Tako rzecze Włodek do lustra
 czyli laki tacz kobiet do nordik kombinejszyn


 

Czemu ten skubaniec Kuettel tak daleko skacze, laik nie dojdzie za diabła. Nieprzewidywalne te skoki i tajemnicze, a wszelakie dywagacje w rodzaju: bioderka za nisko, deski za płasko, czy kombinezon w kroku ciasnawy - to moim zdaniem balansowanie na granicy czarnej magii z białą. Tak naprawdę, to prawie nikt nie wie, czemu najlepsi lecą hen, daleko, a Mateja kic..., kic..., kic... Na szczęście na posterunku jest Redaktor Szaranowicz i relacjonuje: na belce cupie sobie Andreas Kuettel (wymawiany umlautowo) i kiedy trener macha chorągiewką - rusza! W połowie rozbiegu zmiana - pojawia się inny Szwajcar, niejaki Kitel, i pruje aż do progu, z którego wybija się trzeci, konkretnie Kutel i leci. Gdzieś w połowie buli znika z radarów, zastąpiony przez Kytela, a ostatnim w sztafecie okazuje się herr Koetel, popisujący się ślicznym telemarkiem. Włodek w ekstazie: - Biutiful dżamp, 127,5 metra, noty koncertowe! Pięcioosobowemu Szwajcarowi nikt nie dorówna, chyba żeby Koionkoski rzucił do boju jednoosobowy kwartet – Bysztel-Bistel-Bysztoel-Bisztel.

Jako Porfirion nieznający paszczowo co najmniej sześciu języków (tylu usiłowano mnie nauczyć), nie powinienem natrząsać się z Włodka, że nie umie dwa razy identycznie wymówić niemieckiego nazwiska. Za to angielski zna! Zna i daje temu świadectwo tak nagminnie, że polskie słowa w jego oracjach winna witać euforyczna stending owejszyn. Ale bez obaw, nikomu dłonie nie spuchną, bo u Włodka nawet piłka nożna bywa sokerem, a czempion Zidane, to nie żaden siermiężny rozgrywający, ale plejmejker-światowiec. Kiedy zaś ma wsparcie w kołczu oraz golkiperze i difenderach, to (o ile są fajterami) - awans do fajnal for bankowy. Dziwnie chrząszcz Włodek w telewizyjnej trzcinie brzmi, ale skoro taki pan aktor Malajkat niedawno zwierzył się w Polsacie, iż czytał „Medm Bewły Flołbełta”, to i Very Big Starowi Polish Sports Tiwi wolno zapomnieć o rodzimym narzeczu. A może gdzie indziej dog pogrzebany? Może Włodek robi to na złość Senatowi IV RP, który 2006 jer ustanowił Rokiem Języka Polskiego? A co będzie jeśli minister Ziobro prokuraturą zawarczy, a Dorn błyśnie kłami policyjnych suk (granatowych)?! Wolne żarty! Nikt nikomu krzywdy nie zrobi: Panie Włodku, pan się nie boi! Trzy trzecie Roberta za panem stoi! Tego samego, co to jest pan z nim po imieniu od Barcelony, a który niedługo po Atenach pochwycił sportowe berło publicznej. Właśnie dopiero co ze smajlem na licach oznajmił do publicznej kamery: „Pokażemy wszystkie hajlajtsy z mundialu!”

