Mit o kołnierzu ortopedycznym i jam session




Dawno temu, lecz nie wiedzieć dokładnie kiedy, król pewien w Tracji raczył żyć sobie. Orfeuszem go zwalio. Młody był, jako ten pierwszy wiosenny szczypiorek, a nadobnością Afrodyty bliźniaka męskiego przypominał wszem. Kromie tego - uzdolnion był muzycznie nad podziw. Dnie całe pędził struny instrumentu targając swego.

Koncertowa ta działalność naruszała mocno porządek publiczny w królestwie. Prócz bowiem, królewskich dźwięków, nic słychać nie było. Cisza złowroga panowała, bo też i wszystko, co żywe (a jednako - martwe) milkło i jeno Orfeusza posłyszeć się dało.

Miast rządzeniem, zajmował się król na lirze graniem i do akompaniamentu własnego - śpiewaniem. Wiele zamieszania czyniło to i perturbacji okrutnych, ku smutkowi Traków, poddanych jego. Dnia nie było, by modłów do Zeusa nie wznosili, błagając o opamiętanie dla władcy swego. Bo, gdy grał i śpiewał, to drzewa ku niemu gałęzie nachylały, a że niewielkiego był wzrostu (jak to Trak i bard), nisko nader opuszczały swe konary. Ku ziemi samej prawie. Opadały przez to owoce w trawę przedwcześnie i gniły leżąc tam, miast pożywieniem i źródłem dochodu być dla sadowników.

Kiedy koncert swój król tracki zaczynał - rzeki w biegu stawały, przez co irygacyjny system, ni funta runa wartym się stawał. Wodopoje wysychały, plony zmarniałe na paszę dla bydła szły ciurkiem, a i to tę suchą jeno. Płakali przeto rolnicy rzewnie tak, jak sadownicy i dym z ciałopalnych (dla Zeusa) ofiar walił we wsi każdej ku niebu, jak diabli.

Utrapienie z królem mieli też myśliwi, bowiem gdy w struny swej liry uderzał, to zwierzęta dzikie, z królestwa całego przybiegały chyżo, a u stóp monarchy się kładły, recitalu słuchając. Starodawne trackie prawo polować zabraniało w bliskości bezpośredniej monarchy, Cięciwy więc myśliwym w łukach parciały bezczynnie, a groty łowieckich ich włóczni rdzewiały, łzami łowców zraszane. Nie mieli nawet, nieszczęśni, z czego ofiar błagalnych składać Zeusowi. Próbowali z jagód i grzybów, lecz Zeus spienion wielce i od skner zwyzywał, jak burków, ich strasznie. Nawet słuchać nie chciał, o co proszą jego.

W niedolą tej, w bezczynności niechcianej, sposobem innym pożywienie dla rodzin dobywać musieli. Przez muzyczne obsesje królewskie - dżem ze zbieranych po lasach borówek pichcić im przyszło, po dołach kopanych włóczniami na polan leśnych skrajach. W jamach owych zbierali się i prócz jadła, spiski przeciw Orfeuszowi gotowali na swych sesjach tajemnych. Jątrząc tak, sposoby detronizacji Orfeja obmyślali w takt muzyki jego i pieśni. Od czasów tych zna ludzkość jam session.

Ulitowała się nad biedakami łowów bogini, Artemidą zwana. Sprowadziła na ścieżkę Orfeusza nimfę drzewną, Eurydyką zwaną. Kiedy tylko władca tracki ją zoczył nad ruczaju brzegiem, zapałał ku niej uczuciem wszechmocnym, przez co recitali zaprzestał. Nimfa innym czymś zupełnie zająć się królowi kazała. Nie rządził Orfeusz nadal, lecz niechając koncertów, żyć krajowi swemu (naturalnym, boskim rytmem) nie przeszkadzał więcej. Głód zatem przeminął i zazieleniły się pola i sady na powrót. Po lasach wrzawę jeno słyszeć się zdało i odgłosy mordu na zwierzętach dzikich, które zapomniały jak strzała smakuje i włócznia.

Niestety, radość w Tracji długo nie potrwała. Apollo wściekł się bowiem okrutnie, boć on sam na Eurydykę chrapkę posiadał był raniej. Obawiając się gniewu jednak Artemidy (co od niego chody większe miała na Olimpie) zemścić się obmyślił rękoma syna swego, Aristajosa. Erosowi strzałą go trafić przy kazał, gdy Eurydyka lasem biegła, Aristaja mimo. Ten, porażon grotem miłosnym, a i chucią pędzon wielką - ścigać jął przecudną małżonkę Orfeja. Ona, chcąc zwabić Apollinowego syna w gąszcze, gdzie oddać mu się (w tajemnicy) zamierzała, nastąpiła - bieżąc - na łeb żmii wielkiej. Jadem gada zatruta, martwą padła na ziemię a porwaną do hadesu została czym prędzej.

