Dobry żart, prezesa wart



Igrzyska powoli przechodzą w sferę zainteresowań archeologów, a ja dość się nadenerwowałem oglądając transmisje, by jeszcze teraz roztrząsać przyczyny porażek. Wolę się pośmiać, a mam z czego - zadbał o to sam miłościwie nam panujący prezes PZPS. Jestem mu za to dozgonnie wdzięczny, przy czym ową „dozgonność” pojmuję czysto osobiście. Broń Boże nie jest to aluzja do ewentualnego śmiertelnego zejścia polskiej reprezentacyjnej siatkówki, o ile żart prezesa w istocie żadnym dowcipem nie jest, lecz koncepcją serio.

Na czym zatem dowcip polega? Otóż w odpowiedzi na dziennikarskie pytanie (- kto po Bonicie i Lozano?), w trosce o skołatane serca i obolałe dusze fanów volleya, prezes Przedpełski finezyjnie sobie zażartował. Brawo! Też przecież musiał być w poklęskowym stresie, a jednak potrafił zażartować. To się nazywa mieć stalowe nerwy! Zazdroszczę.

Prezes zauważył, że dość już obcoplemiennych szkoleniowców kadry, a jeśli nawet, to nie ma zamiaru więcej rozmawiać z nimi przez tłumacza. Dalej okazało się, że zagraniczni trenerzy są dobrzy, ale prezes woli Piasta i wreszcie zaczęło być śmiesznie, gdyż jako kandydata na reprezentacyjny tron podał Krzysztofa Stelmacha. Z jednej strony żart prezesa Przedpełskiego śmieszy, z drugiej przestrasza. Faktycznie bowiem K. Stelmach pół zawodniczej kariery spędził we włoskiej lidze, faktycznie terminował u Lozano (o ile tak zwać można te kilkadziesiąt dni współpracy), o ile prawdopodobnie „zna włoską szkołę i naprawdę wie, jak to się robi”, to... Mimo wszystko kandydaturę tę rozumiem tylko i wyłącznie jako dowcip prezesa.

Gwoli ścisłości, podkreślę to kategorycznie, to nie Stelmach jest tu śmieszny. Zawodnikiem był zawsze solidnym, jako przyszły trener - szczerze mu tego życzę - będzie być może genialny i to nie z gatunku takich, o jakich śp. Kazimierz Górski mawiał - „dobry trener, tylko wyników nie ma”. Jednakże Stelmach - trener reprezentacji, to ryzyko. Krótko mówiąc - na dwoje wróżyła babka (a dokładniej - szef związku). Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że trener Stelmach, to po prostu eksperyment na karierach tych z naszych siatkarzy, którzy nie zakończą teraz reprezentacyjnej przygody. Kogo stać na takie eksperymenty?
Nie ulega wątpliwości, że medal zdobyty dzięki Lozano (wg niektórych niejako wbrew niemu, czy przynajmniej niezależnie od Argentyńczyka) przerwał podobne eksperymenty na karierach Zagumnego, Świderskiego, Szymańskiego i Gruszki. Czyż bowiem nie żartowano sobie z wymienionych zawodników zatrudniając niezbyt genialnych trenerów, do rozmów z którymi żaden tłumacz nie był potrzebny? Zdobyty w ostatniej chwili medal na japońskich MŚ spowodował, że straconym pokoleniem „Zagumnych” nazywać nie można. Nie oznacza to jednak, iż medali nie mogło być więcej. Wręcz przeciwnie.

Jeśli żart prezesa brać poważnie, to pokoleniu Winiarskich i Wlazłych również grożą eksperymenty, ma ono jednak to szczęście, że „załapało” się na pudło w Sendai. Czy jeśli na karierach jeszcze młodszych, a niemniej utalentowanych siatkarzach (Kurek, Nowakowski...) będzie sobie PZPS beztrosko eksperymentował sprawdzając, który z polskich trenerskich żółtodziobów (bez urazy) podoła wyzwaniu, to kto da gwarancję, iż nie będzie to kolejne „stracone pokolenie”?

Nie mam nic przeciwko zatrudnianiu trenerów polskiej narodowości. Wręcz przeciwnie: gdyby nagle objawił się u nas ktoś pokroju i fachowego poziomu (mówię o trenerce, a nie medialnych występach) Andrzeja Niemczyka, ktoś o kogo biją się siatkarscy prezesi z Włoch, Rosji czy Niemiec - pierwszy bym „pałkę strzaskał na głowach” żądających trenera zagranicznego. Jeśli np. trener Panas okrzepnie i za jakiś czas w nowoczesny sposób poprowadzi Wlazłych - bardzo proszę! Jeżeli za kilka lat tylko w samych superlatywach da się mówić o trenerze Stelmachu - bardzo proszę jeszcze bardziej! Jednak dzisiaj na to zbyt wcześnie.
Warto też byłoby nie żartować na tematy językowe, panie prezesie. Przecież mamy wiek XXI i bez znajomości języków ani rusz, nieprawdaż? Fakt, akurat w PZPS niekoniecznie, o czym dobitnie świadczy casus menedżera żeńskiej kadry, tylko, czy warto tą akurat ścieżką podążać? Cała koszykówka mówi po angielsku i nikomu się krzywda nie dzieje. Włoski zaś stanowi angielszczyznę w siatkówce - o tym też warto pamiętać. Zostawmy jednak szpasy językowe, ciekawszy jest dowcip o tym, że „Lozano nie dotarł do głów siatkarzy”, bo zainteresowani twierdzą coś zupełnie przeciwnego (zapewne nie wszyscy).

Skoro o głowach polskich sportowców mowa (powszechnie uznaje się, może i słusznie, mętlik w nich panujący za przyczynę braku sukcesów), to chęć trenowania Polaków zgłasza pewien ozłocony w Pekinie trener. Ponoć mistrz motywowania. No, ale z nim przez tłumacza by trzeba... A Rezende? Trener Niemczyk grzmi, że nawet on nie doprowadziłby nas do złota, z racji różnic mentalnościowych. Gdzie logika? Jeśli mentalność jest zawadą w osiąganiu sukcesów, to aby było lepiej, trzeba ją przeorać. A kto to gwarantuje bardziej, niż trener zagraniczny? Zastanawiam się też, czy na pewno to właśnie zawodniczą mentalność cechują „minusy ujemne”. A może pies pogrzebany w działaczowskiej? Zobaczymy na zjeździe. O, właśnie! Pan prezes ostatnio przestał dowcipkować stwierdzając, że nadal woli Piasta, tyle, że odpowiedniego kandydata nie widzi (warto byłoby przy okazji przeprosić Stelmacha). Skoro tak, a przecież polscy kandydaci nie wymarli przecież w ciągu ostatnich kilka tygodni, to po co było żartować? A może jest inaczej? Tak całkiem banalnie i prozaicznie? Może wytłumaczenie podaje Lozano twierdząc „na dowidzenia”, iż w okresie przedzjazdowym chce się u nas zadowolić jak największe grono elektorów? To oczywiście, tym razem z mojej strony, taki mały żarcik. A może wcale nie żarcik.

 

wstecz