|
|
Piknik
na skraju dachu

Domofon brzęczał natarczywie. Olaf podbiegł do słuchawki, spodziewając się
Mirka.
- Tak?
- Ziemniaki na zimę, karpie i jaja z Milicza przywiezłem - zachrypiała membrana.
- Dziękuję, nie trzeba - rzucił z niesmakiem w odpowiedzi i odwiesił słuchawkę -
Idiota, na co mi karpie w lipcu? A ziemniaki na zimę w środku lata? Palant!
Dzwonek znów się odezwał.
- Mówiłem, że nie trzeba - warknął Olaf do słuchawki.
- Nie wygłupiaj się, stary, swoich nie poznajesz? - kwiknął śmiechem Mirek.
- Złaź, bo mi się silnik w maluchu grzeje.
- Odbija ci, oj, odbija - skwitował dobry humor kolegi Olaf - Nie wejdziesz?
- Nie, bo mi się samochód z cumy zerwie. Złaź, nie gadaj.
- Ten to wiecznie ma humorek, skąd się tacy biorą? - ubierając się, zrzędził
Olaf.
Jak na niego zebrał się wyjątkowo prędko. Zamknął dokładnie mieszkanie na
wszystkie zamki, podszedł do windy i nacisnął guzik. Czekał. Trzasnęły drzwi od
wnęki ze zsypem.
- Dzień dobry, sąsiedzie - usłyszał damski głos.
- Dzień dobry, pani - z trudem udał uśmiech, widząc najbardziej wścibską i
gadatliwą sąsiadkę, jaką kiedykolwiek miał w życiu.
- A co pan porabia, panie sąsiedzie? - spytała.
- Hm, może na to nie wygląda, ale czekam na windę - odpowiedział modląc się w
duchu, żeby jej się spieszyło.
- Aha - zachichotała - ale ja głupia jestem!
- Ależ skąd, co też pani! - skłamał perfidnie i widząc w ręce kobiety pusty,
czymś umajony foliowy worek na śmieci spytał - Pękł pani?
- A gdzie tam, cały jest.
- Wyrzuca pani z worka do zsypu?!
- Tak, a co?
- A nic, tylko proszono w telewizji, żeby szczelnie śmieci pakować, a pani luzem
rzuca. Robale nas przez panią zeżrą!
Nadjechała winda, prędko otworzył drzwi.
- Oj, panie sąsiedzie, ja każdego worka tylko trzy razy używam i... Szybko
wszedł do windy, by nie słyszeć dalszego ciągu - nie udało się: - ...płuczę i
wkładam znowu do kubła, bo mnie nie stać...
Winda na szczęście należała do szybkich. Przed blokiem stał Mirek, kopcąc
papierosa.
- Witam - odezwał się na widok Olafa - Jak się panu powodzi, panie kolego?
- A dziękuję, powodzi mi się doskonale, bo mi się nie przelewa przez parapet -
zapytany podał odzew prawidłowo, lecz bez uśmiechu.
Ten dowcip miał dopiero kilka dni, a już nie śmieszył.
- Jedziemy?
- Jasne. A coś taki ponury? - spytał Mirek, wsiadając do samochodu i otwierając
drzwi koledze.
- Zmęczony jestem jak diabli. Do tego spałem na podłodze, mnie kości bolą.
- Łóżko sprzedałeś?
- Nie, moje klucze ma Rysiek i nie mogłem się w nocy dostać do mieszkania.
Spałem na podłodze u dziewczyny mojego brata. Dopiero rano wlazłem po balkonach
i otworzyłem od środka.
- Nieźle, a co Rysiek robi we Wrocławiu?
- Ewakuował się, bo go zalało w Trestnie. Tutaj też go zalało, więc czuje się
jak u siebie - zdobył się na ponury żart Olaf.
Mirek zarechotał i ruszyli. Długo trwało, nim dotarli na miejsce. Korki były
potworne, poza tym nadłożyli sporo podwożąc po drodze kilkoro potrzebujących, co
w te dni wśród wrocławskich kierowców było normą. Mirek szybko się dostosował.
*
Sytuacja w mieście normalizowała się, o ile można tak określić fakt, iż jedna
trzecia Wrocławia była zatopiona przez Odrę i pomniejsze rzeki, że zamknięte
były mosty, że komunikacja miejska funkcjonowała w formie szczątkowej. Wrocław
odparł w kilku ważnych punktach atak powodzi i usiłowało się teraz pozbierać.
Solidarność mieszkańców przejawiała się w spontanicznym wspieraniu
potrzebujących, w trosce o to, co dalej z miastem i powstałym nagle, w te mokre
dni, poczuciem przynależności, poczuciem, że jest się stąd.
Już niedziela była dniem mobilizacji wszystkich posiadaczy sprzętu pływającego.
W poniedziałek była to już mobilizacja powszechna: pontony, kajaki, łódki
wszelkiej maści, nawet motorówki gromadnie pojawiły się na ulicach miasta.
Indywidualnie, czy pod egidą PCK lub harcerstwa dowożono do zalanych dzielnic
żywność, lekarstwa, środki higieny. Najbardziej zapracowani byli strażacy i
ratownicy WOPR-u. Nie brakowało „powodziowych turystów”, którzy nienasyceni
obrazkami z telewizji, nie wahali się płacić pontoniarzom za przejażdżki po nowo
powstałej Wenecji w samym środku Dolnego Śląska.
Pozbawieni wody i częściowo prądu, nękani brakami w zaopatrzeniu w żywność
wrocławianie przestawiali się na powodziowy tryb życia licząc na to, że
zapowiedzi drugiej fali to tylko plotki. Humory mimo wszystko dopisywały, życie
towarzyskie kwitło, choć w niecodziennym wymiarze pogaduszek i spotkań na
balkonach i dachach. Gdzie cierpiano, to cierpiano, ale tam gdzie nie wydarzyła
się żadna tragedia, usiłowano zapomnieć o tym, co działo się dookoła.
Odra, póki co, przyczaiła się i płynęła spokojnie środkiem miasta, nie
zatapiając nowych osiedli.

*
Mirek zaparkował malucha na trawniku przy Bogusławskiego. Razem z Olafem zdjęli
z dachu ponton, wyładowali go po brzegi reklamówkami z prowiantem dla Edka i
ruszyli w stronę wiaduktu na Świdnickiej. Zatrzymali się przy lekko
przeciekającej barykadzie. Rozejrzeli się. Z lewej strony widać było świeżo
odbudowany po pożarze Teatr Polski, który tym razem dla odmiany kąpał się w
wodzie, jak gdyby los chciał zrównoważyć swój cios poprzedni, lecz deczko
przeholował.
