MIT O POCHODZENIU DRESIARZY



Onegdaj żyli sobie na Krecie Kreteńczycy. Nie byłoby w tym zupełnie niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że nie wiedzieli, osły, iż minojskiej twórcami są kultury. Niedouczeni byli, alboć przez z Knossos władcę niedoinformowani celowo.

Siedział między nimi Dedal niejaki, z synem swym Ikarem. Artystą wielkim był starzec, a i wynalazcą. Rzeźbił w drewnie i marmurze posągi wielkiego nader realizmu, a płacić zleceniodawcom kazał wiele, jako że Ikar sporo go kosztował. Nadto i utrzymanie posągów drogim wielce było. Rzeźby Dedala w świątyniach kapłani łańcuchami przykuwali, a to z obawy przed ucieczką wyciosanych geniusza ręką postaci. Byli wśród ówczesnych i tacy, co na sztuce za Satyra się nie znając, brewerie, na widok dzieł owych, wyprawiali krotochwilne. Taki Herakles, osiłek tępawy, a z manią własnej wielkości potężną, razu jednego nocą wracając z baletów, zoczył koło drogi jeden z posagów Dedala i pod wrażeniem realizmu postaci - kamieniami rzucać w statuę począł, cham i wandal w jednej potężnej postaci.

Prócz rzeźb wykuwania siła też Dedal dokonał wynalazków. Świder wynalazł, przez co od tamtych czasów domorosłym majsterkowiczom żyć łatwiej już było. Pionierem był też i w innych dziedzinach, jako że lalkę mechaniczną, co chodziła i pyskować umiała, wynalazł. Zdawać by się mogło, co żywot jego, kwieciem dochodów wielkich i sławy usiany, szczęśliwym jest całkiem. Niestety. Wolnym będąc, niewolnikiem jednak Dedal pozostawał. Ateńczykiem był, nie Kreteńczykiem. Minos, Krety władca, w złotej klatce go trzymał łaskami obsypując, na wyjazd nie zezwalawszy. A czynił tak, bo upodobał sobie geniusza i dzieła jego, nadto w portki (prezent od Persów) robił, bojąc się, że Dedal wrażym Achajom - po wyjeździe na kontynent - państwowych sekretów nazdradza. Geniusz bowiem samojeden twórcą był największej kreteńskiej tajemnicy, prawie tak wielkiej jak ta, jakim cudem rozumieli swe pismo. Sekret ów, źródło swe miał w rodzinnych kłopotach minojskich monarchów.

Razu bowiem pewnego Pazyfae, Minosowa żona, następcę urodziła minojskiego tronu Minotaura. Następca tronu ślicznym dzieckiem był, lecz jeno do czasu. Kiedy dorósł, do sekty pewnej, co ją (od wioski Dressos, gdzie się narodziła) Dressaroi zwano, przystał. Miast rządzenia krajem się uczyć, do swych pobratymców posuwał, co ranka. Tam spotykał wielu sobie podobnych i nic nie robić poczynali społem. Siadywali na murkach, drogi w mieście wytyczających, tanie wino żłopali i pluli daktylowymi pestkami na chodnik, którego przestraszeni mieszkańcy unikali ze strachem w sercach strwożonych. Kiedy brakło Dressarojom oboli na wino, to w lico strzelić jednego, czy drugiego, a i z kopa zaprawić w bebech nie zapomnieli przenigdy. By butów swych nie niszczyć, strugali z gałęzi oliwkowca maczugi, przy pomocy których po łbach walili niewinnych Kreteńczyków.

Wezwał natenczas Minos swego Minotaura do tronowej sali na posłuchanie w sprawach rodzinnych, a i wychowawczych. Przybieżał na rozkaz tronu następca, lecz na nogach się chwiał - myślał Minos, że ze strachu przed nim.

- Witaj, synu - ozwał się król w te słowa.
- Widaj, m... m... mi, ojdże, mój brzeeesławny w... wieldze... - wybełkotał Minotaur i mało z wysiłku tego nie wykopyrtnął się, tracąc równowagę. W chwili ostatniej podparł się maczugą i ustał jako tako.
- A co tobie, synu? Jak ty mówisz, nieszczęsny? Nic cię nie rozumiem - spytał Minos zadziwion wielce, tak wymową potomka, jak i zachowaniem.
- Bo... bo... Sam nie wiem, Minosie - wymamrotał tronu kreteńskiego następca.
- Podejdź tu i chuchnij - ryknął Minos, czując już w czym rzecz, bo mądrym był władcą i domyślnym wielce.

Chwiejnym krokiem pozygzakował młodzian ku ojcu, bury się wielce obawiając. Chuchnął paskudnie, aż Minosowi korona na głowie okręciła się skutkiem odoru, a twarz grymas obrzydzenia i złości okrasił.
- Nachlan żeś, szczeniaku! - zawrzasnął monarcha i w pysk wyciął potomka swego.
- Ałaaa! - zajęczał Minotaur za lico chwytając się, by ból ułagodzić.
- Gęby mi tej zapitej, ty tu nie drzyj. A co tam w łapsku trzymasz? Co to jest, na Zeusa? Gadaj mi tu zaraz!
- Narzędzie to moje.
- A na co ci ono, osiłku?
- Do bicia poręczne jest i wielce przydatne.
- To już gołą pięścią poddanemu nie umiesz przydzwonić? Tak zniewieściałeś, że narzędzia do dyskusji ci trzeba? - zniesmaczył się Minos, patrząc na syna z dezaprobatą wielką, no i też z frasunkiem - Jak zwie się to narzędzie?
- Maczuga to. Kij takowy, wystrugany zmyślnie. Biję nim opornych, bo mą pięścią nie chcę, by kostek mych książęcych nie ranić. Wolę czynić to kijem, bo z bólu... - tłumaczył pospiesznie Minotaur.
- Kijem? Kijem, bo rąk ci jest szkoda? - wściekł się Minos kompletnie - O, darmozjadzie ty! O, dupku zniewieściały! Wynoś mi się z pałacu! O koronie zapomnij królewskiej!