Iście opętańcze jankesowanie Włodka daje się wyjaśnić „okrutnie wielką” miłością do naszego Big Bradera zza Atlantik Ołszyn. Ktoś powie, że tak namolnie manifestowane uczucie prowincjonalną taniochą trąci, ale co z tego? Ważne, że szczere. Very szczere i gorące (pozwolę sobie zrymować na poczekaniu), więc siłą rzeczy niedowidzące. Gdyby inne było, zapewne Redaktor nie poezjowałby, nawet komentując ski dżampy (sic!), o sprinterce Marion Jones. Nie nauczałby, że to naturalne, iż po kilku ledwie miesiącach może bez wspomagania lać na głowę najlepsze sprinterki świata. Gdyby Włodek nie kochał, nie strugałby Hellena, podczas Golden Lig, udając, że jedyni czyści i bez anaboli to Amerykanie, choć THG aż tryskało w kamery. Inaczej na igrzyskach w Barcelonie komentowałby ten mecz, który akurat rozgrywano (arcypyszny półfinał Jugosławia-Litwa), a nie snuł bajek o Drim Timie. To pewnie rozkochane serduszko kazało redaktorowi zapomnieć (w odróżnieniu od innych dziennikarzy), że raczyli bojs wystąpić dopiero gdy im zagwarantowano, iż urynować do probówek MKOL nie będą musieli. Inni pyszczyli o tym, a zakochany Włodek poprzestawał na okazywaniu miłości „Hej! Tu en-bi-ej” na swych gorących wargach. Tym samym hasłem rozpoczynał kiedyś odgrzewane powtórki z NBA, a robił to prześlicznie! Dokładnie w konwencji typowej szczeżui z podlizującego się szczeniactwu radia, wręczającej firmowe kubki za odpowiedź na konkursowe pytanie w rodzaju „która godzina?” Niech ci, których podobne występy drażnią wybaczą mu - kocha, więc niewinny!

Na dodatkowe usprawiedliwienie redaktora śpieszę donieść, że chłop zna się na wszystkich chyba dyscyplinach sportu!!! Kiedyś brylował komentując koszykówkę i zawody lekkoatletyczne, ostatnio zrobił krok naprzód i również zimą nie daje o sobie zapomnieć. Kiedy bowiem po latach posuchy trafił się nam Małysz, to ostroga wysoookiej oglądalności ubodła Włodka tak mocno, że pogalopował na MŚ aż do Lahti. Przy okazji przeprowadził wywiad z premierem Buzkiem, który udał się tam w identycznym celu - by romantycznie jak księżyc w kałuży zabłysnąć światłem wielekroć odbitym. Tego typu iluminacje, to u Włodka specialite de la maison – kiedy w Turynie Małysz jeno kicał, a zanosiło się, że Justyna Kowalczyk zaświeci medalem na 10km klasykiem, to z właściwym sobie refleksem przy mikrofonie pojawił się Włodek (u boku swego kumpla Jóźwika). Jak zwykle przy takich okazjach brawurowo skupili się na meritum. Bezwzględnie zostawiając na boku walkę biegaczek z rosnącym zmęczeniem i z własnymi słabościami, bez pardonu odkładając do lamusa piękno (mimo wszystko) sportowej walki - wygłosili wykład o smarowaniu nart. Nie przerwali go nawet, kiedy nasza gwiazda zaniemogła. Dolali tylko do ognia swej elokwencji oliwę kpin z trenera p. Justyny. Padło też wiele cennych uwag o proteinach, odżywkach - w końcu nic takiego się nie działo i tylko durni laicy-kibice truchleli przed telewizorami z obawy o zdrowie zawodniczki, która ostatecznie zniesiono z trasy. Nie udało się zatem Włodkowi błysnąć z odbicia. Nie mógł skomentować występu biegaczki tak, jak kiedyś podsumował bodajże Ahonena (cytuję): „Ale fajter! Nie, nie fajter, on jest łiner!” Słusznie na mis Justynę obrażony, wyciągnął redaktor wnioski, niestety, błędne: odpuścił sobie 30km techniką dowolną, a złośliwa Kowalczyk zdobyła brąz. Martwi mnie to niesłychanie, ponieważ przez następne 30 lat będą powtórki z jej finiszu bez fachowej analizy smarów w tle. Jak pech, to pech!