Przy pomocy dwóch wyrostków obserwujących ze szczytu zapory, co dzieje się z
rzeką płynącą główną ulicą miasta, spuścili ponton na wodę. Wsiedli do niego i
ruszyli przed siebie. Mirek siedział z przodu, między nogami miał pękate
reklamówki, w plecy uwierały go zgrzewki z mineralną i bose nogi Olafa, któremu
z powodu tuszy było jeszcze mniej wygodnie.
Wiosłowało im się ciężko, jako że przyzwyczajeni byli do wioseł kajakowych, a i
ponton był przeładowany. Popłynęli Świdnicką. Środkiem. Gdyby ponton miał kil,
można by rzec, iż mieli pod nim kilka stóp wody, aż do dna, gdzie zamiast piasku
i muszelek kryło się tramwajowe torowisko. Na skrzyżowaniu z Piłsudskiego
zatrzymali się przy przystankowej wiacie zalanej tak wysoko, że rozkład jazdy
ledwo był widoczny. Odczekali chwilę, przepuszczając potężną koparkę, która
przewoziła w poprzek tego jednego z głównych skrzyżowań miasta ludzi stłoczonych
w stalowej łyżce. Kiedy przejechała, ruszyli skręcając w prawo, kierując się w
stronę głównego dworca PKP.
Szybko minęli kasyna gry, przed którymi zwykle parkowały super drogie bryki
przywożące tu wypacykowane, kobietopodobne laski i nowobogackich menów ze
złotymi łańcuchami tonącymi w zaroście na wypiętych klatach. Teraz było pusto,
chyba że coś kryła w sobie śmierdząca, brunatna woda, w której pływały puszki po
piwie i plastikowe butelki. Ryby być może też były, ale jakoś nie miały ochoty
się pokazywać. W przeciwnym kierunku niż płynęli - walczył z nurtem ciężarowy
star, powyżej kół zanurzony w wodzie. Na pace roiło się od młodych chłopaków,
siedzących na wysokiej pryzmie piachu.
Z lewej minął ich starszy mężczyzna w strażackim mundurze płynący składanym
kajakiem. Cały purpurowy z upału i wysiłku. Płynął niesamowicie szybko -
wiosłując fachowo, równo. Pióra wioseł zanurzał w wodzie dokładnie tyle, ile
należy. Ani centymetra mniej, ani milimetra więcej. Domyślili się w nim byłego
zawodnika, żaden amator tak nie wiosłuje. Między jednym pociągnięciem wiosła a
drugim skinął im głową. Odpowiedzieli tym samym.
Płynęli wolno, w milczeniu rozglądając się na boki. Po prawej minęli kino
„Śląsk”. Smętnie tkwiło w wodzie sięgającej prawie do połowy szyb. Jakaś kobieta
w średnim wieku brnęła zanurzona po pas w wodzie, przytrzymując się ścian
budynku. Przy każdym oknie przystawała i przyglądała się gwiazdom światowego
kina. Uśmiechnięte, zadowolone z siebie, nonszalanckie, jakby drwiły z niej i z
sytuacji wokół. Wprawdzie w powodziowej scenografii prezentowały się dość
idiotycznie, to i tak p o w o d z i ł o im się lepiej od niej - miały
przynajmniej sucho. Woda sięgała im ledwie do kostek, a i to z drugiej strony
szyb.
Kino zostało z tyłu. Dopłynęli do budynku NOT-u. Potężny secesyjny gmach
przypominał teraz wenecki pałac: sporych rozmiarów schody skryły się pod wodą,
nad jej taflę wystawał jeden tylko stopień, podest oraz schodki tuż przed
drzwiami wejściowymi. Wyglądało to jak przystań dla gondoli. Tuż nad wodą stała
milcząca grupka ludzi, jakby czekając na długą, zadartonosą łódź kierowaną przez
faceta w bluzce w paski, trawiącego solidną porcję spaghetti i ryczącego arie
operowe. Jeden ze stojących, mężczyzna w roboczym kombinezonie, z maestrią
spluwał szerokim łukiem do wody. W innej sytuacji mogło to bulwersować, teraz
wydawało się normalne, że w samym centrum miasta leżącego o setki kilometrów od
morza, spod drzwi budynku przy głównej ulicy pluje się do rzeki, która jeszcze
dobę temu chlupotała sobie w zupełnie innym miejscu.
Olaf z Mirkiem dopłynęli już do skrzyżowania ze Stawową, która obecnie w pełni
zasługiwała na swoją nazwę, choć woda tutaj była płytsza, a ponad powierzchnię
wystawały biało-czerwone słupki z łańcuchami. Jeszcze kilkanaście pociągnięć
wiosłami i po prawej ukazał im się dworzec główny PKP. Masywny i przysadzisty,
lecz pełen swoistego wdzięku gmach wyglądał jak nadmorska twierdza - otaczał go
zbudowany z heroicznym poświęceniem szaniec, omywany przez brudną, cuchnącą
wodę.
- Słuchaj, tam pewnie wszystko czynne, przycumujmy gdzieś tutaj. Skoczę po fajki
dla Edka - zaproponował Mirek Mnie też już powoli brakuje paliwka.
- Nawet powódź was z tego nie wyleczy? - jęknął Olaf - Niewolnicy jarania!
- Aleś maruda! - skrzywił się Mirek i posterował w stronę dworca.
Woda zrobiła się obiecująco płytka, ponton zaszurał po chodniku. Dopłynęli do
słupków odgradzających chodnik od jezdni, na wprost komisariatu policji. Mirek
wcisnął swoje wiosło Olafowi i z rozbryzgiem wyskoczył z pontonu do wody.
- Cholera jasna! Ochlapałeś mnie, ośle! - żachnął się Olaf.
- Nie szkodzi, wody w kranach nie ma, to mi za prysznic podziękuj, a nie jęcz
tak! - zaśmiał się Mirek i chlupocząc ruszył w stronę dworca. Woda sięgała mu
tylko do połowy łydki. Miał nadzieję, że nie zgubi sandałów.
- Mirek! Knyszę mi kup! Z gyrosem! - krzyknął za nim Olaf.
Mirek nie zatrzymując się odwrócił w jego stronę głowę i popukał się palcem w
czoło:
- Niech ci się nie marzy! Głodny będziesz lżejszy, grubasie! - krzyknął w
odpowiedzi.
Olaf wygramolił się i nie wyjmując nóg z pontonu ciężko usiadł na szańcu.
