Mit o podkowie, preclu z truflami, Lejkoniku i Tatarze z jajkiem


Było w czasach, kiedy stary przyjaciel króla Aten Tezeusza, książę tesalski Pejritos zwariował i ożenić się postanowił z Hipotamią, której imię wywodziło się od zwierzęcia, do którego nader była z figury podobna. Tezeusz, kiedy tylko dowiedział się o nieszczęściu druha swego, przybył niezwłocznie do stolicy kraju Lapitów, gdzie smutna ta ceremonia miała się odbyć. Niestety, nie udało się wybić Pejristosowi straszliwego zamierzenia z głowy, więc Tezeusz postanowił towarzyszyć mu przynajmniej na początku drogi nowej życia, tym bardziej, że wpadła mu w oko druhna jedna - Fredea. Zwrócił uwagę na nią, jako że trudno było jej nie zauważyć z uwagi na piękność lic i figury powaby. Wielkim uczuciem do niej Tezeusz zapałał i głowę swą królewską zatracił dla niej zupełnie, jako wielbiciel piękna, ale też i zawołany sportowiec.

Po ślubnej ceremonii, goście, w tym Tezeusz i nadobna Fredea udali się na ucztę weselną. Niestety. Jak zwykle przy takich okazjach okazało się, że zaproszono nie tych co potrzeba, by uczcić początek. No bo jeden Hellen zaprasza znajomych z zagranicy licząc na bogate prezenty, a goście owi gołodupcami się okazują, kiedy co do czego przychodzi, inny zaś - wielbiciel poważnych rytmów na cytrze, męczy się całą ucztę, gdyż zaproszeni tylko grecopolo słuchać chętni. W wypadku księcia Pejritosa było jeszcze gorzej. Z racji swych hippicznych upodobań kilkunastu zaprosił centaurów. Pół ludzi, pół rumaki. Ci, z racji tego, że mięso surowe jeść nawykli - upijali się szybciej od innych. Tak było i tym razem. Lekce sobie ważąc tak powagę chwili, jak i urzędów dzierżonych przez Pejritosa i Tezeusza - urżnęli się jak świnie i zaczęli wyprawiać brewerie. Porywać kobiety im się zachciało, pijakom. Kraść, też kradli, bo kto pijak to i kraść przywykły. Marszczył brwi Pejritos gniewnie, marszczył i Tezeusz. Póki co, spokój zachowywali. Szlag Tezeusza trafił dopiero, kiedy jeden z centaurów, Lehteros niejaki, za Fredeą rozglądać się począł i porwać druhnę, tę upodobaną sobie przez króla Aten, zamierzał. Pochwycił natenczas miecz do ręki Tezeusz i ryknął głosem rozzłoszczonym, a donośnym:

-
A odstąp kurde, podły mieszańcu od mojej Fredei! Bo brzeszczot w posoce twej ubroczę!
- Ojej! - zarżał centaur i w portki nie narobił tylko dlatego, że jako półczłowiek, a półkoń nago latał, jak go Bogowie stworzyli.

I na tym incydent byłby się zakończył, gdyby nie to, że druhna łzy ronić zaczęła, a co krzyczała, o tym milczeć wypada, boć i dziecko jakieś czytać to może. Tezeusz wściekł się dokumentnie. Jednym ruchem ramienia obciął najbliżej stojącemu Lehterosowi łeb i hasłem to się okazało dla Lapitów do ataku. W mig - wycięli innych centaurów w pień. Tylko Tymeon uciekł. Podszedł Tezeusz do Fredei i ozwał się do niej w te słowa:
- O, Fredeo, boskiej urody! Nie roń łez! Toć sam król Aten klęka przed obliczem twoim i o rękę nadobną twą prosić się poważa!
- A co mi z króla jakiegoś, skorom się tak wściekła. Jeśli nie chcesz miłości swej ku mnie zguby, Tymona skórę dymiącą jeszcze daj mi luby! - odprawiła herosa z kwitkiem Fredea.

