| |
U psychologa
czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne
W powietrzu unosił się wilgotny zapach odmarzających liści. Nabrzmiałe pąki na
drzewach aż trzeszczały, tak pilno im było wypuścić liście. Znad rzeki
chaotycznie podwiewał niespokojny wiatr. Jego podmuchy tchnęły długo oczekiwanym
ciepłem. Niebo co i rusz wykrzywiało gębę, by plunąć życiodajnym deszczem. Świat
budził się do życia.
Tymczasem w moim sercu nadal panowała sroga zima. Czułam się przysypana grubą
warstwą śniegu. Temperatura utrzymywała się znacznie poniżej zera, wiało chłodem
i, co najgorsze, wcale nie zanosiło się na ocieplenie. W rzadkich chwilach, gdy
nadchodziła odwilż, łudziłam się, że to chwilowy stan hibernacji. Wystarczy, by
ktoś wziął zamarznięte serce w dłonie, pochuchał, podmuchał i nastąpi cudowne
ozdrowienie. Niestety. Nikogo takiego nie było jak okiem sięgnąć. Odsunęłam się
od ludzi, przestałam przyjaźnić z dobrymi myślami. Moje życie uczuciowe skręciło
się jak kiszki po wypiciu zsiadłego mleka. Coraz mniej wiedziałam, co tak
naprawdę dzieje się w głowie. Czułam instynktownie, że ciągłe myślenie o tym
może mnie zaprowadzić tam, gdzie lepiej nie zaglądać.
Nigdy nie lubiłam miejskiego zgiełku. Czułam się zawsze ściśnięta przez mury
domów, wtłoczona w sztucznie stworzoną, ciasną przestrzeń. Brakowało mi tego
poczucia związku z otaczającą rzeczywistością. Zdecydowanie nie był to mój
świat, o wiele bardziej ceniłam sobie naturę, spokój i ciszę. Zgiełk uliczny
tracił wtedy na sile. Przytłumione dźwięki z trudem przeciskały do mózgu. Jak w
niemym filmie, do którego przygrywający pianista zapomniał nut. Sztuczne kolory
blakły, traciły swą rozmaitość i intensywność. Chętnie marzyłam, gdy świat wokół
stał się ponury i niezrównoważony. Chodziłam swoimi ścieżkami, jak meteor. Byle
tylko nikomu nie wejść w drogę.... Jakbym chciała zostać niezauważona....
Wkurzało mnie dosłownie wszystko. Wkurzał chory, wszechobecny konformizm.
Ubieranie zgodne z obowiązującą modą, zażeranie się obrzydliwymi fast food’ami,
hip hopowy jazgot, moherowy różaniec polityczny, moda na keep smailing. I ludzie
pędzący i wracający z pracy, zakupów, każdy sobie, bo nie ma wspólnych spraw.
Jakbym brała udział w filmie grozy. Tylko czekać na rytuał satanistyczny,
nieważne, kto będzie ofiarą, pewnie ktoś nierozważny. Tak sobie naiwnie
myślałam, czy nie da się od nowa urządzić świata. Bez obłudy, hipokryzji, kiczu,
śmieci, klocków wznoszonych z mamony. Bez równania w dół, które odbiera ambicję,
skazuje na bierność, mechaniczne podporządkowanie nakazom, rozkazom,
oczekiwaniom. Świata, gdzie wali się w łeb wyścig szczurów, gdzie twardy dyktat
wobec słabszych nie odbiera nikomu chęci życia. Miałam serdecznie dość
politycznych manipulacji, czarnych i białych plam w historii, babrania w chorych
strukturach władzy, polowania na agentów, „zmuszania” do bycia patriotą, dość
liberałów, populistów, prawicy, lewicy. Dość uśmiechających się gąb tylko na
plakatach wyborczych, poza tym pokazujących nam – burakom - język.
Wkurzała mnie na potęgę telewizja, jedyna, poza burym kotem, towarzyszka
samotnych wieczorów. Hołdując zasadzie „dobre wiadomości to żadne wiadomości”
miałam swoją dawkę „Adamsów” w najlepszej wersji, do tego W-11, kronikę
wypadków, filmy katastroficzne. Przygniatał mnie jakiś nierozumny sadyzm. Nawet
prezenterzy pogodowi mizdrzyli się do kamery w rapowych gestach doprowadzając
mnie tym samym do coraz większej rozpaczy. Apogeum następowało jednak podczas
oglądania filmów. Nie dość, że prawdziwków w gąszczu propozycji medialnych
bywało jak na lekarstwo, do tego kolosalną część globalnej emisji zajmowały
reklamy. Stale przerywają filmy, jakby większa dawka inteligentnego humoru, doza
przeżywanych uczuć była poza naszym zasięgiem i należałaby się gimnastyka umysłu
w postaci ogłupiania. Filmy, jak meble, rozpadają się na segmenty, z których
każdy, wzorem tragedii antycznej osiąga punkt kulminacyjny. Tyle, że w
oglądanych przez nas produkcjach takich szczytowych momentów jest znacznie
więcej niż zamierzał reżyser. Nie przewidział czasu na napoje, lekarstwa, pasty
do zębów, sprzęt AGD, kremy, proszki do prania, piwo, czekoladki zmysłowe,
żarcie dla zwierząt domowych....Więc teraz spoty pokazują myślącym homo język,
plują, łaskoczą w podeszwy, zatapiają kły w tętnicach. Niedobrze mi się robi na
widok wymoczków rżnących żyletą nieskazitelne brody, panienek hopsasających z
wkładką, na pewno niedoustną, przy wtórze debilnego uśmiechu. A wszystkiemu
zaprzecza zdrowy rozsądek i minimum inteligencji.