Zapłakał Orfeusz na wieść o nieszczęściu. Włóczyć jął się po lasach i polach i nic jeno: "Eurydyko! Eurydyko!" śpiewnym głosem swym kwilić. Nie on jeden żałosnej stał się, naówczas, kondycji, bo i lud cały jego, albowiem - jako to Engelsos mawiał - całe powróciło, wraz, stare paskudztwo. Znów na polach i w sadach posucha złowrogo się panoszyć jęła. Jednakowoż Artemis dłoń swą boską na pulsie spraw trzymać raczyłą i kiedy tylko drzewa gałęzie swe ku monarsze naginać poczęły, a rzeki wody wstrzymywać, zastąpiła drogę Orfeuszowi i w te ozwała się słowa:

- Słuchaj no ty, królu tracki! Grajku od boleści siedmiu i pieśni. Lud swój w nędzę znów wpędzasz! Weź ty się opamiętaj, cholera!
- A jakoż mi się, o, boska Artemido, opamiętać, kiedym małżonki mej, cudnej pozbawion?
- Nie marudź, jeno lutnię w łapy pochwyć i do Hadesa zasuwaj czem prędzej. Umówiłam już ja wam spotkanie - wysłuchać cię boski władca Tartaru obiecał.
- O, dzięki ci, dzięki! Hymn ci zagram pochwalny!
- Słuchać go nie będę, bo sprawy mam ważniejsze wiele. Meleager mnie ściga, o Atalantę wpieklon. W knieje spadam, ty leć do Hadesa - rzekła bogini i zniknęła w zaroślach, jeno cuch piżma po niej pozostał, albowiem piżmaka na ramieniu złowionego targała.
Rzucił się Orfeusz wejście do podziemia odnaleźć, a szukał go małowiele, albowiem Trakowie strapieni w mig mu dopomogli.

Zanurzył się w Tartaru otchłanie, z duszą na ramieniu, pieśnią na ustach strwożonych, no i lirą w ręce. Na drodze swej rzekę napotkał rychło, o ponurej, ciemnej i mętnej wielce wodzie. Na brzegu jej łódź stała barwy czarnej, a w niej ponurego wyglądu przewoźnik. Orfeusz stopy swe na dnie łodzi postawił, a tamten w milczeniu mu cennik pokazał.
- O, nieszczęsny ja! Nie mam całego obola, jeno pół w portfelu mi zostało! - zajęczał Orfeusz.
- Wynoś się więc zatem i głowy mi nie zawracaj, ośla łąko jedna! Precz z łodzi mej, bo żerdzią przez łeb przydzwonię ci ja bez wahania! - rozdarł się Charon, on to był bowiem.
Uskoczył tedy na brzeg Orfeusz i zapłakał gorzko. Uderzył w liry struny i zaśpiewał pieśń o wodnym smoku (tak mu się bowiem ze Styksem skojarzyło dziwnie), a pieśń ta po tracku "Smokkos onthe Wateros" się zwała, od czasów niepamiętnych. Grając i nucąc odejść się król szykował, kiedy niechlujny i brudny przewoźnik ze łzami w oczach przywołał go k sobie.
- Daj pyska Orfeju, pięknie śpiewasz te szanty, skubańcu. Skacz do łodzi mej, a żywo. Ja za pół obola durne przewiozę cię na brzeg drugi Styksu.

Wdzięczny król wskoczył do łodzi czym prędzej, a Charon odepchnął się żerdzią i ku drugiemu popłynęli brzegowi. Po hadesie całym poniosły się słowa pieśni nowej, którą na tę okazję król-artysta skomponował i pieli ją społem z Charonem:


Kołysał nas od Lete wiatr,
Brzeg gdzieś za rufą szarzał.
Orfeusz - król, jak papier zbladł
Sztorm idzie, panie Charon!


A Charon tylko zapiął płaszcz
I zaklął: - Ech, na Zeusa!
Nie daje łajbie żadnych szans
Dziesięć u Boforteusa!

Zza tłumu hadesowych cór,
Nieszczęście spadło nagle:
Sto - pikowało - harpii, z góry w dół
I pożerało żagle!