Dręczyła go obawa, że brat wyje mu z lodówki pozostawiony bez opieki boczek i
nie będzie miał wkładki do wieczornej jajecznicy. Marzył o niej od czasu, kiedy
na Ostrowie ułożył pierwszy worek. Potem były ich chyba setki, nie liczył. Czuł
w krzyżach i zakwaszonych mięśniach nienawykłych do takiej harówki. Przez
ostatnie dni harował jak wół, spędzając urlop nietypowo, jak na zwolennika
byczenia się na plaży. Efekt był taki, że kiedy wracał do domu, nie miał już sił
na nic, nawet na kolację - był tak zmęczony, że walił się do łóżka i natychmiast
zasypiał. Barany odpuścił na czas powodzi. Jeśli już, to zupełnie co innego mógł
liczyć: - Jeden worek z piaskiem, jeden worek pusty, dwa worki z piaskiem...
Miał dość, więc ostatniej nocy, kiedy to około godziny drugiej, wygrano na
Ostrowie bitwę z Odrą, Olaf nastawił się na zaopatrywanie pontonem
potrzebujących. Nagle wrócił z Mazur Mirek i od razu zadysponował, że będą
pływać razem. Miało to ten plus, że wiosłowanie zapowiadało się mniej
uciążliwie. Minusem był osławiony sarkazm kolegi i Olafa aż skręcało na myśl o
jego docinkach. Nie potrafił się skutecznie obronić, a Mirek należał do ludzi,
dla których celem życia jest zatrzymanie ostatniego słowa tylko i wyłącznie dla
siebie. Dawał się lubić, ale należało się mieć ciągle na baczności, gdyż nie
przepuścił żadnej okazji, by dogryźć. Zawsze tłumaczył potem, że on „tak tylko z
sympatii”, ale nie zmieniało to w niczym faktu, że potrafił dopiec do żywego.
Olaf często obmyślał celne riposty, ale jakoś nigdy nie zdążył ich wypowiedzieć,
gdyż z ust Mirka padał strzał kolejny.
Co tym razem wymyśli? Do tej pory siedział cicho, ale wiecznie to trwać nie
będzie - dumał Olaf, siedząc na workach i czekając na kumpla.
Mirek tymczasem dobrnął do gmachu dworca. Przeskoczył ostatnią linię obrony,
niewysoki szaniec z powodziowej cegły, czyli worków z piaskiem i już był w
budynku. Szedł w stronę kiosku i rozglądał się. Ludzi było mnóstwo. Śpieszących
się, zaaferowanych. Od mundurowych aż gęsto: zielono i niebiesko - policjanci i
wojskowi. Idąc holem, Mirek zastanawiał się, skąd w tym kraju tylu strażaków.
Zresztą do tej pory kojarzył ich raczej z ogniem niż wodą, a jeśli już, to z
taką tryskającą z sikawek, a nie płynącą ulicą. Kolejarzy w tłumie również nie
brakowało. Dokładnie to samo można było rzec o ćpunach i zużytych dziwkach też
będących w końcu u siebie.
O dziwo, kolejka do kiosku była niewielka. Stał zaledwie kilka minut. Kupił pięć
wagonów caro i ruszył z powrotem. Nie... - pomyślał - Zaskoczę grubego, kupię mu
tę cholerną knyszę, niech się udławi, żarłok jeden.
Zawrócił. Wszedł do głównego holu, gdzie ludzi było jeszcze więcej. Odniósł
wrażenie, że bezdomni z całego województwa zebrali się na masówkę. Było ich
mnóstwo. Zachowywali się jak zwykle - zajmowali ławki i sobą i krociami
reklamówek pełnych „skarbów”. Żebrali u stojących w kolejkach po bilety.
Wyjeżdżających też była masa, a wśród nich większa niż zwykle liczba małych
dzieci, czyniących harmider nie do opisania. Uderzał fakt, iż odmiennie niż
zwykle, szykujący się do odjazdu ludzie nie tyle byli podekscytowani podróżą, co
jacyś przygaszeni. Jakby zeszło z nich powietrze. Z megafonów co chwila padały
komunikaty o odwołaniach bądź opóźnieniach pociągów. Zdawało się, że nie robi to
już na nikim większego wrażenia. Było oczywiste, że po prostu chcą wyjechać.
Obojętnie kiedy. Może nawet obojętnie dokąd...
Mirek wszedł po schodkach na galerię, dotarł do stoiska z knyszami. Stanął na
końcu ogonka. Wszędzie po posadzce walały się jakieś zadrukowane kartki.
Podniósł jedną z nich. Z zaciekawieniem zaczął czytać. Ostatnią ulotkę czytał
dziesięć lat temu. Tłumaczyła, dlaczego Frasyniuk udaje, że nie jest Żydem.
Żydem pisanym mała literą. Ta dzisiejsza była podobna do tamtej poziomem
wykonania, słabą czytelnością liter, zupełnie jakby matryca w powielaczu była
zużyta. Na samym dole ktoś odbił pieczątkę z której nic nie wynikało, bo i nie
mogło. Widoczna była ledwie pusta ramka. Treści tekstu bardziej się domyślił,
niż ją odczytał:
„ZALECENIA POWODZIOWE...”
- Czyje te zalecenia? – mruknął i czytał dalej:
„- WYRZUĆ WSZELKĄ ŻYWNOŚĆ ORAZ LEKARSTWA, KTÓRE MIAŁY KONTAKT Z WODĄ!
- Woda do picia oraz przygotowywania posiłków musi być gotowana przez min. 10
minut.
- Nie próbuj odkażać wody metodami domowymi!
- ...postaraj się usunąć szlam z domu zanim wyschnie... ściany zmywać można
roztworem mydła, po czym opłukać wodą. Rozpoczynaj od dołu, kończ na górze. Na
końcu czyść sufity... przedmioty metalowe oczyść jak najszybciej, po czym
przetrzyj szmatką nasyconą naftą – to opóźni proces rdzewienia...”
- Co dla pana? - usłyszał zmęczony kobiecy głos.
- Jedną knyszę, poproszę - rzucił szybko.
- Szczym?
- Sz gyroszem - zażartował, lecz odzewu się nie doczekał.
Obsługująca go kobieta, ubrana w biały fartuch i przepoconą bejsbolówkę - z
obojętnym wyrazem twarzy zaczęła pakować do anemicznej, płaskiej bułki
konserwową kukurydzę, sałatę, pomidory i przypieczone mięso.
- Gyrosu niech pani za dużo nie daje. To dla kolegi, a on i tak gruby taki. Jak
się obje, to mi ponton zatopi - znów zażartował Mirek.
Bufetowa znieruchomiała na sekundę, stęknęła głucho i wróciła do pracy.
