O szydełku, co z worka na chwilę (?) wylazło

 

Motto:

Nic nie może przecież wiecznie trwać
Co zesłał los trzeba będzie stracić
Nic nie może przecież wiecznie trwać
Za miłość też przyjdzie kiedyś nam zapłacić


z fonoteki Anny Jantar

Nigdy nie uważałem Anny Jantar za siatkarską Kasandrę i myliłem się. Wprawdzie uważam, że nic nie może przecież wiecznie trwać, ale też te kilka miesięcy od medalu w Japonii nie zdawały mi się wiecznością. Nie uważam również, że srebro owo nam los zesłał, bo je wywalczyli siatkarze pod Lozanopartego przewodem, ale wychodzi na to, że być może drugą pozycję na świecie trzeba będzie stracić. A czemuż to? Bo za miłość przyjdzie nam zapłacić. Oby nie w Pekinie i oby nie wcześniej jeszcze. A o jakie uczucie tu chodzi? Ślepą miłość kibiców do siatkówki, czy może tę własną pewnej gwiazdy? A miało być pięknie, jak w bajce. No i mamy tę bajkę, ale jakąś inną. Znacie? Znacie. No, to posłuchajcie.

Niedawno, niedawno temu, za siedmioma lasami, za siedmioma górami, za siedmioma halami o pełnych trybunach było sobie królestwo, w którym szewczykowie buty szyli. Kiedyś ich trzewiczki złotem lśniły, srebrem również, ale to dawno bardzo było. W końcu bosi kibice po dziurki w nosach zaczęli już mieć trampków o sparciałych podeszwach i czółenek o koślawych obcasach. Głównemu Zarządcy Centralnego Warsztatu myśl do głowy przedpełzła zbawienna: - Szydła niezłe mamy… Może, to szewczykowie miejscowi partaczą? Zatrudnię ci ja Oberszewca zza morza, a do pomocy dam Wiceszewca-tubylca, by mu pomagał i tłumaczył zaklęcia ku szydełkom wypowiadane. Jak pomyślał, tak zrobił.

Obcy na powitanie wyciepnął z worka szydeł kilka, co razu jednego w tango poszły, regulamin łamiąc warsztatu. Larum się podniosło, że tyran, że wariat i przez niego eurozłotych bucików nie będzie. I nie było. Kiedy jednak czas nadszedł szycia tych ważniejszych, zabrali obaj najlepsze szydła (w tym naprawione balangowe) i pojechali, kędy lud żyje, co choć o butach żółtego pojęcia nie ma i w ćwierćsandałach drepce, ale światowy konkurs szewski urządza co i rusz. Jakże tam szydła cudnie pracowały! Uszyły prześliczny mundialosrebrny trzewiczek. Na złoty dratwy zabrakło. Oj, co to się działo, kiedy powrócili! Tłumy witających w porcie, Król i dwór jego rozanieleni, szewczykowie, co wcześniej słomek w oku Oberszewca szukali - w skowronkach. Radość wszechobecna!

Uszczęśliwiony Ober wnet na urlop odpłynął, a szydła szyć jęły ligowe buty w lokalnych warsztatach. Ciężko im było, bo choć zużyte mocno, to harować musiały bez pauzy nijakiej, ale jakoś szło. Niestety, jak to w bajkach bywa, zjawiła się Zła Wróżka, by bruździć i zaraz okazało się, iż szydło ma to do siebie, że kiedy najmniej to komukolwiek potrzebne - jak tylko zechce - to z worka wylezie. I wylazło! Zanim jeszcze ponownie uruchomiono Warsztat Centralny, jedno młode Szydełeczko oświadczyło wszem i wobec przez cwanego herolda: - A dawać mi tu urlop, bo ledwo dycham, ostrze mi przy pracy sztywnieje coraz bardziej! A jak nie dacie, to ja z centralnego worka wylezę i kwita. O!

I zdumieli się kibice, to samo Główny Zarządca, a Wiceszewcowi to nawet szczęka na polepę opadła, więc w te pędy do Szydełeczka, którechoć chore w ligowym warsztacie tyrało, że hej, dzwonić. Niestety - z gorączki biedactwo zapomniało komórki. To ci dopiero zbieg okoliczności, tragedia i zgrzytanie zębów! Zwiedział się o wszystkim Oberszewc, kanikułę przerwał i rzucił się przez morze ratować, ale nic mu z tego nie wyszło. Zła Wróżka bowiem podszepnęła Szydełeczku, że jego rozmowa z szewcem, to coś jak rokowania pomiędzy atomowymi mocarstwami: - Nic to, kochaniutki, że on z pampasów płynął do ciebie 12 345 km i 51m. Nic to, że tobie teraz do niego ledwie 54 km i 400 m. Spokojnie się ostrz, co się będziesz tłukł szydłobusem ze 40 minut z haczykiem. A poza tym ekstraordynaryjnego tłumacza niech sprowadzą, bo Wiceszewc to chachmęt i języków nie zna, skubany. Jak podszepnęła, tak się stało.

Oj, wściekł się Oberszewc i ciupasem do Głównego Zarządcy zapostulował, by Szydełeczko z naolimpijskiego worka wyciepnąć. Ten się zgodził, no i się zaczęło. Kto tylko mógł, łzy słone ronił, a włosy (jeśli miał) z głowy rwał, a zębami szczękał ze zgrozy, a rozpaczał, że: z pekińskich butów nici, Ober szaleniec, dyktator, urlop znowu ma za długi. Co robić? Pomóc wszyscy chcieli - nawet papież, Superman, Homer Simpson i brytyjska królowa. Ale może to plotki? Prawdą jest natomiast, że sam Arcykoksowniczy się zerwał do mediacji gotów, jako cud-ekspert w branży. Strach tedy blady na wszystkich padł, bo go znano jako po składach porcelany uwielbiającego chadzać z oczywistym skutkiem. Na szczęście Szydełeczko się opamiętało i porzuciło Złą Wróżkę - poprosiło Oberszewca o spotkanie. Plony jego okazały się wspaniałe: primo - Szydełeczko na piśmie przeprosiło szewca (jednego), inne szydła oraz bosych kibiców; secundo - lokalny warsztat zamiast ciułaniem ligowych butów zainteresował się (nie w gębie) zdrowiem przepraszającego, a Główny Zarządca obiecał dopilnować, by do olimpijskiego szycia zdrowe i gotowe Szydełeczko stanęło; tertio - Oberszewc stwierdził, że worka przed biedactwem definitywnie nie zawiązuje. Arcyminister już się nie ozwał, bo nad płacenie za remonty szydeł medialne krotochwile przedkłada.

I odetchnęli tedy wszyscy prócz Złej Wróżki, co się jeno przyczaiła oraz Wiceszewca, co lekcje włoskiego znów opłacać musi. I tylko pośród gminu szeptem wciąż pada pytanie: - na cholerę nam to wszystko było? Nie chcielim tej bajki! A jaki z niej morał? Ano taki, że ani ona pierwsza, ani też, niestety, ostatnia. A Zła Wróżka? Niedługo się odezwie, a z worka jeszcze niejedno szydło wylezie. Tfu! Na psa urok!

 

 

wstecz