie opinia, że jesteś zdolny, ale leń. Jak to skomentujesz?

SZCZERBANIUK: zgadzam się z tą opinią.

- Tak było, czy tak jest?

SZCZERBANIUK: Tak było, jest i będzie.


PMSZ regularnie widziała gwiazdora Szczerbaniuka w reprezentacji, Lozano nie miał najmniejszej na to ochoty. Tu chyba najlepiej widać czym był zawijas bez kropki i dlaczego. Lozanoparte podziękował też za współpracę środkowemu bloku, panu Nowakowi, którego wciąż mam w oczach, jak stoi pod siatką, i - poruszając się jak na ripleju - przygląda się z wysokości 215 centymetrów, co też wyprawia z piłką jego vis a vis niższy o głowę. Lozano postawił na Plińskiego, który wprawdzie w klubie wystawiany był na równi z Nowakiem, ale trenerzy kadry go nie powoływali. Nie wprost, ale jednak, joker z Jastrzębia wystawił cenzurkę PMSZ mówiąc: zawsze sądziłem, że nieźle blokuję. Lozano zaczął ze mną od abecadła. I jak te słowa można skomentować, kochana polska myśli szkoleniowa? W Japonii nauczony (w wieku lat 28?!!!) siatkarskiego abecadła Pliński zdobył blokiem 28 punktów, czyli więcej, niż potrzeba do wygrania całego seta.

I tak można długo. Można choćby przypomnieć ostrą opozycję prezesów klubów wobec Lozano, kiedy zażądał przesunięcia ligi, by zdążyć kadrę przygotować do MŚ. Miał rację, prawda? A inne sytuacje? O tym się raczej nie mówi, ale poza Drzyzgą kilku ledwie trenerów usiłuje wyssać z Argentyńczyka nowinki szkoleniowe, mimo iż znany jest on na świecie i ceniony jako jeden z najlepszych teoretyków. Niechęć ta oczywiście nie przeszkadza środowisku trenerskiemu robić rabanu, gdy trener kadry „za długo” wypoczywa w Argentynie, zamiast siedzieć w Polsce. Szkoda słów. Kibice i tak wiedzą swoje (Lozanoparte!), trenerzy też (kropka nad „i”) a działacze… Czy nam się to podoba, czy nie - i oni są aktywnymi współtwórcami polskiej myśli szkoleniowej. Z nich to dopiero prawdziwi ojcowie tokijskiego sukcesu! Wiele teraz mówią o wielkich pieniądzach na premie dla wicemistrzów, a przecież jeszcze we wrześniu roku bieżącego wystawili jednoaktówkę godną „Zielonej Gęsi”:

Zawodnicy
(smętnie zawodząc na melodię „Dziś do ciebie przyjść nie mogę”):
- Mamy dość. Wypłaćcie nam stypendia, bo od maja zalegacie.

Działacze
(zdecydowanie, na melodię „Wio koniku, a jak się postarasz”):
- Nic z tego panowie, spokojnie sobie trenujcie. Pieniążków nie będzie.

Zawodnicy
(z rozpaczą, na melodię „Nie płacz kiedy odjadę”):
- No, to strajk. Wyjeżdżamy ze Spały.

Działacze
(z humorem, na melodię „We are the champions”):
- A wyjeżdżajcie sobie. Zdyskwalifikujemy was i nawet w klubach nie pogracie. A poza tym o co chodzi? Dostaliście pieniądze za Ligę Światową.

Zawodnicy
(wściekle, na melodię „Money, Money”):
- Sami je sobie wygraliśmy i zapłaciła światowa federacja. Wypłaćcie wreszcie te stypendia!

Działacze
(rozbrajająco, na melodię „Zielony mosteczek ugina się”):
- Dawno byśmy wypłacili, ale nie wiemy jak przelać.

Kurtyna.

Oklaski?

Epilog wystawiono już w Japonii, gdzie grupka podpitych działaczy udając kibiców promowała Polskę, śpiewając idiotyczne piosenki denerwujące grających reprezentantów w tym i Kadziewicza, któremu tak niedawno prawili morały. Widać jasno, że choć jeszcze nie czapką do ziemi, ale jest pięknie, po polsku. Euforia jeszcze trwa, ale już-już ku słoneczku chmurki ciągną. Widać jasno: jest komu zmarnować japońskie srebro. A trzeba wiedzieć, że stoimy dziś przed ogromną szansą. Przed szansą zmarnowania ogromnej szansy na parę (wreszcie!) lat tłustych w polskiej męskiej siatkówce. Już w wielu dyscyplinach sportu nam się to udało - tu jesteśmy perfekcjonistami. A może tak zróbmy sobie samym kawał? Taki wic, czy nawet szpas. Zmarnujmy szansę na zmarnowanie szansy!
I zobaczmy choć raz, jak to wtedy pięknie. Matka o stu członkach też na tym skorzysta.
O ile zechce zechcieć.

 

Wrocław, 20 grudnia 2006

 

wstecz