Nerwowymi ruchami wciskała w knyszę prażoną cebulę i plasterki ogórków. Robiła
to tak wściekle, że połowa nadzienia spadała na blat. Mirek przyjrzał się
kobiecie dokładniej. Ważyła chyba koło setki albo i więcej, gdyż w oczach miała
teraz sporo ołowiu. Zrozumiał. Zmieszany czekał aż skończy.
- Sos jaki? - wycedziła ze złością.
- Jaki pani wygodniej, wszystko jedno... - wyszeptał zupełnie zdetonowany.
Siknęła zdrową porcję musztardowego, zdawało się, że większą niż normalnie.
Znów znieruchomiała i patrząc na Mirka złośliwie dołożyła jeszcze trochę mięsa.
I jeszcze, i jeszcze! I znów polała sosem.
- Prrroszę - warknęła na koniec.
- Dzię-kuję - bąknął, wziął knyszę i podał kobiecie pieniądze.
Czując między łopatkami świdrujący wzrok bufetowej szybko ruszył do wyjścia i
nagle ogarnął go gęsty tłum - przyjechał właśnie jakiś pociąg. Nowo przybyłych
można było bez trudu odróżnić. Nie byli podobni do apatycznych odjeżdżających.
Lekko przypieczeni urlopowym słońcem, objuczeni jak wielbłądy gnali z peronów
przez główny hol prosto do wyjścia. Podenerwowani, z minami świadczącymi, iż są
przez media przygotowani na najgorsze, torowali sobie drogę w tłumie. Odnosiło
się wrażenie, iż są nieco zdumieni tym, że przemierzają dworzec suchą nogą, a
dach nie wali im się na głowy. Niejeden taszczył butle z wodą mineralną i
reklamówki pełne chleba. Zapewne też ogołocili z baterii wszelkich typów i
rodzajów sklepy w miejscowościach wypoczynkowych.
Nie zatrzymując się, parli pospiesznie do wyjścia. Tu stawali jak wryci,
usiłując ogarnąć sytuację. A dzień był pogodny jak odwieczne marzenie
nadbałtyckiego wczasowicza: ostre promienie lipcowego słońca bez żenady
oświetlały zalane centrum miasta, ukazując je w pełnej krasie. Pierwsze, co
rzucało się w oczy, to ogromna tafla wody, przykrywająca zwykle zapełniony
samochodami parking. Na jej powierzchni, przy bocznym wyjściu z dworca, cumowały
pełnomorskie motorowe pontony Straży Granicznej z Kołobrzegu. Obraz ten szedł o
lepsze z widokiem szczurów, które upodobały sobie fontannę. Pewnie dlatego, że
prawem kontrastu ona akurat była całkowicie sucha. Gryzonie roiły się tam w
sporej ilości a kręcących się wokół ludzi miały w ruchliwych nosach.
Powracający z urlopów w alarmowym trybie wrocławianie patrzyli na to wszystko ze
zgrozą, obrzucając piętrowymi przekleństwami rząd i jego lokalne agendy. Wbijali
wzrok w płynącą środkiem miasta Odrę. Przysłaniając dłońmi oczy obserwowali
śmigłowce huczące na niefrasobliwie bezchmurnym niebie. Z niedowierzaniem
lustrowali policyjne motorówki defilujące tam, gdzie jeszcze parę dni temu
normalnym widokiem były banalne tramwaje i autobusy MPK.
Po chwili, kiedy nasycili się już nowym image’m swojego miasta ruszali naprzód.
W bezpodstawnej nadziei, że wszędzie jest tak płytko, mężczyźni podwijali
spodnie do kolan, kobiety zadzierały kiecki. Normalnie, wzbudzałoby to zapewne
sensację, a w uzasadnionych wypadkach owocowało stosownymi oklaskami. Teraz nikt
na to nie zwracał uwagi.
Nurzając się w brudnej wodzie, podróżni przeistaczali się z pasażerów PKP w
lądowo-wodnych piechurów. Z suchych przyjezdnych w mokrych tubylców. Powracali
do zalanych mieszkań, cuchnących klatek schodowych, do podziemnych jezior w
piwnicach, gdzie zamiast ryb pływały trupy kotów i gryzoni, role muszli pełniły
zatopione słoiki przetworów, a wodną florę zastępowały rozmokłe książki i
gazety. Wracali do wyschniętych kranów i niedziałających telewizorów. Do gór
śmieci, niezdatnych do użytku lodówek, niedrożnej kanalizacji i braku prądu.
Wracali do zajeżdżających padliną ogródków działkowych, do Odry cuchnącej na
placach i ulicach, do prowizorycznych barykad, zamkniętych zakładów pracy,
nieczynnych szpitali i zatopionych sklepów. Wracali do Gucwińskich, którzy przez
trzy ostatnie doby, nie z kamerą, a z łopatami w dłoniach byli wśród zwierząt.
Dzięki nim i wielu setkom ochotników walczących w ZOO we Wrocławiu nie
powtórzyło się to, co w Opolu - tam na ulice miasta wypłynął hipopotam, by
zdechnąć.
Ci wrocławianie, którzy spóźnili się na pierwszy cios rzeki, powracali do
swojego miasta. Był środek lipca, a przecież koniec wakacji.

Mirek, klucząc w tłumie nowoprzybyłych wyszedł na zewnątrz. Przeskoczył szaniec
i taplając się w wodzie dotarł do pontonu.
- Masz. Jedz. Póki nie skończysz, sam powiosłuję - rzekł podając bułkę
oniemiałemu koledze.
Olaf wsiadł nadspodziewanie szybko, a Mirek zepchnął go na głębszą wodę i zajął
miejsce z przodu pontonu.
- Stało się coś? - spytał zaskoczony Olaf.
- Nic, nic, nic...
- Coś tak oklapł?
- Zdaje ci się.
- Chcesz pół knyszy?
- Nie chcę. Płyńmy, bo się późno robi, a Edi czeka.
Ruszyli. Mirek dręczony wspomnieniem bufetowej wiosłował silnymi pociągnięciami,
żwawszymi niż przedtem. Ponton z cichym chlupotem wpłynął na główną ulicę
miasta. Siedzący z tyłu i pochłaniajacy knyszę Olaf nie mógł się nadziwić, nie
tyle temu, że Mirek ją kupił, lecz faktowi, że obyło się bez komentarza.
Dopłynęli do miejsca gdzie Kołłątaja łączy się z Piłsudskiego. Tu też stała
barykada, lecz woda płynęła po obu jej stronach. Ułożona nocą przegroda nie
chroniła nikogo i niczego. Stała się tylko groblą, jak i wiele innych szańców w
mieście stawianych wielkim, spontanicznym wysiłkiem, chociaż często bez ładu i
składu a już z pewnością bez planu. Zanurzając się po kolana w wodzie
przeciągnęli ponton przez spiętrzone worki i popłynęli dalej. Woda stawała się
coraz głębsza. Brodzący zalanymi chodnikami ludzie nurzali się w niej po pas.
