| |
Dublerka
Gdy dopadła mnie
choroba, lekarz orzekł: - angina ropna! Ja tam jednak myślę, że konował raczej –
nie lekarz, stanowczo postawił mylną diagnozę. Słupek rtęci rozgrzewa termometr
do czerwoności! A jak grzeje, gdy organizm walczy z czterdziestką i białko
prawie się ścina! Ciężko opanować konwulsyjne drgawki, fale wstrząsów ogarniają
całe ciało. Zęby szczękają. Ciepło, zimno, gorąco, lodowato..... I tak w kółko.
Jaka to angina? Malaria, nie angina! Potrzebuję cholernej chininy, nie jakiegoś
marnego antybiotyku! Gdy czyjeś dobre ręce ściągają ze mnie kolejną mokrą
piżamę, mam wrażenie, że zrywają skórę. A może to nie jest wrażenie? W każdym
razie nie podoba mi się.
A potem jesteś w pracy. Lubisz to. Przyznaj. Choć czasem masz tego dość, tak
serdecznie dość. A jednak cieszysz się, gdy wyrwiesz zbłąkaną duszę z bagna. Tak
nazywasz tę całą resocjalizację. Sobotni wieczorny dyżur. Twoje podopieczne
szykują się do snu. Niewiele zostało w placówce. Trochę niepokornych, kilka
bezdomnych. Reszta baluje na przepustce. Słyszysz dzwonek do drzwi. O tej porze?
Dziwne... Schodzisz na parter, wspiąwszy się na palce zaglądasz przez szybę. Na
zewnątrz całkiem ciemno, z trudem dostrzegasz zarysy kilku postaci. Mężczyźni?
Twarz jednego z nich majaczy w okienku.
-Policja! Dobry wieczór. Przywieźliśmy waszą owieczkę. Zagubiła się, bidula, w
tłumie.
Słyszysz przytłumiony chichot pozostałych gliniarzy. Dziwisz się nieco. Policja
przecież zawsze się zapowiada telefonicznie. Widać tym razem odstąpili od
ustalonego rytmu. Znajome dziewczę wbija nos w szybę, tuż obok facjaty
nieznajomego policjanta. Wsuwasz klucz do zamka. Przekręcasz dwa razy. Naciskasz
klamkę. W tej samej sekundzie napór z zewnątrz każe ci odskoczyć. Pada pierwszy
strzał. Mocny, precyzyjny. Nie ma czasu na zdziwienie. Na kolejny nie musisz
długo czekać. Wielka jak maczuga pięść ląduje na drugim policzku. Jego siła
podcina ci nogi. Walisz się na pobliskie schody. Kant stopnia wbija się w bok.
Szok nie pozwala jeszcze w pełni odczuwać bólu. Ale nie ma czasu na użalanie się
nad sobą. Wiesz, że na tym nie koniec...
Boisz się. Panicznie! Rozpaczliwie próbujesz powstrzymać wstrząsające twoim
ciałem dreszcze. Chyba nie możesz mówić. Twój oddech przypomina chrapliwy jęk.
Nie wiesz, co robić! Jak się bronić? Cholera! Tracisz kontrolę! Co tu jest
grane? Czyją marionetką jesteś? Kim są faceci? A ta dziewczyna? O co jej chodzi?
Jakiś pieprzony samosąd? Matko jedyna, nic nie rozumiesz!
Ogarnia cię dzikie szaleństwo, chyba z rozpaczy. Jesteś zdecydowana walczyć do
ostatka, zanim stracisz życie i dowiesz się, z jakiego powodu. Za co? Dlaczego?
Jeśli masz wrogów, to o niczym nie wiedziałaś. Przynajmniej do tej chwili. A
może tylko przeszkadzasz komuś w realizacji wyższych celów? Wątpliwe
pocieszenie. Szok przekształca się w palącą żądzę mordu. Lęk wyzwala upiory.
Masz ochotę skopać im tyłki, poodgryzać nosy, pourywać jądra. Od fantazji
przechodzisz do czynów. Zatańczmy razem diabelskiego walca! Przecież nie dasz
się bez walki! I tak wiesz, że po śmierci pójdziesz do nieba, bo w piekle
właśnie jesteś. Jeśli nie podejmiesz żadnych kroków, murowane, że już po tobie.
A jak zabijesz, to piętnaście lat więzienia nie będzie przecież gorsze od
piętnastu lat użerania się z bandyckimi małolatami, które i tak tobą gardzą.
Usiłujesz wstać. Czy twoje ciało słucha? Członki nie bardzo poddają się rozkazom
mózgu. Ten jeszcze niby trzyma się kupy. Proces przesyłania danych jest jednak
mocno zaburzony. Mimo tego, łatwo się nie dasz. Wstajesz! Nie, no prawie
wstajesz. Podciągasz nogi. Zginają się w kolanach, rewelacja. Jeszcze tylko z
rękami trzeba zrobić porządek. Najpierw prawa, potem lewa. Spokojnie, są całe.
Unosisz się. Powolutku, trochę boli ta prawa, ale nic to. Odrobinę wysiłku przy
dźwiganiu kawałka tułowia. Czujesz jakbyś ważyła tonę.