No i któregoś dnia pękłam! Nie wytrzymał tego Sens, trwający dotąd przy mnie
wiernie. Towarzyszył w najtrudniejszych momentach. Ale pewnego dnia odszedł bez
pożegnania. Szukałam go wszędzie. Zaglądałam do każdego zapyziałego kąta
własnego ego. Nadaremnie. Zniknął bez śladu. Wtedy pojawił się Lęk. Początkowo
dreptał za mną nieśmiało i niepewnie. Z czasem zaczęło mi towarzyszyć uczucie
jego stałej, nieproszonej obecności. Przylgnął jak pijawka i nie było sposobu,
by się odessał. Stopniowo też poznawałam jego rodzeństwo. Niepewność. Smutek.
Przygnębienie. Należało poruszyć góry, by się od nich uwolnić. Szkopuł w tym, że
nie bardzo mi to wychodziło. Wiłam się jak piskorz, ukrywałam, zacierałam ślady.
Zawsze jednak to nieciekawe towarzystwo odnajdywało mój trop. Stało się jasne,
że w pojedynkę jestem bezsilna w obliczu takiej ferajny. Potrzebowałam pomocy,
tu i teraz. Bezapelacyjnie. Chciałam wyzwolić się od doktrynacji,
światopoglądów, schematów na rzecz...... No właśnie, na rzecz czego? Przecież
bez kultu, bez ideologii życie jakieś jałowe, niedoprawione się staje. Ni to
smakuje, ni to jakiś sens tam ma. Zdałam sobie jasno sprawę, że płynę pod prąd.
No to trzeba konstruktywnie, pomyślałam. Nosiłam się z ascezą, więc do kościoła
nie pójdę. To do psychologa! Żeby nauczyć się od mądrej głowy, jak bezboleśnie
poruszać się po codzienności, bez ponaglenia, bez groźby. Zebrać w sobie garść
zapału do „sobiebycia” i traktować sprawy z przymrużeniem oka. Umiarkowanie
dawać się nabijać w butelkę.
Odważnie zabrałam się do rzeczy. Nieprzypadkowo wybrałam specjalistę, a raczej
specjalistkę. Starannie i metodycznie zrobiłam rozpoznanie terenu. Wybór padł na
panią psycholog, która, jak głosiła fama, legitymowała się dużym doświadczeniem
i profesjonalizmem. Potęga specjalisty jest tak wielka, że nikt nie wątpił w jej
wyroki i jeszcze mniej w cudotwórczą moc. Naprawdę, cieszyła się niekłamanym
autorytetem. Trochę drogim, to fakt, lecz w tym wypadku moje bezcenne zdrowie
psychiczne zasługiwało na godziwe potraktowanie. Nie przez jakiegoś tam
konowała, ale terapeutę z prawdziwego zdarzenia.
Więc, pewnego późnego popołudnia z ustami pełnymi mrozu, z gardłem ściśniętym
powrozem, zapukałam do gabinetu. Dumna z faktu, iż kobieta ze mnie postępowa,
wyzbyta irracjonalnych zahamowań, usiadłam we wskazanym fotelu. Cieszyłam się w
duchu, że to nie leżanka. Spoglądając ufnie w życzliwą twarz autorytetu,
zachęcona uprzejmymi słowy, rozpoczęłam monolog. Zrazu niepewnie, asekurancko. Z
minuty na minutę coraz odważniej, odważniej, aż poraziła mnie własna śmiałość.
Mówiłam otwarcie o rzeczach skrywanych nawet przed sobą. Czułam, że są dziwne,
może trochę nienormalne, lecz musiałam wypowiedzieć je głośno, podzielić się
nimi, by zrozumieć ich sens. I pewnie dalej bym tak tokowała, pomstując na cały
świat i siebie samą, gdyby mojej uwagi nie przyciągnęło lekkie zniecierpliwienie
pani psycholog. Dostrzegłam, że delikatnie, prawie niezauważalnie, zerka na
zegarek. Także jej postawa przeszła pewną metamorfozę, nie emanowała już
spokojem i łagodnością, jej członki były teraz jakby zesztywniałe i napięte.
Zrozumiałam, że mój czas dobiega końca. Urwałam. Zastygłam w niemym, z lekka
niecierpliwym oczekiwaniu. Nie, nie spodziewałam się recepty, podania panaceum
na wszelkie bolączki. Nic z tych rzeczy. Raczej oczekiwałam wskazówki, dobrej
rady lub, choćby maleńkiej, podbudowy mojego zrujnowanego mocno „ja”.