Druga co do wielkości rzeka kraju omywała szybę wystawową sklepu myśliwskiego.
Za szybą stał manekin z idiotycznym uśmiechem na pysku. Ubrany był w tyrolski
kapelusik, spodnie moro. Stał w najmodniejszym obecnie we Wrocławiu obuwiu - w
gumowcach. Były eleganckie - zielonkawe i sznurowane u góry cholewki.
Mokre, falujące brunatne przekleństwo było wszechobecne. Z kolejnego okna ze
stoickim spokojem obserwował kataklizm bezgłowy manekin w eleganckim garniturze.
Prawy rękaw miał „na Bonapartego” założony za połę marynarki. Całości dopełniał
elegancki napis „Pierre Cardin” na sklepowym szyldzie.
- Koniec obżerania się! Łap za wiosło! - popędził kolegę zdyszany Mirek.
- Załaz, niech poukne...
- Nie chrzań, do roboty się bierz. Nie jestem, do cholery jasnej, silnik z
motorówki - krzyknął Mirek, któremu do wybuchu złości nigdy wiele nie było
trzeba.
- Dobła, dobła, spoko - uspokajał go Olaf walczący z knyszą. Zaczął gryźć i
połykać szybciej, wiedząc, iż każda chwila zwłoki grozi mu ciętym komentarzem
kolegi. Tuż przed skrzyżowaniem z Kościuszki był już po jedzeniu i chwycił
wiosło. „Machając” we dwóch popłynęli szybciej i raz dwa przecięli skrzyżowanie.
Z prawej strony w oddali widać było słynny ongiś linowiec, dość wątpliwy powód
do dumy miejscowych architektów.
- Wiesz co, Olaf? To chyba jedyna chałupa w tym rejonie, która ma parter suchy -
zauważył Mirek.
- I co z tego? Nawet jakby było sucho, to bym w tej paranoi mieszkać nie chciał.
Za cholerę.
- Ech, tobie nigdy nic nie pasuje, marudo. Wiesz co? W powrotnej drodze
popłyniemy przez Gwarną.
- Po co?
- Chcę zobaczyć, czy dziwki stoją w gumiakach i kamizelkach ratunkowych!
Ryknęli śmiechem i przez to mało nie zderzyli się z mężczyzną, który brnął po
piersi w wodzie, pchając przed sobą styropianowe pudło, w którym pedantycznie
poukładał: portfel, telefon komórkowy i saszetkę z dokumentami. Mirek przeprosił
go i popłynęli dalej. Z lewej burty mieli teraz omywaną przez wodę podstawówkę,
a z prawej dwie zatopione księgarnie. Przed szkołą, tuż przy samym skrzyżowaniu
z Podwalem sterczały z wody żółte budki, od których zaroiło się we Wrocławiu tuż
przed niedawnym Kongresem Eucharystycznym. Woda sięgała automatów
telefonicznych. Chętnych do dzwonienia jakoś nie było widać.
Przy słupie z sygnalizacją świetlną skręcili w prawo, w Podwale. Ulica wyglądała
zupełnie inaczej niż zwykle. Zanikły granice między jezdnią i chodnikiem a fosą.
Od kamienic aż po Wzgórze Partyzantów płynęła szeroka rzeka brudnej wody. Ludzi
było niewielu, jeśli już, to sterczeli w oknach zalanych domów. Na szczęśliwych
nie wyglądali.
Mirek i Olaf przepłynęli obok zalanego gmachu Wrocławskiego Wydawnictwa
Prasowego, mijając zatopiony do połowy biały mikrobus.
- Powinni nazwy gazet pozmieniać - wpadł na pomysł Mirek - na takie bardziej
aktualne.
- Na jakie?
- A na przykład nie „Wieczór Wrocławia”, tylko „Wieczór Wenecji”.
- Dobre, a „Słowo Polskie” na „Słowo Podwodne” Zanieśli się śmiechem i tak
wpłynęli w Komuny Paryskiej.

W oknie kamienicy na rogu siedział pijany facet. Raczej nie robił konkurencji
Pavarottiemu. Bełkotliwie i ponuro zawodził zdartym głosem. Jedyne co go mogło
łączyć ze śpiewakami operowymi, to fakt, że kompletnie nie można było zrozumieć
słów jego „arii”. Tuż pod nim w brudnej wodzie kąpało się dwóch
kilkunastoletnich chłopaczków.
- Oszaleliście?! Ta woda się do tego nie nadaje, jakiegoś syfa złapiecie!!! -
wrzasnął w ich stronę Olaf.
Chłopcy w odpowiedzi pokazali mu po środkowym palcu i wrócili do zabawy. Olafa
aż zatkało.
- Masz za swoje - zarechotał Mirek - Nie bądź taka Matka Teresa, bo to się nie
kalkutuje!
- Bezczelni gówniarze - nie mógł przeboleć zniewagi Olaf - Daleko jeszcze?
- Nie tak bardzo.
- Mirek? A gdzie ten Edi, do cholery, mieszka? – zainteresował się zmęczony już
Olaf.
- Nie znam nazwy ulicy. Wiem jak dopłynąć.
- A tak w przybliżeniu?
- W przybliżeniu, to niedaleko Placu Zgody, w każdym razie w Trójkącie
Bermudzkim.
- O, rany...
- Co ci, Olafku?
- Baranie! To na jaką cholerę my płyniemy tędy? Przecież można było podjechać do
wiaduktu przez Dyrekcyjną, wleźć do pontonu i popłynąć prosto. Pięć razy bliżej!
Ale osioł jesteś! Płyniemy zygzakiem, cholera wie po co, palancie!
- Uważaj, co mówisz!
- Wielki znawca miasta się znalazł, co slalomem, k...a mać, pływa!
- Zatkaj się i daj mi powiedzieć. Dobrze wiem, że płyniemy dłuższą drogą, ale
chciałem zobaczyć, co się dzieje, rozumiesz?
- A nie lepiej pustym pontonem wycieczki robić? A może jednoosobowo byś sobie
pozwiedzał, co?
- Przestań się wreszcie ciskać i wiosłuj, już niedaleko.
- Ech...
W zgodnym w swej niezgodzie milczeniu przepłynęli skrzyżowanie z Krasińskiego,
potem z Pułaskiego, potem jeszcze kilka. W końcu Mirek skręcił w lewo, w ulicę
Zgodną, kierując się do Placu Zgody. Dopłynęli do skweru, na którym pluskał się
w wodzie niewielki budynek.
