|
|
POZOSTANIECIE, PAŃSTWO, Z NIMI?
Można być sportowcem wyczynowym nie ruszając się z fotela, bez odstawiania
na bok słodyczy ani zamiany ciepłych kapci na adidasy. Dzięki telewizji.
Żadnej zadyszki, wydatki minimalne, po prostu - rewelacja. Szczególnie w
perspektywie zbliżających się Igrzysk brzmi to zachęcająco. Niestety, każdy
kij ma dwa końce: bywa że sportowa transmisja zieją nudą, jakby był to
piłkarski mecz greckich mistrzów Europy z obecną reprezentacją Niemiec. Na
szczęście w sukurs widzowi-wyczynowcowi przychodzi inwencja organizatorów
widowisk. Widowisk, bo przecież nie o sport już, lecz o show chodzi.
Wprawdzie są jeszcze tacy, których w przerwie meczu siatkówki, czy
koszykówki bardziej interesuje atmosfera w odpoczywającej drużynie, niż
podrygujące tyłki niedoubranych farbowanych nastolatek, ale to margines.
Wprawdzie dogorywają gdzieś po kątach kibice, których nie trzeba zagrzewać
do dopingu różanymi ustami zawodowego wodzireja ani błyszczącymi pomponami,
ale to również margines. Na pierwszym planie są potrzeby ogółu, czyli wynik
mniej ważny - istotne, by kolorowo było i wesolutko. I słusznie, bo nic tak
nie zabija wyczynowego sportu uprawianego z tyłkiem przyklejonym do fotela,
jak nuda wiejąca z ekranu. Najlepszym dowodem na słuszność mojej tezy jest
ubiegła zima.
Miniony sezon (2005) skoków narciarskich był nudny, jak flaki po warszawsku
z kujawskim olejem, albo jeszcze bardziej. Nasz mistrz - bądźmy szczerzy -
skakał cienko, jak na swoje możliwości. Pomogła mu w tym „szkocka”
mentalność szefów PZN oferujących Adasiowi psychologa, do którego „w każdej
chwili można zadzwonić na komórkę”. Małysz nie zrobił tego ani razu i faktem
tym wyraźnie dał do zrozumienia, że ma w głowie więcej oleju niż magicy,
którzy mu zabrali cylinder, z którego wyskakiwał od lat trzech i to z
pięknym skutkiem. Powiedzmy wprost - tylko idiota godziłby się na kontakt z
psychologiem ograniczony do zadzwoń pan, kiedy poczujesz, że "chcesz o tym
porozmawiać". Małysz (i słusznie) doszedł do wniosku, że durniem nie jest i
nie dał się nabrać, brawo! Okazało się, iż poza dobrym wybiciem i
telemarkiem, ma również i rozum.
Czego by jednak nie powiedzieć, sezon był nudny i kropka. Wciąż wiatr za
duży, co rusz odwołane konkursy. Katastrofa medialna w pięknej zimowej
scenerii. „Piękna katastrofa”, nie powiem, tylko Zorba gdzieś się zapodział,
a jedynie organizatorzy udawali Greków twierdząc, iż wcale nie próbują
szafować zdrowiem skoczków w trosce o własne portfele. Na skoczniach wiało
jak diabli, a panowie z telewizora mimo to prosili: „pozostańcie państwo z
nami”. Norma. Nie byłoby o czym gadać, gdyby nie to, że herr Morgenstern,
wykonując salto nad bulą, dokonał rzeczy niemożliwej - zamknął (sic!) złote
usta panu Szaranowiczowi, na co, niestety, nie było stać herr Loitzla
mylącego Wielką Krokiew z torem bobslejowym. W tym drugim przypadku
"radości" było co niemiara, a wspomnienie komentatorskiego rechotu długo nie
pozwalało mi zasnąć. Z drugiej strony, przerwało to nudę. Pomogło zrozumieć
Niemców odwracających się od skoczni w sezonach, kiedy MY podskakiwaliśmy w
fotelach pasjonując się sukcesami Małysza. Kończąca się obecnie sportowa
zima nie należała już jednak do mistrza z Wisły i niektórzy z nas poczuli
nudę skoków. Coś mi mówi, że z roku na rok będzie gorzej i tylko w
Skandynawii kibice będą chcieli skoki oglądać. Niedobrze! Coś z tym należy
zrobić! Tylko co?
