|
|
Jarosław Kolasiński
Lis Witalis Parę dni temu wróciłem z pracy około 24.00 (a wyszedłem do niej zaledwie siedemnaście godzin wcześniej - niech żyje ośmiogodzinny dzień pracy) i nieoczekiwanie dla siebie samego, naszła mnie chętka na czytanie. Tylko, co tu czytać? Całą posiadaną beletrystykę mam już od paru lat przeczytaną "tam i z powrotem". Na nowe pozycje mnie nie stać. Zakradłem się chyłkiem do pokoju mego trzyletniego syna i zwędziłem mu z półki pierwszą z brzegu książkę, tusząc, iż i tak kiedyś zdziecinnieję, więc warto powoli się do tego przyzwyczajać. Okazało się, iż ową pozycją były "Szelmostwa Lisa Witalisa" autorstwa nieodżałowanego Jana Brzechwy (wyd. "Glob" Szczecin 1987). W tym arcydziele literatury (czy aby na pewno dziecięcej?), odnalazłem wielce interesujący rozdział o tym, jak to zwierzęta w lesie wybrały sobie prezydenta i co też z tego wynikło. Relacja Brzechwy jest nader ścisła i pełna konkretów. Zaraz na wstępie, autor daje czytelnikowi wskazówkę sporej wagi, informując go o długości leśnych kadencji prezydenckich(s.15):
Jak co rok w Zielone Święta Jak więc widać wyraźnie, we wzmiankowanym borze, władzę sprawować można nie przez cztery, nie sześć, czy siedem lat, ale tylko rok jeden, zaledwie. O ograniczeniach w ilości możliwych kadencji, Brzechwa niestety nie wspomina. Uwypukla natomiast fakt rygorystycznego przestrzegania praw człowieka w kniejach, oraz powszechności biernego prawa wyborczego (s.15):
Nawet mysz wychodzi nory, Mieszkańcy lasu, dopuszczając wprawdzie, do wolnej gry sił politycznych podczas wyborów, uznali wszakże, iż nie można sobie pozwolić na jakąś bezsensowną konfrontacyjność, gdyż (s.15):
Jest to taka ważna sprawa, Co więcej, ani słowem Brzechwa nie wspomina o wypytywaniu kandydatów na okoliczność ewentualnego posiada żydowskich przodków, ani też współpracy ze służbami wywiadowczymi wrażych kół łowieckich, czy innych sił nieprzychylnych lasowi. W tejże, iście sielankowej atmosferze, starał się o prezydenckich fotel Lis Witalis, ździebko kabotyn, jak twierdzi Brzechwa "wielki szelma"(s.15). Lis, obywatel o dużym politycznym wyrobieniu, wiedział, iż o wyborczym sukcesie decyduje również i odpowiednia prezencja (s.15):
... łypie białkiem swego bielma, Głodny politycznego sukcesu, prócz troski o wygląd godny kandydata, Lis rozpoczął wyborczą kampanię od tzw. "działań zakulisowych", a mianowicie:
Tu do wilka się przymili Po tak precyzyjnym przygotowaniu sobie gruntu pod działania z otwartą przyłbicą, Witalis wygłosił programowe przemówienie, na którym uczyć się można prawidłowego podejścia do wyborców (s.16):
Czyż jest ktoś, kto nie pamięta - zagaił, dając do zrozumienia zebranym wyborcom, że wprawdzie prezydentem jeszcze (niestety) nie był dotąd, lecz zasługi już ma i to jakie... (s.16). Po tej porażającej swym kunsztem inwokacji, kandydat ciągnął dalej:
Gdym był młody i bogaty, I na cóż to wszystko? Po cóż Lis to uczynił? By własną próżność zaspokoić? By zabić nudę, podcinającą skrzydła jego jestestwu? Nic z tych rzeczy! On uczynił to, po prostu, po to, aby "zwierzętom dać schronisko" (s.16). Wyjaśniwszy, w ten bezpretensjonalny sposób, genezę zalesienia okolicznych terenów, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś "nie daj Bóg" pomyślał, iż kandydat miał ze stworzenia lasu jakiekolwiek korzyści osobiste, Witalis zwrócił mimochodem uwagę słuchaczy na fakt następujący (s.16):
Jestem Waszym dobrodziejem Następnie, w zwięzłych, prostych i uczciwych, budzących zaufanie społeczne słowach, Witalis zapowiedział, co się stanie, jeśli głosy zostaną oddane prawidłowo, czyli na niego właśnie (s.16):
Daję słowo, że zasadzę Ów nad wyraz konkretny i realistyczny program polityczno-ekonomiczny, przekonał wyborców, mimo iż szczerze mówiąc, te witalisowskie "gruszki na wierzbie" bardzo przypominały stare hasło "Solidarności Rolników Indywidualnych": "Kiedy nas zarejestrujecie, z szynką bułki jeść będziecie". Jak widać zwierzęta nie zetknęły się wcześniej z wymienioną wyżej organizacją i uwierzyły lisowi (s.16):
Wszystkim oczy aż zabłysły:
- zakrzyknął elektorat pazerny na materialne korzyści i słowo (porośniętym sierścią) ciałem się stało. Można by na tym analizę relacji Brzechwy zakończyć, gdyby nie to, że dociekliwy nader autor, poszedł dalej i opisał dalsze losy kniei, już pod rządami nowego prezydenta (s.17):
Już nazajutrz na polanie Preferował jak widać, tzw. dekretowy styl sprawowania władzy. To sprawne funkcjonowanie aparatu władzy sprawiło, iż (s.17):
Lis Witalis żył wygodnie, A co na to wyborcy? Co na to elektorat zwierzęcy? Początkowo - jak relacjonuje Brzechwa, (s.18):
(...) zwierzęcy cały świat to I działo się tak, mimo iż (s.19):
Nikt spokoju nie miał w lesie
Nawet borsuk-wojewoda,
A jak komu nie dogadza Mimo tak rozsądnego i prostolinijnego postawienia sprawy, mieszkańcy lasu okazali się niekulturalni i wzniecili rokosz. Pojmali dostojnego prezydenta, skrępowali go sznurkiem, niczym (obiecany przezeń wcześniej w kampanii wyborczej) baleron, a potem stało się to, co razi zawsze osoby wrażliwe i kulturalne we wszystkich rewolucjach - bezprzykładny, rozjuszony terror warstw niższych. Gdy lis w prochu leżał (s.23):
(...) wyszły dwie łasiczki
Chciałbym na koniec mej smutnej wielce przecież relacji, przestrzec
pt. czytelników przed zbyt daleko idącymi skojarzeniami. Wszystkie
bowiem przez Brzechwę opisane (a przez moje skromne pióro otrzepane
z kurzu niepamięci) osoby i wydarzenia są absolutnie fikcyjne.
Ewentualne podobieństwo, do kogo i czegokolwiek - przypadkowe.
Jakiekolwiek zbieżności z jakimikolwiek wydarzeniami w jakimkolwiek
kraju Europy Środkowej, absolutnie niezamierzone. Tylko jakiś
człowiek niesamowicie złej woli, snuć by mógł niedorzeczne przecież
zupełnie, a obrzydliwie złośliwe analogie. Wszyscy przecież wiedzą,
że u nas żadnych Witalisów nie było, nie ma i nie będzie...
|
|
|
|
|
|