- Tu kiedyś był Dom Aktora, na niezłych imprezkach tu bywałem - przerwał
milczenie Mirek - Nie wiem, czy to nadal aktualne. I wiesz co? Wtedy też bywałem
zalany!
Wściekły na niego i rozżalony Olaf nie nawiązał rozmowy - udał, że nie rozumie
dowcipu. Zmęczonym wzrokiem lustrował okolicę. Taksówek na zalanym postoju -
rzecz jasna - nie było. Przed szpitalem, już po drugiej stronie ulicy Traugutta,
przybiło do wału z worków kilka pontonów pełnych ludzi, jakiś kajak i motorówka
rzecznej policji. Na dachu dwóch mężczyzn manipulowało przy maszcie radiostacji.
Ponton zachybotał się - środkiem ulicy zbyt szybko przepłynęła brudnozielonkawa
wojskowa motorówka.
- No? I gdzie ten Edek? - usiłując stłumić złość spytał Olaf.
- Sorry, coś popieprzyłem. To nie tutaj - w zakłopotaniu wyjaśnił Mirek. Machnął
wiosłem kilka razy z lewej strony, ponton obrócił się o 180 stopni i zawrócili.
Olaf tylko jęknął z rezygnacją. Dopłynęli do najbliższego skrzyżowania, skręcili
w prawo, na następnym znów w prawo, potem w lewo - Olaf stracił zupełnie
orientację, ale Mirek - zdawało się - wiedział już dokąd się kierują.
Wpłynęli w wąwozy brudnych od smogu poniemieckich kamienic buroceglastej barwy.
Skoro zawsze wyglądały nad wyraz posępnie, nie mogło być inaczej i teraz. Gęsto
pokąsane w czasie oblężenia festung w 1945 roku pociskami wszelkich możliwych
kalibrów szczerzyły historyczne dziury różnych kształtów i rozmiarów, straszyły
liszajami odpadającego tynku. Peerelowskich odcieni brązowa, lub zielona farba
bram łuszczyła się, odpadając płatami. Patrząc na ramy okien, trzeba było się
domyślać, na jaki kolor je kiedyś pomalowano. Brudna, mętna woda i ledwo co
wystające spod niej dachy samochodów dopełniały tylko zwykłego, ponurego wyglądu
ulicy. Ludzi nie było widać. Tylko gołębie na co dzień „dbające” o elewacje -
trwały niestrudzenie na posterunku.
- Jest! - ucieszył się Mirek - Jest! Edka chata!
Podpłynęli do samego muru kamienicy, starając się wymacać wiosłem to, co
ukrywała woda. Obawiali się, że coś niewidocznego rozedrze ponton i wszystko
pójdzie na dno. O siebie się nie bali, daliby sobie radę w razie czego. Woda
była płytka, sięgała poniżej wysokiego parteru. Jednak przymusowa kąpiel
zgrzewek mineralnej, baterii do radia, chleba no i przede wszystkim mleka dla
Edkowego synka byłaby ze wszech miar niewskazana. Mimo iż Mirek uniósł się
bardzo ostrożnie, ponton niebezpiecznie zachybotał.
- Uważaj, cholera! - krzyknął Olaf - Bo się skąpiemy!
- Nie drzyj się tak, wiem, co robię. W razie czego, pokażesz, jak radzisz sobie
z kraulem - odparł Mirek kpiąco – A może wolisz żabką, albo delfinkiem?
Klęcząc w pontonie chwycił się parapetu okna na wysokim parterze, po czym
zastukał w szybę. Przez chwilę nic się nie działo, potem okno otworzyło się i
wyjrzała z niego młoda kobieta. Miała ładną, choć zmęczoną twarz. Długie,
kręcone rude włosy, upięła w coś na kształt koka, a przynajmniej taki miała
pewnie zamiar, kiedy czesała się rano. Teraz, wczesnym popołudniem przypominała
Papuasa powracającego z nieudanych łowów.
- Słucham?
- Cześć, jesteśmy kolegami Edka. Ja jestem Mirek, a ten tam, na dole, to Olaf.
Edi w domu?
- Mniej więcej - roześmiała się kobieta - Ja jestem Weronika, jego żona.
- Aaa... Opowiadał, opowiadał - uśmiechnął się Mirek - Mieliśmy się poznać na
spływie, no i patrząc na tę wodę myślę sobie, że prawie na to wyszło.
- Nie chciałbym państwu przeszkadzać w konwersacji, ale woda nalewa się do
pontonu i zaraz wszystko szlag trafi - wycedził Olaf.
- Oj! - zakłopotała się Weronika - Wejdźcie!
- Wejdziemy, ale nie sami - rzucił Mirek.
- Jest was tam więcej? Ponton wygląda na niewielki - zachichotała Weronika.
- Bo i jest taki, dlatego tak mało przywieźliśmy. Mamy dla was trochę prowiantu.
Co zmieściliśmy, to mamy. Jutro przypłyniemy znowu.
- Bardzo, ale to bardzo dziękujemy. Nie wiem, jak zdołamy się odwdzięczyć, no...
Niesamowicie jesteśmy wdzięczni, po prostu... Jesteście kochani! W oczach
Weroniki pokazały się łzy. Zamilkła. Jej reakcja zdeprymowała Mirka, nie bardzo
wiedział, jak się zachować.
- Po prostu: jesteśmy kolegami, których nie zalało - wyręczył go Olaf - i nasz
psi obowiązek, to nie zapominać o mokrych. Żadnych podziękowań nawet nie
będziemy słuchać i chwatit A ty, koleś, właź wreszcie do chałupy. Podam ci
towar.
- Ok., ok., ok., - zreflektował się Mirek.
Chwycił mocniej za parapet, wspiął się i zawisł, ciężko dysząc. Nie mógł
przełożyć chorej nogi. Weronika schwyciła go za pasek spodni i wciągnęła do
środka.
- Dzięki, te moje cholerne wiązadła - wysapał Mirek - Silna jesteś, kobieto!
- A jaka mam być? Słabe nie wiosłują.
- Racja. No dobra, do roboty - wychylił się przez okno - Podaj cegłę, Olafku.
- Trzymaj - stęknął Olaf i zaczęli wyładowywać.
Pierwsze wjechały do mieszkania zgrzewki mineralnej, potem reklamówka z mlekiem,
na końcu worek z bochenkami chleba wymieszanymi z wagonami papierosów.
- To by było na tyle, baterie mamy po kieszeniach, zaraz się wyjmie - stwierdził
Mirek - Trzeba tylko wciągnąć Olafa. Wspólnymi siłami wtaszczyli go do
mieszkania. W zębach trzymał sznurek od pontonu.