Łza mi się w oku kręci, kiedy wspomnę dawne noworoczne popołudnia i mój w
szczery a radosny śmiech podczas oglądania wspaniałego programu
„Najciekawsze upadki roku”. Choć nigdy nie pokazano jak upada na głowę
pomysło- i tytułodawca programu (z chęcią bym zobaczył), to tłumy zasiadały
przed telewizorami. Nic dziwnego. Po Sylwestrze każdy jest „jakiś nie taki”,
głowa boli, w gardle sucho, żona ma pretensje, dzieci za szybko wracają od
dziadków i jest strasznie. Siedzi człowiek, worek z lodem na tonsurze trzyma
i boleje nad własnym losem. Użala się. A co lepiej robi na taki stan niż
cudzy pech i ból?
Rozumiejąc to redakcja sportowa TVP ordynowała w ramach pobalangowej terapii
śliczne widoczki łamiących się nart, uderzanych piłką jąder (zakrytych!
Zakrytych szortami!), eksplodujących bolidów Formuły 1, czy pląsających po
plecach zawodników motocykli. Patrzył człowiek na to, stratowanymi przez
sylwestrowe partnerki palcami w ciepłych bamboszach przebierał, w napięciu
przecierał oczka niewyspane, a w chwilach szczególnie dramatycznych czuł
cierpnięcie czterech liter zanurzonych w fotelu. Upadającym było źle, a
widzowi dobrze. I jeszcze miło bulgotała adrenalinka rozwadniana nieco piwem
podawanym mu na kaca przez skruszoną małżonkę, która znów pół nocy
przetańczyła nie z tym, z kim trzeba. Kudy takim skokom narciarskim do
„Najciekawszych upadków roku”? Szkoda gadać, nic dziwnego, że ich
oglądalność spada. A gdyby tak lekko zmienić przepisy?
Mój ukochany program miał jeden minus - ktokolwiek pojawiał się na ekranie,
od razu wiadomo było, że zaraz albo się wykopyrtnie na prostej bieżni, albo
mu silnik wybuchnie, albo narta zakrawędziuje. Zero emocji, same tylko
przeżycia estetyczne, a w końcu to sport, a nie pływanie synchroniczne (brrr!).
Niestety, skoki są zdecydowanie za mało krwawe, a „Najpiękniejsze upadki
roku” zbyt zaś przewidywalne. Nie może być tak, że nic się nie dzieje, albo
od razu wiadomo, co dalej! Wpadłem na pomysł, by skoki skrzyżować z paradą
kraks i karamboli roku tak, by wilki sportowego biznesu były syte, a owce
przed telewizorami całe.
Żądany efekt uzyskamy budując skocznie mamucie. Walter Hofer uprawia
austriackie gadanie kłamiąc, że takie obiekty już są. W Planicy i gdzieś tam
u Czechów, reszty nie pamiętam, lecz wiem jedno: one wcale nie są mamucie!!!
Jak wyglądają kły mamuta? Czy są pojedyncze? A figę! Występują w parach. I
tak należy pobudować skocznie. Po dwie w jednym miejscu i obie o takim samym
punkcie, którego nazwę nasi komentatorzy usiłują ustalić od kilku lat. Z
każdej ma się skakać tak samo daleko, a punkt „K” należy ustalić w
odległości ok. 100 metrów od progów i na wysokości ok. piętnastu nad
zeskokiem. Nie! To nie pomyłka. Punkt „K” ma być w powietrzu. Dlaczego?
