Tombakowy sierodek



Działacze mają zapewniony chleb na kolejne cztery lata, my możemy wziąć udział w igrzyskach, koncentrując się na ich głównej dyscyplinie - żonglerce. Ów „sport” staro-nowi bossowie uprawiają dziś z prawdziwą lubością, żonglując argumentami i tezami, na których merytoryczną wartość można jedynie spuścić litościwą zasłonę milczenia. Co dla jednej płci reprezentacyjnej dobre, złym okazuje się dla drugiej i odwrotnie. Z czasów, gdy zatrudniano Lozano pamiętam, że główna zaleta obcokrajowców, to brak powiązań w polską „układówką” klubowo-związkową. Dziś cnota ta nadal obowiązuje u panów, pań zaś już nie dotyczy. Ba! Selekcjonerska niezależność jest wręcz wadą, gdyż ŻADNEJ zagranicznej kandydatury dla siatkarek nawet nie bierze się pod uwagę.

Kolejnym koronnym argumentem za zatrudnianiem obcokrajowca była ongiś chrapka na to, że uchyli nam rąbka tajemnic nowoczesnej siatkówki. Dziś już się o tym nie wspomina, a wywiad Zagumnego dla „Supervolleya” (tylko Dacewicz serio zainteresowany warsztatem Lozano) oraz wieści podawane przez P. Iwańczyka na temat zainteresowania programem Data Volley mówią same za siebie. PMSz tak się zresztą rozwinęła (nasi prowadzą czołowe reprezentacje globu, o klubach nie wspominając), że już uczyć się niczego i od nikogo nie ma potrzeby.

Skoro zalety obcokrajowców dziś już nie decydują, to po diabła ich zatrudniać, tym bardziej, że rozwiązanie takie posiada i wady? Najpierwszą jest nieznajomość języka polskiego. Lozano wiele w tej kwestii obiecywał, a skończyło się na niczym, Bonitta poszedł dalej, ale nic z tego nie wynikło - spójrzmy więc na kandydatów pod lingwistycznym kątem, ale z przymrużeniem oka. Serio nie sposób.

Moculescu? Poliglota. Spore nadzieje, że konferencje prasowe rozpoczynać będzie informacją, iż „chrząszcz brzmi w trzcinie”.
McCutcheon? Język polski podobny do nowozelandzkiego: „kiwi” znaczy u nas dokładnie to samo, co u nich.
De Giorgi? Toć we Włoszech powstał tekst naszego hymnu.
Daniel Castellani? Wprawdzie biegle włada językiem - jeśli wierzyć TV - niepodobnym do używanego przez potomków Piasta Kołodzieja, to prawdopodobnie jednak zna polski doskonale (tłumaczyłoby to brak bełchatowskiego veta w jego sprawie), tylko się trochę wstydzi.
Kończąc żarty, co z fachowością kandydatów? Włoch - konto reprezentacyjne ma czyste, klubowe natomiast - palce (od lat z powodzeniem pchane w tryby najlepszej ligi świata) lizać! Argentyńczyk - drugie miejsca na kontynencie, gdzie poza gauchos i canarinhos nikt na serio w volleya nie grywa. Sukcesy na polskim podwórku, nieudane próby „rządzenia w Europie”. Rumun - za granicą ceniony przez pucharowy triumf lekceważonej niemieckiej drużyny. Z zaledwie niezłych graczy wyczarował drużynę świetną i - uwaga! - trafiającą z formą na najważniejsze imprezy. Nowozelandczyk - pekińskie złoto zdobyte z niedocenianym amerykańskim pospolitym ruszeniem.

Czy wynik bezpośredniej rywalizacji Castellani-Moculescu, najlepiej streszczający się w słowach „przesławne lanie” coś komuś podpowiada? W rywalizacji Skry z VfB Friedrichshafen bełchatowskie gwiazdy sromotnie poległy z doskonale poprowadzoną drużyną rzemieślników. Jeśli prawdą jest, że Polska nie posiada gwiazd światowego formatu, to umiejętność złożenia dwunastki z graczy po prostu dobrych winna stanowić rozstrzygającą sugestię. Tymczasem okazuje się, że faworytem jest... Daniel Castellani! Jakim - pytam - cudem? Co sprawia, że na reprezentacyjnym stolcu zasiądzie być może kolejny Argentyńczyk? Castellani zdaje się być dla działaczy - twierdzi sport.pl - „niekonfliktowy, można go sobie ułożyć i jest o wiele tańszy”. Nadto gwarantuje, że atakujący kadry nie będzie się z nim sprzeczał.
Czyżbyśmy zamienić chcieli wierzgającą argentyńską siekierkę, na podobnie argentyński kijek, ale za to spolegliwy? Dobre relacje z M. Wlazłym? Chyba lepiej nie skupiać się kuriozalnie na szukaniu trenera skłonnego dbać o ego gwiazdy, lecz zapewnić jej wreszcie właściwą opiekę medyczną. Tak - dosłownie i w przenośni - zdrowiej.

Zdaje się, że szydło wychodzi powoli z worka, w którym kota wprawdzie nie ma, ale z powodzeniem mieszczą się tak niektóre wypowiedzi prezesa, jak i sam skład związkowej komisji. To pomysł rodem z kabaretu, by kluby wyznaczały selekcjonera reprezentacji, a argument, iż dwaj jej członkowie (jednocześnie prezesi klubowi) mają doświadczenie w kontaktach z trenerami świadczy tylko o wielkim poczuciu humoru p. Przedpełskiego. Przecież ludzi o podobnych kwalifikacjach w PZPS jest z pewnością sporo. Nie ma też przymusu (chyba że celem głównym jest święty spokój klubów i działaczy), by wodzem komisji czynić „szefa wszechlig”. O czyje głównie zadba on interesy, szukając trenera dla kadry? Dlaczego wpędzać biedaka w schizofreniczne sidła?

Szef komisji (w swym ligowym wcieleniu) zauważył kiedyś, iż „zawodowa liga wymaga podporządkowania się mediom, telewizji. Kluby mają grać w dzień i w nocy”. Nawet zakładając, że to oratorski popis - na ile stanowisko takie jest zbieżne z celami reprezentacji? Tak trudno zauważyć naturalny konflikt interesów? Selekcjoner reprezentacji ma „dostosować trening kadry do ciężkiego sezonu ligowego”? Veto! On ma wręcz obowiązek walczyć z klubami o jak najdłuższe zgrupowania kadry, powinien wściekać się, że pół kadry grzeje ławki w PlusLidze, ma żądać (jeśli trzeba) skracania sezonu. Jeśli tego poniecha - adieu! O reprezentację trzeba dbać GŁÓWNIE, a nie na marginesie troski o święty spokój ligowych decydentów.

Racja, prezesie - wszystkich ze wszystkimi nikomu nie są potrzebne i tu słusznie marzy pan o złotym środku. Ale trener-marionetka klubów, to jednak zaledwie SIERODEK. I to tombakowy. Z błędnych pobudek wynikająca decyzja o wyborze selekcjonera będzie po latach kojarzona nie z treścią pojęciową nazwiska Waldemara Wspaniałego (choć jest w komisji) lecz Kiepskiego Ferdynanda .

 

wstecz