- Cóż, droga pani. Słuchając tego wszystkiego myślę, że zabrakło pani siły i
dystansu.
(Taaak...)
- Przede wszystkim nie wolno się zamykać w sobie. Należy wyjść do ludzi,
odnaleźć pasje, zainteresowania. Wtedy stanie się pani atrakcyjna...
(A teraz co? Zupełnie nie jestem?)
- Trzeba wziąć się w garść!
(No, masz!)
- Nie wolno poddawać się apatii i zobojętnieniu. Trzeba wykrzesać z siebie
więcej optymizmu!
(Jak pani na to wpadła!)
- Dobrze by pani zrobił wyjazd, najlepiej w jakieś ciepłe strony...
(Jezu, ja chyba śnię!)
- Jeśli poczuje pani potrzebę, zapraszam do siebie ponownie. Chętnie
wysłucham. Zawsze, w końcu, człowiek może się wygadać.
(Błeee, chyba wolę sąsiadowi...)
- Lżej się wtedy robi na duszy, prawda?
(Chyba nie zawsze...)
- No tak, nasz czas, niestety minął. Kolejny pacjent czeka. Ufam, że porada
pomoże pani odnaleźć się w trudnych chwilach.
(Przepraszam? Chyba nie dosłyszałam... Jaka porada?)
- I proszę pamiętać, trzeba myśleć pozytywnie! Pozytywnie, droga pani!
(I gadać głodne kawałki do lustra, co? A niech mnie szlag trafi na miejscu!
Co ja tu robię? Co mnie podkusiło?)
Głos pani psycholog zawisł w powietrzu, jak obłok papierosowego dymu w dusznym,
ciasnym pomieszczeniu. Zawisł i niespokojnie dyndał mi nad głową gotów runąć
znienacka.
(I co teraz? Koniec? Powinnam chyba podziękować i wyjść?)
Siedzimy tak nieskończenie długą chwilę. Ona z niewymuszonym, życzliwym
wyrazem twarzy, ja - chyba - tępym.
(Czemu pani tak świdruje mnie oczami?)
No dobrze, jak koniec to koniec. Powoli uniosłam się z fotela. Ubrałam
płaszcz i starannie zapięłam guziki.
- Dziękuję za wszystko – wydukałam – do widzenia!
- Ale... najmocniej przepraszam , o czymś pani chyba zapomniała...
- Ja? – wybałuszyłam oczy.
(O czym niby zapomniałam, co? Nie bardzo rozumiem? Myśl! No myśl, kobieto!
O, jasny gwint! Pieniądze! Trzeba zapłacić pieniądze!)
Z rezygnacją sięgnęłam do torebki i w tej samej chwili diabli poczęli
tańcować z moją duszą. Walcząc z silną pokusą trzaśnięcia pięścią w
profesjonalnie uśmiechniętą twarz pani psycholog lub, choćby, nieśmiałego
pokazania figi, wręczyłam stuzłotowy banknot. Chłodno i wyniośle. Pospolity
człowiek odskoczyłby w tył, jak porażony pięścią. Ale pani przecież nie była
pospolita. Zwyciężył dobrze zakorzeniony we mnie konformizm. A niech to cholera!
Pożegnałam „autorytet”, może nawet uśmiechnęłam się głupawo i wyszłam. Wlokąc
się noga za nogą próbowałam przeanalizować to, czego doświadczyłam. Jedno mogłam
oddać tej kobiecie: zdołała mnie wkurzyć i to dogłębnie. Więc, jeśli wcześniej
byłam bezwolna i poddana, to teraz targały mną uczucia tak silne, że chciałam
eksplodować. Faktycznie autorytet! Prawdziwy i miarodajny. Godzina terapii, a
jaki efekt! Zaraz, jak ona powiedziała? Wyjechać? Tak, wyjechać. Do tego w
ciepłe strony. Czyli, gdzie na przykład? Lazurowe? Majorka? A może Tahiti?
Mogłam jeszcze zapytać, czy zna jakiegoś miłego i hojnego sponsora. Czemu mi to
nie przyszło do głowy? Idiotka ze mnie!
Nie wiedzieć czemu, przypomniały mi się w tym momencie słowa solistki pewnego
zespołu popowego świecącego tryumfy w czasach, gdy marzyliśmy(?) jedynie o nowej
RP. Odpowiadając na pytanie reportera o swojego, równie sławnego wówczas męża,
rzekła: - „Mój mąż... Mój mąż leczy stargane nerwy na Karaibach.” W tej samej
chwili doznałam olśnienia. Spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, poraziło
wszystkie członki. Wcześniej skulona, zamknięta jakby w sobie, wyprostowałam
się. Wypięłam pierś. A nawet dwie! Uniosłam dumnie głowę. Ufnie spojrzałam w
przyszłość. Już wiedziałam, co robić. Już wiedziałam! Postanowiłam! Na Karaiby!
Tam pojadę! Jeszcze tylko zostanę piosenkarką.
Wrocław, 2007

|
|