Idzie o to, by tory lotu startujących jednocześnie skoczków były zbieżne. W
chwilę po wybiciu zderzaliby się w powietrzu (ci najlepsi!). Mój pomysł
pozwala na ukazanie prawdy o technicznych umiejętnościach zawodników, no, bo
ciekaw jestem, ilu byłoby w stanie na deser wykonać telemark?
Nie każdy dwuskok, rzecz naturalna, kończyłby się zderzeniem, więc i
sędziowie mieliby robotę oceniając, kto się do punktu „K” spóźnił, a kto
znalazł się tam o czasie i jak „V” wykonał nanizując na narty jelita rywala.
Komentatorzy rozwiązaliby zagadkę tajemniczego punktu nazywając go Punktem
Katastrofy. Dla widzów frajda byłaby podwójna: nie musieliby już rzucać
śnieżkami w Hannavaldów ( po dobrym skoku szpital i tak murowany), a
obstawianie „trafi-nie trafi” zastąpiłoby banalne typowanie kolejności.
W mojej propozycji idę też na rękę organizatorom. Po prawie każdym dwuskoku
byłby czas na karetkę, potem na przedskoczków - więc i na reklamy - czysty
zysk! Skończyłoby się ślinienie palców podczas udawania, że się bada wiatr,
czy dla skoczków jest dobry. Ślinienie owszem, byłoby, ale tylko przy
liczeniu banknotów. Nikt już nie musiałby łgać przed kamerą, że łotr
Morgenstern grzmotnął lędźwiami o zeskok, bo błąd popełnił, a nie że to
tylko organizatorzy (mimo wiatru) chcieli porządnie zarobić. Zdaję sobie
sprawę, że mój pomysł jest nieco kontrowersyjny, ale nie martwię się, gdyż
jest to los wszelkich epokowych wynalazków. Z Fultona też cała kupa
admirałów francuskich rechotała, a potem Nelson złoił im tyłki pod
Trafalgarem, czym popsuł Napoleonowi frajdę z Austerlitz.
Mój syn właśnie zerknął na monitor i stwierdził, że jego biedny, chory i
stary ojciec wypisuje brednie. I tu myli się kochane dziecię, bo nie zna
życia lecz nie dlatego, iż nie służyło w marynarce - po prostu jako mądry
rodzic ograniczam mu dostęp do telewizora i przez to nie ogląda wielu
transmisji sportowych. Gdyby to robił, zrozumiałby, że piszę bardzo mądre
rzeczy.
Popatrzmy bowiem na ewolucję dyscyplin sportowych, na takie zawody w Nasca w
USA. Niby to banalne wyścigi samochodowe, a przecież nie jest w nich
najważniejsze, kto wygra, ale kto efektowniej przydzwoni zderzakiem w rufę
konkurenta, a jeśli blachy w powietrze polecą, jeśli jakieś kółko się
oderwie, to dopiero zabawa i zbiorowy orgazm publiczności! A zaczęło się od
banalnego pyrkania silnikami w okolicach Lasku Bulońskiego!
Popatrzmy na uprawiany głównie przy pomocy rąk football amerykański. O ileż
on ciekawszy niż zniewieściałe rugby, czy zwykła „kopana”, gdzie emocji
coraz mniej, ponieważ kiedy tylko jeden drugiego w goleń kopnie, to od razu
sztywniak z gwizdkiem kolorowe kartki pokazuje, jakby nie miał ciekawszego
zajęcia.
Zerknijmy na wrestling, gdzie to każdy kibic wie, iż na miesiąc przed walką
jej scenariusz jest napisany w najdrobniejszych szczegółach. Co z tego,
skoro nader efektownie się tam jęczy, dusi, kopie, łbami w słupki wali i do
desek przygniata, widownie w szwach pękają, ech... Gdzie do wrestlingu
nudnym zapasom facetów w idiotycznych wdziankach, którzy ospale tulą się do
siebie! I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od ubranych w tużurki i meloniki
panów, podkręcających wąsiki na arenach Aten w 1896 roku...
