| |
Śniadanie na trawie
Trudno powiedzieć co go obudziło, czy chłód poranka, czy coś, co w wyższych
sferach nazywają migreną. Chyba ani jedno, ani drugie. Raczej rozgrzały go i
pobudziły do życia ostre promienie słońca. Nieważne.
Uniósł głowę. Rozejrzał się wokół i wzdrygnął z obrzydzeniem. Nieopodal ujrzał
stonkę, która, pomlaskując z lubością, skubała liść ziemniaczanego krzaczka.
- Żryj, żryj, cholero. Kiedy indziej zeżrą ciebie – ironizował w duchu –
Pasożyt! Za sławną się ma, bo się pół wieku temu o politykę otarła ! Mądrala ze
zrzutów! Tfu!
Przeciągnął się, z chrzęstem prostując wszystkie kończyny. Czas na mnie –
pomyślał i stanął na równe nogi. - Tylko, którędy do tej cholernej łąki? -
spytał sam siebie, stojąc na granicy kartoflanego pola i gęstego lasu – Aha,
trzeba mi drałować w kierunku słońca, tyle jeszcze pamiętam. Żebym tylko sobie
przypomniał, skąd się tu wziąłem. Tutaj, w tych pyrach, wśród tych stonek. Idę.
Wszedł pomiędzy drzewa. Skotłowane wrzosy, mech i zeschłe trawska spowalniały
jego marsz. Bez pośpiechu, powoli, noga za nogą, wlókł się leniwie. Potrafił
poruszać się błyskawicznie, ale teraz mu się nie chciało. Trochę się potykał.
Zawsze miał z tym problem, pewnie dlatego, że idąc, zwykł rozglądać się na boki.
Nie, nie obawiał się niczego. I nikogo nie bał. Nie wykręcał głowy, by w porę
ustrzec się niebezpieczeństwa. Rozglądał się z powodu pięty. Tej achillesowej.
Było ich kilka, z pięć czy sześć. W tym wypadku dawała znać o sobie pięta braku
koncentracji. Owo skupianie się na czymś, od zawsze było jego słabą stroną, ale
nigdy nie przejmował się tym zbytnio. I teraz też tak było. Myśli gonitwa, a nóg
ślamazarne dreptanie. Ani też śladu refleksji. - Nic do pałki! – tak
sobie powtarzał – Pełny luzik!
Dreptał przez gęstwinę, bajdurząc sobie w duchu, aż drogę zagrodziło mu wielkie
drzewo. Spróchniały pień, leżący tu od dziesiątków lat chyba, gdyż ledwo
widoczny spod płaszcza mchu. - A niech to cholera – stęknął jękliwie w duchu i
stwierdziwszy, że kłodzisko zbyt jest długie, by chciało mu się je obchodzić,
począł się na nie gramolić.
Przeprawa zajęła mu sporo czasu. Zużyła też wiele z jego nadwątlonych (nocą
spędzoną na kartoflisku) sił. W końcu jednak znalazł się po drugiej stronie.
Chcąc odsapnąć – przystanął. Rozejrzał się, potarł nogę o nogę i ruszył dalej.
Po kilku krokach znów się potknął. Tym razem nie utrzymał równowagi i grzmotnął
całym ciężarem o ziemię. Mech nie zmniejszył w niczym jego wściekłości, choć
zamortyzował siłę uderzenia, łagodząc bolesność upadku.
- A niech to cholera weźmie – zaklął w duchu i skrzywił się na widok
owada, którego, leżąc plackiem, ujrzał tuż przed oczyma. Mała, żółtawo-brązowawa
mrówka taszczyła nabitą na czułki gąsienniczkę. - Tachaj, tachaj, ciemna maso
– ironicznie skomentował w myślach jej wysiłek – Gówno z tego będziesz
miała!
Poleżał chwilę, odpoczął i znów ruszył przed siebie. Pędy jeżyn pętały mu nogi.
Brnął jednak mozolnie naprzód. O kolce nie dbał, widział już między drzewami
prześwit, skraj lasu był tuż, tuż! Łąka o kilka kroków dalej. Teraz łatwiej mu
było iść. Płasko. Mech niski, żadnych jeżyn ani trawska. Przyśpieszył. Z taką
prędkością jak teraz - przeszedłby w godzinę jakieś 400 metrów. Jak na
dzisiejsze, leniwe tempo - prawie pędził. Już łąka! Trawa była wysoka. Zwolnił.
W oddali zobaczył stado krów.
- O, cholera! Jeszcze mi tylko tych łaciatych bydlaków brakowało! Na szczęście
są daleko – pocieszył się. Tchórzem nie był, lecz krów bał się zawsze.
Przerażały go. To ich bezmyślne mamlanie trawy. - Stoi takie, co jakiś czas krok
zrobi i żre – szydził – Nawet nie patrzy, co to! No, niech sobie żrą, byle z
dala ode mnie.
Chcąc zignorować pasące się w oddali zagrożenie, skupił się na tym, co blisko.
Tuż obok, z lewej strony, niewielki konik polny cykał sobie beztrosko. - Cykaj,
cykaj! Tylko uważaj, bo przyleci jakiś skrzydlaty cwaniak z piórami i będzie
miał z ciebie przekąskę! – zatroszczył się o owadziego grajka. Zrobił jeszcze
parę kroków i przystanął. Zauważył martwą, lecz świeżą osę. Nooo! – ucieszył się
– Dobra nasza!
Podbiegł do niej, dygocąc z podniecenia. Gdyby nie był sobą, pewnie by się
spocił. Zatrzymał się. Jedną parę czułków odgiął w tył, drugą wbił w odwłok
zdechłego owada. Drżąc z łakomstwa wstrzyknął enzymy. - Ha! Teraz poczekamy
troszeczkę – piekielnie rajcowało go to, że trawi poza własnym układem
pokarmowym. - Przynajmniej mi się nie odbija przy jedzeniu! – cieszył się
jak dziecko.
Wyszarpnął czułki z osy i zastygł w oczekiwaniu. Słońce było wysoko. Gdyby nie
był, tak bez reszty, zafrapowany rychłym śniadaniem, zauważyłby pewnie, że
puszcza "zajączki" swym matriksowym, chitynowym pancerzykiem. Nagle trawy
poruszyły się. Nie zauważył tego. Dopiero kiedy olbrzymi, szorstki ozór mignął
mu przed fasetkami – struchlał.
Uciekaaać!
Krowaaa!!!
Uciekać!
Odskoczył. Miał gdzieś tę osę.
Uciekać!
Miał gdzieś śniadanie.
Uciekać!
Pędził w stronę lasu, ile tylko sił w sześciu nogach, kładąc czułki po sobie.
Uciekać!
Miał gdzieś, że należy do znanej rodziny carabidae.
Uciekać!
Miał gdzieś, że mówią na niego carabus coriaceus.
Wiał!
Gdyby był większy, kurzyłoby się za nim.
Konsultacja naukowa – szwagier autora
(nie wiedzieć czemu, prosił o niepodawanie nazwiska).

|
|