Zafrasował się Tezeusz. Odszedł w smutku pogrążon, by Tymeona dorwać. Szukał lat wiele. Tymczasem wojna rozwlekła się po całej Tesalii. Wszędzie Lapitowie tępili centaurów jako te robactwo. Ostawili cało jeno Chejrona, najmędrszego z nich. Ten zaś, widząc tragedię innych człekokonnych krwawymi płakał łzami, boć i potępić nie mógł rzezi, jako że przyczyny rozumiał, a nie martwić się zagładą pobratymców swych nie potrafił. Wszelako centaurowie z innych krain przygarnęli niedobitki tesalskich, lecz ciasno i głodno zaczęło im być. Zmuszeni byli napady grabieżcze czynić, ale bojąc się pomsty Hellenów ciągnęli nieść zgrozę i pożogę daleko, daleko. Za góry i lasy, do krainy, gdzie inny lud mieszkał, przez księcia barbarzyńskiego Kraka rządzon. Centaurowie grabili z chęcią Krakowe ziemie, lecz do samego grodu stołecznego dotrzeć nie mogli, gdyż ciągnąc tam, ścierali na Maksa kopyta i z bólu iść dalej nie mogli. Zwrócili się tedy o poradę do Chejrona.

- Chejronie, Chejronie. Tyś najmędrszy z nas, poradź, co robić, żeby dobyć Kraka, tego Bolka cienkiego, grodu bogatego.
- Przyjdźcie jutro, kiedy Helios boski parkować będzie swój rydwan w garażu.


Centaurowie z szacunkiem oddalili się, a Chejron, choć stary, pogalopował prędko do kuźni Hefajstosa, jako że sam, mądry taki nie był, jeno strugał ważniaka, bo tak ci go Parandowski opisał i głupio było inaczej.
- O boski Hefajstosie! Poradź! Ziomkowie moi ranią kopyta na przemarszach długich łupieżczych. Pomocy wołają ode mnie!
Hefajstos odłożył miech i młot, którym kuł właśnie nową egidę dla Zeusa. Usiadł na
kowadle, kulawą nogą stukać o podłogę zaczął i zamyślił się głęboko. Myśląc patrzył na Chejrona wzrokiem, w którym boska mądrość się odbijała.
- Muszą podków używać, wtedy ich kopyta niepozdzierane będą i dojdą gdzie tylko zechcą - powiedział po długiej chwili.
- A co to podkowy? - zdziwił się Chejron - Nie wiem co to takie!
- Nic dziwnego, trzeba je dopiero wynaleźć, chwila moment - uśmiechnął się z pobłażaniem boski kowal. Podszedł do kowadła, dmuchnął miechem, przypieprzył kilka razy w czerwony od gorąca kawał żelaza i wynalazł podkowę.
- O dzięki ci, boski Hefajstosie, nie wiem jak się odwdzięczyć mam! – roześmiał się centaur od końskiego ucha do ucha (bo w odróżnieniu od swych pobratymców swoich i to miał rumacze).
- Prosto. Daj cynk, gdzie ten drań Tymeon się ukrywa, bo Tezeusz łazi mi tu dokoła i płoszy nimfy, co nocami (kiedy Afrodyty nie ma) podkradają się tłumem do komnat moich.
- Dobrze, o boski - odetchnął Chejron, gdyż kamień spadł mu z serca, bał się bowiem, że cena będzie wyższa o wiele - Tymeon ukrywa się w ziemiance wykopanej w buraczanym polu należącym do ludu Passtewnów.
- Okay - ucieszył się Hefajstos i gwizdnął na Hermesa w umówiony sposób.

Bożek zjawił się w mgnieniu oka. Przypędził tak szybko, że aż mu skrzydełka zafurkotały u sandałów, kapelusz spadł z głowy, a uskrzydlona laska się wygięła.
- Słuchaj Hermesie - rzekł Hefajstos - Leć w te pędy do Tezeusza i powiedz, że Tymeona trzeba szukać wśród Passtewnów buraków.
Ledwo skończył mówić, a boskiego posłańca już nie było. W jednej chwili dopadł
Tezeusza, gdy tenże opłakiwał wspomnienie Fredei i przekazał mu wieści. Uszczęśliwiony heros pędem wśród buraki wskoczył, odnalazł Tymeona wraz i zadusił go gołymi rękoma jako tę wesz na pancerzu i przez góry ruszył, pola i lasy by, Fredei go przekazać, licząc na jej rękę, którą otrzymał zgodnie z obietnicą. Pejristos tak wdzięcznym druhem się okazał, że do ręki dołączył, po chwili wahania, resztę Fredei.