Nie przeczuł też Włodek sukcesu Małysza w Oslo i postawił na tyczkarki w Moskwie. Znów pudło: jak na Redakcję Sportową TVP przystało - faza decydująca konkursu zbiegła się z przerwaniem transmisji. Do spodziewanego błysku znów nie doszło - z winy „Dobranocki”. Na szczęście w zanadrzu ma zawsze Włodek Ligę Mistrzów. Meczów wprawdzie jeszcze nie komentuje, ale prowadzi Studio. Czytałem kiedyś u Snopkiewicza, że kamera powinna pokazywać albo plan ogólny albo pysiaczek tego, kto akurat się wypowiada. Chyba to jakaś bzdura. Przecież w studiu LM siedzą sobie eksperci i gadają, a na ekranie widzimy głównie Włodka, który przepięknie się gimnastykuje! Nie umie się wprawdzie aż tak mizdrzyć do kamery jak red. Kamel, ale jest za to perfekcyjnie czujny. Ostatnio mój złośliwy syn popłakał się ze śmiechu. Czemu? Eks-zawodnik Szczęsny mówił coś zza kadru, a z ekranu patrzył nam w oczy uśmiechnięty Włodek. Nagle realizator zmienił kamerę - zmierzch na księżycowym profilu Włodka... Błyskawiczna reakcja, nerwowy rzut oka, gdzie pali się lampka, sekunda, dwie i znów Włodek (już en face) szczerze na nas zerkał... I tak z pięć razy. Kamereczko, kamereczko, powiedz przecie…

Nie pisałbym o Mistrzu po imieniu, gdyby nie to że też chcę sobie księżycowo błysnąć, a i biorę przykład z mego bohatera, który ze wszystkimi jest na „ty”. „Tykając”, nie traci jednakowoż obiektywizmu. Kiedyś np. z pewnym trenerem miesiącami był na „Jurku-Włodku”, by zaraz po nieudanym mundialu grzmieć: „trener Engel skupił się na swoim wizerunku medialnym zamiast na prowadzeniu drużyny”. Skromność Włodka jest tak wielka, że nie wspomniał już, że o ów wizerunek dbali razem: jeden brylował, drugi księżycował. Szołmena Engela zwolniono z posady, a Redaktor trwa na posterunku. Mało tego, w jego ślady idzie młodość - jak mawiają snowboardziści - „zajebiście” się kadrując, fachowo dbając, by żel na włosach nie blikował w kamerce. Co z tego, że co nius, to ze dwa byki, że mylą nazwiska powszechnie znanych sportowców (Bendżamin Reich - sic!). Za to jak pięknie zadają finezyjne pytania w rodzaju „co pani czuła tuż przed metą?” Z wiedzą o sporcie bywa krucho, jak choćby podczas igrzysk turyńskich, kiedy to pewnego razu pojawiła się na ekranie plansza z napisem „zjazd kobiet do kombinacji norweskiej” (Włodek jako jedyny mówi – „nordyckiej”, bo po angielsku to nordik kombinejszyn). Byka wyhodował drań od napisów, a dwoje prowadzących studio bez mrugnięcia ślicznym oczkiem powtórzyło, zachwalając, że konkurencja bardzo ciekawa. Ba! Też bym z chęcią zobaczył, jak zawodniczki zjeżdżają ze skoczni narciarskiej.

Ktoś upierdliwy spyta: Czyżby wystrojona młoda panienka i misternie uczesany młodzieniec kompletnie nie znali się na sporcie? A ja biorę ich w obronę i ripostuję - czy muszą? Przecież miszyn redakcji sportowej nie polega na pokazywaniu kibicom zawodów (te wcześniej kupuje Polsat), ale głównie na organizowaniu spotkań towarzyskich na wizji. Fantastyczna to okazja do pogaduszek z wiecznie żywymi Łazuką i Gąsowskim, a nawet z Agatą Passent, podbijająca świat ekspertką futbolową. Drugim naczelnym zadaniem RS TVP jest (często zamiast bramek, a zawsze w zastępstwie hymnów i dekoracji medalami) puszczanie reklam częściej nawet niż Eurosport, który zresztą tchórzy zamiast przerywać relacje in lajf dla podpasek i margaryny. A nasi publiczni swoją miszyn znają i potrafią! Już podczas igrzysk w Atenach, rozpoczęli dżampy po trzech programach, za każdym przejściem trzaskając po dwa bloki reklamowe i ów trend ma się coraz lepiej. I o to chodzi! A ze sportem redaktorzy nie muszą mieć nic wspólnego, więc nie ma co się ich czepiać.