Strach zamienia się w ciekawość, a nawet w pewien rodzaj podniecenia. Takiego
niewytłumaczalnego, które dopada człowieka, gdy staje oko w oko z nieznanym.
Chyba nikt się tobą nie interesuje. Co za ulga? Mężczyźni są już na piętrze, coś
krzyczą. Nie bardzo rozumiesz. Masz wrażenie, którego nie potrafisz teraz
przemyśleć i przeżuć, że oglądasz jakąś sztukę, może film. Po chwili pojawia się
jeszcze jedna postać. Kątem oka dostrzegasz dziewczynę: ubrana w piżamę zwiewnie
zbiega po schodach śmiejąc się głośno, szczebiocząc wdzięcznie...
-Dokopać jej! Niech kurwa ma za swoje!
Zaraz, to niby tobie? Tobie dokopać?! To ty niby jesteś tą... A więc to tak!
Odbijamy koleżankę. No, proszę, tak po rycersku i z fasonem. Niech to szlag! Z
chamstwem nie wygrasz finezją, więc siedzisz cicho.
Adrenalina rozrywa ci czaszkę. Jesteś wściekła jak wszyscy diabli, ale jednak
nie głupia. Słyszysz kroki, tuż za tobą. Twoja bezgraniczna odwaga w ułamku
sekundy znika szybciej niż się pojawiła. A może zdążysz uciec? Drzwi szeroko
otwarte, za nimi noc. Chyba jednak możesz wyprostować wszystkie członki. Nie.
Oni są za blisko. Policzkiem do schodów! Lepiej udawać nieprzytomną. Bezradność
wobec tych podstępnych bydlaków paraliżuje cię. Katatonia nie obejmuje tylko
serca, to nadal bezwstydnie bije. Nawet głośniej niż zwykle. Cicho! Te kanalie
usłyszą. W powietrzu czai się napięcie, a ciebie nagle ogarnia bezwstydna
martwota. Nie wiesz już, gdzie się kończysz, gdzie zaczynasz. Czy w głowie
dźwięczą twoje myśli, czy cudze? Wiesz, że... Nieprawda! Nic nie wiesz! Kopniak
w plecy każe ci zapomnieć, że wiesz cokolwiek. Następny. W żołądek. Czubek buta
ostry jak cholera... Walisz się plecami na te piekielne schody. Twardo. Czujesz
własną podskakującą głowę. Zupełnie jak piłka. Jest ci niedobrze. Musisz...
Musisz odpocząć. Choćby chwilkę. Robi się ciemno i cicho. W głowie coś świszczy.
Może to wiatr z ulicy?...
Leżę w pełnej zdumienia ciszy. Wokoło przeraźliwe milczenie, które nie chce
odpowiedzieć na żadne z kołaczących mi się po głowie pytań. Już po wszystkim?
Żyję? Na to chyba wygląda. Z trudem unoszę ołowiane powieki. A gdzie biała sala,
ludzie w zielonych kitlach? Obraz, początkowo zamazany, przybiera niespodziewane
kształty. Zaraz, zaraz. To chyba mój dom, mój pokój. Pomarańczowe ściany, okna
zasunięte roletami, roztańczone słoneczne refleksy. Kwiaty, granatowe meble....
Pies? No jasne, że pies! Radośnie merda ogonem. Jestem w domu! Coś dzwoni.
Głośno, niepokojąco. Zerkam na niedorzecznie terkoczące pudełko. Telefon.
Policja? Pogotowie? Chwileczkę... Tak! To przecież był tylko sen! Uff!
Koszmarny, męczący, straszliwy. Ale jednak sen! Rany boskie, przecież jestem
chora! Jak ten telefon uporczywie dzwoni? Unoszę rękę. Jest ciężka, jak z
ołowiu, ale nie boli!
Podnoszę słuchawkę:
Cześć, słonko! Jak się czujesz? Dochodzisz powoli do pionu?
Na razie jeszcze jestem w poziomie, ale dzięki za troskę. Co tam słychać?,
grzecznie pytam, choć nie interesuje mnie praca.
Wiesz, ta nasza robota to prawdziwy syf....
To już wiem. Nic nowego. Co tym razem?
Masz więcej, kotku, szczęścia niż rozumu. Nawet sobie nie wyobrażasz.... Ciesz
się i dziękuj wyższym instancjom! Ciesz się, żeś chora...
Zdurniałaś na stare lata?, nie kryję rozdrażnienia. Co ty bredzisz? Czym ci tak
zalazłam za skórę, że życzysz wszystkiego najgorszego?
Nie jest tak źle, jak myślisz, ale...
Ale, co?
Słuchaj! W sobotni wieczór twój dyżur wzięła... Niemal tracę oddech, gdy
przyjaciółka opowiada mój sen. Szczegółowo i wiernie zdaje relację z mojego
osobistego snu, wkrada się w moją intymność. Jakiś obłęd! Wszystko się zgadza.
Poza jednym. Nie ja jestem bohaterką wydarzeń. Bohaterka leży w szpitalu z
połamanymi żebrami, zwichniętym kręgiem szyjnym, opuchnięta i posiniaczona... Czy
mogę zatem mówić o szczęściu?
Wrocław, 2006

|
|