Tymczasem centaurowie znów przybyli pod grotę Chejrona.
- I co ? - zgodnym zapytali chórem.
- Patrzcie, oto jest podkowa! - rzekł starzec pokazując wszem niedomknięte żelazne kółko.
- O, cholera! - zakrzyknęli centaurowie - I co nam z tym robić?
- Wykujcie takich po cztery dla każdego, potem przybijcie gwoździami do kopyt i ruszajcie na grabież! Grodu Kraka dosięgniecie niebawem!
- Hura! - zakrzyknęli ludzie-konie i odgalopowali kuć podkowy, póki gorące.

 

Minęły długie miesiące, podczas których od gryzienia owsa Chejronowi wypadły ostatnie zęby (też końskie). Głodować więc, biedaczysko, począł. Samą podrobioną cebulę z pieprzem zajadając. Padłby chyba trupem i przerobion by na kabanosy został przez wielbiących jego mądrość Lapitów, gdyby nie Herakles, który przechodził nieopodal i zauważył nielekki los starca.
- Niby półkoń jesteś, a jako półosioł! - ozwał się troskliwie bohater - Czemu nie jesz surowego mięsa, jak inne centaury? Ale baran z ciebie!
- Och racja, herosie! Racja! Przez tę moją sklerozę zapomniałem, że nie samym owsem centaur żyje - uradował się Chejron i czym prędzej pokłusował do groty.
Porwał z niej kawał mięsa z jednego ze złapanych w pułapkę szczurów i posiekał mieczem. Niestety, z głodu trzęsły mu się ręce i mięsna papka wypadła mu z dłoni na trawę, w to dokładnie miejsce, gdzie wcześniej wyrzucił siekaną cebulę i pieprz zmielony na żarnach specjalnych.
- O, psiach mać! - jęknął Chejron i rzucił się pożywienia szukać.

Niedowidział jednak ze starości, a i zmierzchać zaczynało, więc wyprostował się, chcąc schwycić łuczywo palące się w uchwycie u wejścia do groty. Zapomniał, że wysokim jest, jak na centaura, a strop nisko i wyrżnął łbem o podczepione tam gniazdo jaskółcze. Wypadło zeń jaję, niewyklute jeszcze i rozpękło się na jego głowie. Skorupka na włosach została, a białko i żółtko świeże spłynęły po gębie i chlupnęły dokładnie w to miejsce, gdzie leżało gotowe do spożycia mięso, zmieszane z cebulą, pieprzem i kryształkami soli, jako że dłonie bardzo mu się pociły. W świetle łuczywa centaur znalazł to wszystko i głodem straszliwym pędzon - wpakował sobie do ust jedzenie. Uśmiech błogości wystąpił po chwili na jego zagłodzone lica:

- A niech to Tartar pochłonie, ale pychota - zarżał uszczęśliwion wielce.
I słusznie tak zarżał, bo potrawa nowa, jaką wynalazł, po dziś dzień cieszy jelita wielu
smakoszy, w dalekich krainach nawet. Ledwie stary centaur przełknął posiłek, a już zaroiło się przed jego grotą od wściekłych centaurów.
- Ty baranie! Ty ośle! Oszukałeś nas! - rżeli wzburzeni nad wyraz niewdzięcznicy.
- Czego chcecie, kochani moi? - zdziwił się Chejron, ale nie wystraszył.
- Mówiłeś, że dzięki podkowom dobędziemy Kraka siedziszcza. A tu jajco!
- Dlaczego?
- Kopyta owszem, zdrowe, ale z głodu nie doszlim do celu!
- A mięso surowe jedliście?
- Jedliśmy, ale nam go brakło! Po drugie zagryzać nie było czym!
- Niedobrze!
- Niedobrze to będzie, jak do rana nie wymyślisz nic na to, przygalopujemy tu i skopiemy ci twoje cztery litery stare. A wiesz, każdy z nas ma cztery podkute nogi i zobaczysz jak ci spuchnie!
- tak rzekli i oddalili się.