- Szanowna pani pozwoli, że przycumuję do kaloryfera - zażartował, gdy znalazł
się już w środku.
- Ależ bardzo proszę. Tylko proszę nie rzucać kotwicy, bo porysuje pan mojemu
sąsiadowi dach w polonezie. Jak jedenastego zaparkował tuż pod moim oknem, tak
do teraz stoi. Na dnie.
- Ależ oczywiście, skoro pani nalega - daruję sobie kotwicę. Swoją drogą, zawsze
uważałem, że polonezy to denne samochody, ale nie myślałem, że aż tak - zgodził
się Olaf i cała trójka wybuchnęła śmiechem Rechotali tak długo i serdecznie, że
w końcu Mirek musiał ocierać łzy, a Olaf trzymał się za bolący brzuch. Weronika
zakrywając twarz dłońmi przytulała się do ściany. Nie mogli przestać. Nagle z
sąsiedniego pokoju dobiegł głośny płacz dziecka. Weronika, rechocząc nadal i
potykając się ze śmiechu, ruszyła w tamtą stronę.
- Dzięki! Poprawiliście mi humor, tu tak ponuro i beznadziejnie... Sorry, zaraz
wracam. Coś się dzieje Delfinowi. Jedna chwilka.
- Jasne, jasne. Zaczekamy - rzekł przerywając śmiech Mirek - Nam się nie
spieszy, przypływ dopiero za dwie godziny.
- Ty... - opanował śmiech Olaf - Ona do delfina poszła? Skąd u nich delfin w
domu?
- Oj, Olaf! - Mirek spojrzał na kolegę z pobłażaniem - Do dziecka poszła
przecież.
- Na dziecko - delfin - mówi?
- No. Powiedziała, że idzie do delfina.
- No, faktycznie. I to cię nie dziwi? Na dziecko delfin mówić?
- Może im w tej wodzie dzieciak zdelfiniał! Dowcipkował Mirek Co poradzisz.
Czasy takie!
- Muszę was zmartwić, kochani - powiedziała Weronika, stojąc w progu pokoju z
mokrym od łez dzieckiem na ręku - Nasz synek płetw nie ma, choć może przydałyby
się...
- To czemu delfin? Bo tak dobrze pływa? Czterolatek? Trochę za mały na to.
- Pływać, pływa, ale Delfin to z innego powodu. Edek to frankofil, jak pewnie
wiecie. Jacka nazywamy Delfinem, bo we Francji tak mówiono na następców tronu.
- Ahaa... Teraz rozumiem - ucieszył się Olaf i zwrócił do Delfina - Powiedz,
czemu tak płakałeś, koleżko?
Dzieciak nie odpowiedział, znów rozbeczał się i przytulił twarz do piersi matki.
Szlochał głośno, kurczowo obejmując ją za szyję. Weronika z czułym uśmiechem na
twarzy głaskała go po głowie, szepcząc coś do ucha. Mirek i Olaf patrzyli na to
zakłopotani.
- Co się stało? Możemy jakoś pomóc? - spytał Mirek.
- Nie, nie sądzę. On płacze, bo mu żaglówkę ukradli - powiedziała Weronika.
- Żaglówkę?!
- Model taki. Edek mu go skleił. Dowiązałam do łódeczki szpagat i mały puszczał
sobie przez okno. Już po zabawie. Jakiś gnojek przepływał pontonem i mu ukradł.
Teraz, przed chwileczką.
- Gdzie to bydlę?! - Olaf mimo tuszy błyskawicznie rzucił się do okna. Wyjrzał.
Owszem, dwa kajaki, płynęły środkiem ulicy, nad dachami charkotał śmigłowiec,
ale nigdzie nie zobaczył ani śladu pontonu.
- Cholera, nie ma go już. Jeśli mały zapamiętał pysk tej gnidy, to dorwiemy.
- I skujemy ryja na blachę - gorączkował się Mirek.
- Dajcie spokój. To Trójkąt Bermudzki. Nie znacie reguł, więc dajcie sobie na
wstrzymanie - mitygowała ich Weronika - Lepiej piwa się napijcie. Poczekajcie
chwilę, skoczę do sąsiada. Wszystko trzymamy u niego, nasza lodówka nie chodzi,
a on ma turystyczną, podłączaną do akumulatora. Mało się mieści, ale po puszce
będzie.
- Nie, nie. Za browarek dziękujemy. Pojazd nawodny prowadzimy. Nie chcemy
ryzykować mandatu od szuwarków...
- Jakich szuwarków?!
- Rzecznych glin, znaczy.
- Ty mnie tak nie rozśmieszaj, bo upuszczę dzieciaka. No dobrze, skoro nie macie
chęci na piwo, to może choć kawy zrobię? Sąsiadka ma butlę z gazem... Ja zaraz
do niej... Cholera jasna! Nic normalnie nie można zrobić w tym bajorze! A może
wolicie coś zimnego?
- Nic nie wolimy. Nie wariuj, masz pewnie coś do roboty, a poza tym nie będziemy
wypijać tego, co przywieźliśmy. Widzę, że gaz wam potrzebny, szkoda że Edek nic
nie powiedział - zmartwił się Mirek.
- Przydałby się! Oj i to nawet bardzo - potwierdziła Weronika.
- No to jutro dowieziemy. Żaden problem. No, ale gdzie ten Edek?
- Biegać poszedł.
- Co proszę? - zdumiał się Mirek.
- Biegać. Nawet dziś nie odpuścił i poszedł.
- Co? Przez wodę poszedł? Dokąd? Nie popłynął chyba wpław? Kiedy dzwonił
wczoraj, mówił, że wasz kajak w strzępach.
- Poszedł na dach.
- Dokąd?!
- Na dach. Tam biega.
- Niemożliwe.
- A jednak - roześmiała się Weronika – Nie wierzysz, to sam zobacz. Jeszcze
zdążysz, dopiero co poszedł.
- Idziemy - zakomenderował Mirek i obaj szybko wyszli na klatkę schodową.
Weronika została sama, gdyż i Delfin pobiegł do swojego pokoiku. Zbliżyła się do
okna, wyjrzała, rzuciła okiem na Odrę przelewającą się ulicą. Westchnęła.