Walnął guana na łódź deszcz,
(harpii paskudnych, maszkaronów).
Diabelnie ciężki to był rejs
Szczególnie dla Charona

Lecz starzec tylko zapiął płaszcz


I zaklął: Ech, na Aresa!
Nielekką, czasem, dola ma,
Cóż, że mam pełną kiesę?!

 


I dopłynęli w końcu i Charon, pyskiem brudnym, Orfeusza ucałował i rzekł:
- Orfeuszku miły! Ni ćwierci obola ja nie chcę od ciebie, tylko w powrotnej drodze zaśpiewaj mi jeszcze!
- Spoko - rzucił w odpowiedzi Orfeusz i popędził dalej.

I napotkał na drodze swej Cerbera o trzech głowach. Potwór pysk przestraszliwy rozdarł paskudnie i sto wyszczerzył zębów pożółkłych, lecz król siłę swej twórczości już znając, znów w liry struny trącił i pieśń piękną pasterzy trackich zaśpiewał, co "Mały biały bies" tytuł nosiła. Zaskomlało, natenczas, monstrum ze wzruszenia i ręce polizało śpiewaka, a ogonem zamerdało przymilnie - przed oblicze Hadesa wpuszczając.

Tam błaganie swe Orfeusz o zwrot małżonki (za pokwitowaniem) przedstawił, lecz Hades odrzekł w te słowa brutalne:
- Nic z tego, Orfeju! Przepisy me, w tej kwestii, nieubłaganymi są przeokrutnie.
Pomyślał chwilę sprytny król i stojącym za tronem boga Eryniom pieśń zagrał "Erynii dziesięć z Albatrosa", czym łzy wzruszenia, im wywołał na lica ponure. Rzuciły się zatem ku Persefonie, błagać o pomoc artyście. Hadesa małżonka zrazu słyszeć nie chciała o niczym, lecz i jej serce zmiękło, a i nogi podobnież, gdy sprytny Orfeusz nucić począł:

...U Hefajsta w kuźni
znów cię widział ktoś...


Na pieśni słowa te, by małżonka swego boskiej czujności nie budzić, błagać i Persefona poczęła, by królowi dopomógł. Na kolanach drżących prośby zanosiła, w nerwach całą będąc, że Orfeusz zwrotki dalsze zaśpiewa, ku nieszczęściu jej, bo tajemnicy z Hefajstosem pożycia odkryciu.

I tak, tłumem całym, część damska tartarowego zarządu na Hadesa naskoczyła, lecz on twardo okólników się trzymał, póki nie zaśpiewał Orfeusz ulubionego przeboju jego "W mogile ciemnej", mianowicie. Roztkliwon wonczas Hades, piszczelem przez Cerbera ogryzionym, w czaszkę Tantalowego syna (co z niej kantar uczynion miał) do taktu stukał - nucąc melodię pod nosem. A gdy skończyła się pieśń, rzekł roztkliwon wielce:

- Bierz sobie Eurydykę, Orfeuszu. I tak z niej pożytek mi żaden, bo nimfą będąc drzewną, w łożu mym jako ten klocek leży. Jeno iść ma za tobą aż do pałacu waszego i nie wolno ci, nim progu nie osiągniesz domostwa, spojrzeć na nią ni razu.

Krokiem radosnym Orfeusz szedł, przez Hermesa prowadzon, a za królem Eurydyka kroczyła. I znów Cerber monarchę w ręce w podzięce za pieśń polizał, a Charon ponownie za darmo przeprawił. Po wyjściu na powierzchnię ziemi, posłaniec boski opaskę grubą królowi, ze skóry sarniej, drutem z brązu wzmocnioną, na szyję nałożył.
- A cóż to? - Orfeusz się zdziwił.
- A to jest, kolego, mój i Artemidy wynalazek. Kołnierzem ortopedycznym przezwany, od lasu Orthopedosem zwanego, gdzie to Artemis sarnę upolować raczyła, by przyrząd ten sporządzić z jej skóry.
- A po co mi to?
- A po to, byś na małżonkę swą się nie oglądał, a przez to lud twój nie cierpiał ponownie!
- Ahaaa! - król uradował się Tracji.

I tak, wynalazkowi dzięki boskiemu, dotarli małżonkowie do pałacu swego i długo i szczęśliwie żyli. Eurydyka płochą być przestała, a i urodziła dzieci dwadzieścioro (ślubnych).

 

wstecz