Zadumał się Chejron, bo jego własny tyłek bardzo miłym mu był. Siedział do rana przed grotą i myślał. Ale nic nie wymyślił. Przeraził się o świcie, gdy usłyszał tętent nadbiegających centaurów. Zapłakał. Różanopalca Eos zauważyła to, gdy otwierała Heliosowi odrzwia i powstrzymała słonecznego Boga. Zapytała koniowatego starca, czym się tak frasuje, czemu łzami gorzkimi trawę obsikuje. Ten wyjaśnił jej, szlochając żałośnie, w czym rzecz.
- Czekaj - skoczę do Demeter. Ona jest od żniw między innymi, to na prowiantowaniu wypraw grabieżczych znać się też powinna. Może co poradzi - rzuciła mu Eos i zniknęła.

Po chwili Chejron usłyszał głos bogini Demeter dochodzący z nieba.
- Chejronie, Chejronie! Nie martw się jak dziecko. Każ centaurom robić podkowy nie z żelaza, jak ten mój toporny krewniak Hefajstos wykoncypował, ale ze specjalnego twardego ciasta. Kiedy zgłodnieją, będą mogli zagryźć podkowami tartara z jajkiem i nigdy sił im nie braknie.
Szczęśliwy Chejron przekazał pobratymcom radę bogini. Centaurowie usłuchali i po wymianie podków żelaznych, na te z ciasta pociągnęli na Kraków.

Po drodze zagryzali mięso podkowami, łączonymi po dwie na kształt arabskich ósemek, preclami je zwąc. Czasem, gdy w pośpiechu piekli podkowy, przybijali zbyt świeże do kopyt i czepiało im się potem to, po czym galopowali. A to sól, gdy grabili żupy solne w Wieliczce, a to mak, gdy przez tajne uprawy poddanych Kraka pędzili, a to znów trufle, gdy z nudów napadli na galijskie ziemie.

Dotarli w końcu pod mury Krakowego grodu. Nie zdobyli go jednak, bo na wieży strażniczej, czujny wartownik siedział i gdy tylko zoczył wąż długi nieprzyjaciół galopujący - trąbić na alarm zaczął. Centaurowie strzałą mu gardło przeszyli, ale nic to nie dało, bo obrońcy już mury obsadzić zdążyli i odparli napad. A, że z wysokości nie słyszeli wyraźnie, co najeźdźca mówi, to przeinaczyli nazwę potrawy centaurów na „tatar”, a i ich samych błędnie Tatarami nazwali, słysząc wołania (do kucharzy polowych kierowane) o wzmacniające ich porcje prowiantu.

Pokonani centaurowie wrócili do Hellady i zrobili awanturę Chejronowi, że się znów nie udało. Ten jednak im spadać w podskokach nakazał.
- Nie przeze mnie grodu Kraka nie dobyliście, jeno przez muzykę, a na niej się nie znam, bom głuchy jest. Znajomy centaur na ucho mi w dzieciństwie nastąpił i wiem odtamtąd tylko, kiedy grają, a kiedy nie - rzekł z typową tesalską flegmą w odpowiedzi.

Centaurowie odkłusowali jak niepyszni. A na pamiątkę tych wydarzeń, w grodzie Kraka pół tylko alarmu z wieży grają, a po dziś dzień zajadają się tatarem z jajkiem. Takoż i jako wspomnienie tych czasów, kobiety z miasta tego sprzedają turystom precle, ubranymi będąc w stroje przypominające te weselne, z kraju Lapitów. Prócz tego, występuje tam w święta półkoń półczłowiek. A ten to, jako pamiątka jednego z centaurów, którego Krakowa drużyna, gdy ruszyła w pościg za uchodzącym nieprzyjacielem, zdybała, gdy sikał w krzakach i lejkonikiem przezwała szyderczo.



Wrocław (k. Sparty) , 13 października 2002

wstecz