I wyniósł się Minotaur, łkając z żalu za utraconym tronem. Poszedł zaraz do kumpli, co go pocieszyli rychło, gdyż raźno kuć lica przechodniom (dla stresu zwalczenia i samorealizacji swego "ja") poczęli. Wszelako osłabieni winożłopstwem byli i sił im brakło, przez co wściekli się i sklep demolować jęli pobliski. Właściciel straż miejską zawołał i spadać w podskokach Minotaur z kumplami musieli. Kiedy już ubieżeli za Knossos mury, po krótkiej naradzie wymyślili, że odtąd ćwiczyć mocarność swą będą. Do gimnazjonów chodzić poczęli, gdzie ciężary dźwigali, mięśnie swe mocarne pakując. Jednak droga ta zbyt długą im się zdała, więc korzystać zaczęli z pomocy znachorów wędrownych z miasta Dilleros, co im mikstury (pakowania owego skutki przyspieszające) przedawali drogo...

Wezwał Minos po miesiącach kilku Minotaura znów, licząc, iż syn zmądrzał na banicji z pałacu i ku skrusze losem ciężkim przymuszon, pokorę i szacunek rodzicielowi należny wykaże, uczyć rządzenia się pocznie i na ludzi wyjdzie.

Zajechał tedy pod pałac Minotaur rydwanem odkrytym, zdobnym w herb Dressarojów - błękitno białą szachownicę. Z piskiem i skrzypem kół przyhamował na królewskim parkingu. Wystraszył straże głośną muzyką płynącą z pojazdu, jako że prócz królewskiego syna dwóch muzykantów w rydwanie siedziało i na bębnach czadu dawało okrutnie. Pieśni przeróżne grali, lecz postronnym zdawać by się mogło, co wciąż tenże sam jeden huk i łomot słyszą. Wszedł Minotaur ciężkim krokiem na królewskie komnaty, przez ilę gwardii przybocznej Minosa prowadzon.

- Na Posejdona! - Minos wyszeptał zadziwiony.
- O, Zeusowa matko! Na rany Aresa! - zawtórowała mu Pazyfae, królewska małżonka.

Oboje królestwo w szoku byli, bo też syn odmienił im się w zupełności. Na zadku i nogach portki nosił perskie, z trzema paskami na bokach nogawek. Na potężnej budowy klatę tiszerta z napisem Platon's Academy Of Athens nałożył i bluzę, co też paski na rękawach miała. Na nogach, inaczej niźli Kreteńczykowi przystało, sandały, wzute obuwie miał Minotaur z importu. Dziwaczne, gumą cuchnące buciory, co je na wyspie Adidassos szewce z pirackich bractw produkowali. Czapkę frygijską z daszkiem na łeb nasadził. Raniej mikrus i kurdupel, teraz pakerem się jawił. Kark bykowaty miał, bicepsy olbrzymie, a czaszkę ogoloną, modą z Dressos, na zero. Wzrok Minotaura był tępy, a suknie plugawe i strasznie wczorajszym winem cuchnące. Na ustach królewicza zaś uśmiech pogardy dla świata się błąkał, niczym Fenicjanin po pustym sklepie.

- No? - zapytał Minotaur Minosa - Czego tam? Bo, kurde, po mordach prać dzisiaj miałem koło agory, czasu ja dla was nie mam, więc się tu streszczajcie!
- Coś rzekł, syneczku miły? - oniemiała palnęła Pazyfae.
- A to, że kurna, robota mnie czeka, więc ozora tu matko nie strzęp po próżnicy, gadaj o co chodzi, bo zaraz wychodzę.
- A juści! Wychodzisz, to prawda! Straż! - ryknął Minos, widząc, co się dzieje.
Przybiegli wnet zbrojni, na twarz padli, poleceń czekając.

- A zamknąć mi tego osiłka czem prędzej w środku labiryntu, bo Dressaroja mieć za tronu następcę zamiaru ja nie mam! Niech me i ludu mego oczy nie widzą palanta!
- Gdzie, panie? Gdzie zamknąć? - skonsternowan, zapytał strażników dowódca.
- W labiryncie, ogłuchłeś setniku?! - ryknął na dowódcę straży monarcha.
- Toć, go jeszcze nie ma... - tłumaczył się zbrojny.
- No, racja, jeszcze go Dedal nie wybudował, bom mu jeszcze nie przykazał. Trudno. Każcie geniuszowi czym prędzej to uczynić, a potem, gdy skończy, Minotaura zamknijcie w budowli owej lochach.

I zbudował Dedal labirynt olbrzymi. Wielki, tajemniczy i skomplikowany (tak prawie, jak ulice na blokowiskach w tysięcy kilka lat później w środkowej Europie). Zawarto w nim Minotaura, a kumple osieroceni jego, Dressaroje, po dziś dzień błąkają się po labiryntach bloków, szukając miłego ich sercom potwora, a nie znajdując go, źli są i w stresie. Leczą tedy się z tego, lica mieszkańcom kując na blachę i tumulta na bębnach czyniąc okrutne.

 

wstecz