Podobno niektórzy widzowie pstrykają pilotem na wspomniany Eurosport i masują uszy duetem Jaroński-Wyrzykowski, uprawiającym tam komentarz á la szwejkowe kecanie. Nie widać ich, więc nie muszą zerkać w kamerkę, z nudów skupiają się na sporcie. I nie dość, że niepotrzebnie się na nim znają, to jeszcze potrafią tchnąć ducha nawet w arcynudny Tour de Pologne do tego stopnia, że podobno żal, iż już meta. Ale wróćmy do publicznej. Podczas ostatniej zimówki bezsensownie sięgnięto kilka razy po red. Olszańskiego. A przecież bezczelnie nawet nie raczył zareklamować żadnej firmy krawieckiej, bo pojawiał się w sportowej marynarce, w jeansach i bez krawata. Na te chwile nawet sziugar żelboy, który na co dzień prezentował się znakomicie, zdejmował krawat i rezygnował z garnituru. Co za strata dla budżetu TVP! I kto za to zapłaci? Społeczeństwo!

Olszański, jak to zwykle: mówił ze znajomością tematu, wykpiwał perfidnie medialny szum wokół „klanu Ligockich”, rozprawiał o sporcie w myśl przestarzałej zasady: albo wcale, albo z biglem. Ewidentnie nie pasował do towarzystwa. Jeszcze gorzej było, kiedy (raz jedyny) odkurzono red. Zielonackiego tak w narciarstwie zakochanego, że chyba nawet do wanny wchodzi bez zdejmowania nart, mydło na kijek nadziewa, a gogle chronią mu oczy przed szamponem. I po co przyszedł? Zamiast o smarach i cenach sprzętu oraz proteinach nauczać, kuriozalnie czystą polszczyzną zaczął ten maniak snuć opowieści ze stoku. Poproszono go grzecznie, żeby skomentował (z odtworzenia) przejazd gigantowy świeżo upieczonego mistrza. Zielonacki rzucił ze dwa zdania, a potem wypalił: "Pięknie jedzie, ten Reich. W takich chwilach, drodzy państwo, uwielbiam milknąć". I zamilkł, fuszer! Cisza. Tylko na ekranie fajter Austriak, a z głośnika zgrzyt krawędzi o zlodzony stok, owcze dzwonki kibiców i stuk potrącanych slalomowych tyczek. Na dwie bez mała minuty powiało sportem! Powiało dziennikarstwem sportowym wysokiej klasy i nie z łapanki, tylko z miłości do sportu. Żaden księżyc nie błysnął, żadna przylepiona do okrętu meduza nie zawołała: „płyniemy”.

I po co tak? Toż to studio olimpijskie, do diabła. Nie drażnić widza! Lepiej niech już tylko Włodek o tych proteinach i leukocytach. Niech tłumacząc swoje Kuettelowe niechlujstwo mnogością kantonów w Szwajcarii, rozśmiesza widza do łez. Lepiej niech Chylewska, co to się przesiadła z roweru Błażeja na hulajnogę - nadal "nie uwielbia w takich chwilach milknąć". I wcale ani ona, ani jej koledzy nie muszą czuć jakiegoś tam ducha sportu, nie muszą też odróżniać kombinacji alpejskiej od norweskiej, bo nie o to chodzi. Tego typu wiedza i styl zupełnie nie są potrzebne, żeby przejrzeć się w kamerce i z gracją podać numer na jaki należy wysłać esemesa z hasełkiem. A jak ktoś ma muchy w nosie, bo pamięta Tomaszewskich, Tuszyńskich i Ciszewskich, to niech sobie pstryknie pilotem i język czeski wkuwa. To redaktorowi ma być dobrze, a nie widzowi. A czemu tak? Bo tako rzecze Włodek do (kamerki) lustra - cytuję -

jeden ma laki tacz od Boga, a drugi wciąż pod górę.
 

wstecz