Widać jak na dłoni, że każdy sport ma w swojej historii epokę jednej skoczni
i czas na skoki parami. Jedno nie ulega większej zmianie - gusta
publiczności. Powie ktoś zaraz, że w antycznym Koloseum podli zwyrodnialcy
sycili się obrazem wzajemnych gladiatorskich mordów, a teraz jest inaczej,
lepiej.
(Kiedy już skończę się śmiać na myśl, że łysole z siekierami na meczach
czwartoligowego Śląska Wrocław są w czymś lepsi od rzymskiego motłochu, będę
pisał dalej.)
Już. No, dobrze. Hasło panem et cicenses nie jest jednak nieaktualne.
Zgadzam się, że popcorn i hamburgery wyparły z gąb publiczności starożytny
panis. Racja, ale circi niewiele są inne, gdyż współcześni
gladiatorzy też są mordowani. Może nie tak trywialnie, jak w starożytności,
może nie tak otwarcie, ale jednak. Znów plotę? Doprawdy? A czymże jest - nas
(kibiców) i ich (trenerów, menedżerów, lekarzy, zawodników) - udział w
szaleńczym wyścigu za szmalem-rekordem-medalem (niepotrzebne skreślić, choć
na jedno wychodzi)? Mowa o wyścigu, gdzie sygnał do startu daje strzykawka,
bieżnią jest laboratorium, a rolę skrzydeł niosących ku zwycięstwu pełnią
THG, kreatyna, sterydy i EPO. Czymże, jak nie mordowaniem jest wyścig,
podczas którego (pozornie) zdrowy jak byk dwudziestoletni chłopak umiera
nagle na piłkarskim boisku, a my dajemy sobie wmawiać, że to przypadek.
Wierzymy, iż to tylko nieszczęśliwy traf, albo biedak chory był, może też po
prostu jakiś enerdowski Moengele podstępnie dopadł go za plecami działaczy i
wstrzyknął co nieco. Istnieje też możliwość, że ktoś zmarłemu, nafaszerował
sterydami krokieciki, jakimi barszczyk zagryzał (to wersja nasza, narodowa,
polska). Takie bzdury mogą faryzejsko pleść działacze na pogrzebie chłopaka.
My - bądźmy poważni. Pozostańcie państwo ze mną i po krótkiej przerwie
wyobraźmy sobie, że...
W starożytnym Koloseum nowożytne włoskie koty kupki teraz robią, a w tym
samym czasie na tego dzisiejszego arenę, wchodzi współczesny gladiator.
Stąpa ociężałym krokiem opasa, mrużąc oczy rażone słońcem jupiterów, ledwo
widząc widownię zbudowaną z kamer. To znany z antyku Mirmilion. Ma na sobie
zbroję i hełm z brązu. W lewej ręce dzierży tarczę z logo znanego browaru, w
prawej miecz (równie zabójczy, jak papieros produkowany przez sponsora
zawodów). Ciężko będzie dobrać się do skóry Mirmiliona. Zwą go Rekordem.
Trudno go będzie pobić, lecz żująca prażone ziarenka publiczność liczy, że
jednak!
Wtem w wejściu ruch widać, jakieś zamieszanie. Zjawia się przeciwnik! Ubrany
jest lekko, żadnej na nim zbroi, tylko upstrzona reklamami tunika. Połyskują
spocone uda, bicepsy, wręcz tańczy po piasku areny. W jednej dłoni ściska
sieć, w prawej trójząb drewniany. Piękne nawiązanie do antycznych tradycji,
lecz czas już na współczesność: Pozostańcie państwo z nami! - krzyczy herold
i zastygają zawodnicy - czas na głównego bohatera - pięć minut reklam!
Po chwili znów pląsa sieciarz wokół Mirmiliona. Wie, że to Rekord, wie, że
musi go pobić! Musi, bo inaczej państwo nie pozostaną z nim! Gdy zaś odejdą,
kciuk sportowego showbuisnessu zerknie w dół i koniec pieśni! Unika
więc ciosów sieciarz, ucieka przed ostrzem, siecią straszy przeciwnika i co
jakiś czas draśnie go trójzębem. Walczy z wielkim zapałem, lecz szybko
zaczyna mu brakować sił. Porusza się coraz wolniej. Już wie, że Rekord jest
dla niego nie do pobicia, już wie! Cios, ostrze miecza grzęźnie w ciele,
sieciarz upada, a krew wsiąka w piach. Rekord nie został pobity. Może
następnym razem? Póki co, rację ma de Coubertin, bo najważniejszy okazuje
się udział!
W zyskach z reklam, oczywiście, gdyż państwo są mili i pozostają, to samo
więc czynią i reklamodawcy.
Następnym razem Rekord znów stoi i czeka, a tunelem pod widownią ponownie
dąży ku arenie nasz sieciarz. Truchta pełen optymizmu, ponieważ od
poprzedniej walki nie zmarnował czasu.
Citius... - szybciej krąży mu w żyłach naprędce wzbogacona krew.
Altius... - wyżej głowę trzyma, złączony z lekarzem tajemnicą
pewności zwycięstwa.
Fortius... - silniejsze o wiele ma tym razem muskuły, choć nie
trenował zbyt wiele.
Przez to, że cudownie urósł - jego powierzchnia reklamowa powiększyła się ku
radości rodziny. Biegnie sieciarz ciemnym tunelem poklepywany przez
sponsorów o twarzach harpii. Chrzęści rozdeptując zużyte strzykawki i
fiolki. Wpada na arenę i w mgnieniu oka zwycięża! Rekord wreszcie pobity!
Herold zapowiada następną walkę, uradowani państwo pozostają. Reklama.
Wiele potem razy sieciarz bije Mirmilionów. Oni coraz potężniejsi,
potężnieje i on, potężnieje oglądalność, potężnieją portfele organizatorów
igrzysk. Z czasem jednak widowni nudzi się sieciarz, który bije rekord za
rekordem. Na szczęście ci, co trzeba trzymają rękę na sporcie i już nowa
walka. Wpada znów na arenę nasz sieciarz lecz bardziej niż zwykle zmęczony
drogą wiodącą tunelem. Nie to, że sponsorzy mocniej klepią go po plecach,
nie to, żeby trenerzy gorzej masują... Po prostu - już po kolana brnąć musi
w strzykawkach i fiolkach. Zanurza stopy w piasku areny i przerażenie nim
wstrząsa. Naprzeciw stoi Mirmilion potężniejszy nad wszystko, co do tej pory
widziano! Sieciarzowi drętwieją przeczuciem klęski uda i łydki, strach pęta
mu ręce, brak szans na zwycięstwo gardło wysusza. Z rozpaczą rzuca się
zawodnik do walki i pada, jak rażony gromem. Nim Mirmilion uniósł miecz, już
sieciarz nie żyje.
Państwo są zszokowani, państwo chcecie wychodzić, lecz herold następną
zapowiada walkę. Wiercimy się w fotelach, nie wiedząc, co zrobić. Sieciarz
nie żyje, i nie jest najważniejsze, czy Miklos mu było (piłkę kopał w FC
Benfica Lizbona) czy Andrej i upadł na trawę ukraińskiego boiska.
Nie żyje.
(ożywa za to krzywa oglądalności, pnąc się stromo ku górze)
Nie żyje, wstać?!
(jest czas do namysłu – właśnie są reklamy)
Nie żyje, wyjść?!
(zostawiając gladiatorów i harpie samym tylko sobie?)
Nie. Nikt nie wstanie i nikt też nie wyjdzie. Pozostaniemy, głupcy, z nimi!
W-w, 2004-07-06
 |
|