Sapnęła. Zabębniła palcami po parapecie. Wbrew swoim zwyczajom zaklęła i ze
złością zatrzasnęła okno. Weszła do kuchni, stanęła przy zlewozmywaku zawalonym
stertą brudnych talerzy i garnków. Sięgnęła ręką kranu, płosząc liczne stadko
tłustych much. Wzdrygnęła się z obrzydzeniem. Odkręciła kurek - nic! Nawet
bulgotu nie było słychać. Tupnęła ze złością. Znów miała ochotę zakląć, lecz
zamiast tego zwiesiła głowę, opuściła ręce. Chwiejnym krokiem, po omacku prawie,
doczłapała do taboretu, klapnęła na nim, zanosząc się płaczem. Łokcie oparła na
stole, twarz schowała w dłoniach i płakała. Nie mogła się uspokoić, szlochała i
pociągała nosem.
W drzwiach kuchni stanął Jacek:
- Mama! Czemu płaczesz? Ja chcę kupę, a w sraczyku jest trupia czaszka i
literki!
- Jak ty mówisz, dziecko kochane... To nie żaden sraczyk, tylko ubikacja -
ochrypłym szeptem poprawiła go Weronika.
Odchrząknęła, otarła łzy i wstała, odruchowo poprawiając włosy. Malec wiercił
się w progu. Przestępował z nogi na nogę.
- Mama! Weź tę czaszkę!
- Jaką czaszkę? Co ty bredzisz, synku?
- No, na klapce jest trupia czaszka i literki, a ja już mu-uszę! - denerwował
się Jacek.
- Chodź i pokaż mamie - wzięła go za rękę i zaprowadziła do toalety.
Otworzyła drzwi, podmuch powietrza mało nie zdmuchnął palącej się na rezerwuarze
świeczki. Spojrzała na deskę.
- Widzisz, mama? Jest czaszka i literki też, prawdę mówiłem.
- Tak, tak, najprawdziwszą prawdę - jęknęła Weronika i uniosła oczy w górę,
wzywając boskiej pomocy - Najprawdziwszą...
- Mama... Ja mu-u-uszę!
- Już, już - rzekła Weronika, zerwała kartkę i zgniotła ją w ręce - Siadaj synku
i zawołaj mnie jak skończysz.
Wyszła z ubikacji i oparła się o ścianę w przedpokoju, rozwinęła zmięty
karteluszek. Spojrzała - czaszka oraz piszczele namalowano cienkim, czarnym
flamastrem, napis za to czerwonym i grubym:
Każda nieuzasadniona wyższą koniecznością defekacja będzie karana śmiercią!
Domowy Komisarz Powodziowy.
- Oj, Edziu, Edziu... - wyszeptała cichutko chichocząc, lecz poczuła, że zaraz
znowu się popłacze.
Kiedy tylko Mirek z Olafem zamknęli za sobą drzwi Edkowego mieszkania poraził
ich smród. Czuli go już wcześniej, ale nie był tak intensywny, jak tutaj. Doszli
na półpiętro i jak na komendę przechylili się przez balustradę, spoglądając na
dół. Tam, gdzie powinno być wejście do piwnicy stała brudna, ciemna woda. Na
powierzchni unosiła się piana, płynący zygzakiem szczur rozgarniał ją
pyszczkiem. Olaf z Mirkiem spojrzeli na siebie i pokręcili głowami.
Co rusz spoglądając w dół, ruszyli na strych kamienicy. Towarzyszył im odór i
spojrzenia lokatorów. Prawie na każdym piętrze przynajmniej jedne drzwi się
uchylały i ktoś z mieszkańców lustrował ich badawczym wzrokiem.
- My na dach. Kolega tam biega - tłumaczył się za każdym razem Mirek, z trudem
udając powagę.

Lokatorzy w milczeniu kiwali głowami, albo nawet tego nie czyniąc - chowali się
w mieszkaniach. Obaj koledzy szli po trzeszczących i wydeptanych przez lata
drewnianych schodach, podziwiając artyzm kompozycji grzybów na ścianach i
odpadającej farby. Klatka schodowa wyglądała jakby wykonana z roqueforta -
jasno-kremowej barwy, upstrzona zielonkawymi żyłkami pleśni. Ser miał jednak o
wiele przyjemniejszy bukiet. Na strychu też śmierdziało, ale odór był jakiś
inny. Jakby kloaczny. Właz na dach był otwarty, stała przy nim metalowa drabina.
Mirek wszedł na nią. Kiedy tylko wystawił głowę na zewnątrz - znieruchomiał.
Szybko odwrócił się i rzucił do Olafa:
- Właź szybko, takich jaj toś w życiu nie widział.
- No, to się posuń, na plecy mam ci wejść?
Mirek jednym susem znalazł się na dachu. Olaf, sapiąc, wdrapał się na szczyt
drabiny, wychylił głowę z włazu. Przez chwilę jego wzrok przyzwyczajał się do
ostrego, słonecznego światła. W końcu zaczął widzieć wyraźnie, choć nie bardzo
chciało mu się wierzyć w to, co ogląda. Kilkudziesięciometrowa połać dachu
kamienicy nie była, jak w inny czas, pusta, porośnięta tylko lasem anten i
inkrustowana gołębimi odchodami. Jak okiem sięgnąć na dachu tętniło życie. Kilka
metrów w prawo od Mirka i Olafa jak zepsuty parowóz kopcił grill. Otaczała go
grupka mężczyzn i kobieta z dzieckiem na kolanach. Kołysali się na składanych
turystycznych krzesełkach. Tuż za kobietą czaił się na kąsek pieczonego pies,
zdecydowanie wielorasowy. Wszyscy poza kundlem byli w szampańskich humorach, o
ile to określenie w jakikolwiek sposób przystaje do butelek po bełtach, jakie
się wokół nich walały. Wypity alkohol i skos dachu powodowały, iż nawet siedząc,
z trudem utrzymywali równowagę. Liczący na mannę z grilla multirasowiec nie był
tu jedynym przedstawicielem swojego gatunku. Psów było z dziesięć. Wbrew
powszechnie panującym we Wrocławiu zwyczajom - wszystkie na smyczach, niektóre
nawet w kagańcach. Kucały, podnosiły nogi przy kominach i antenach. Miotały się
ciągając w różne strony swoich właścicieli, którzy wyraźnie woleli, by
czworonogi wypróżniały się na środku dachu, a nie na jego skrajach. To było
zupełnie zrozumiałe, w odróżnieniu od intencji chudego jak szczapa łysonia po
czterdziestce, który rzucał patyki jamnikowi. Rzucał za dach. Do wody. Pies był
jednak zbyt mądry, lub zbyt leniwy, by skakać do na główkę - czy raczej na łeb -
z pięciopiętrowej kamienicy. Siedział spokojnie o jakiś metr przed swoim panem i
zamiatał dach ogonem.
- Uszczypnij mnie - wymamrotał Olaf.
- Ja też nie wierzę - zawtórował mu równie zszokowany Mirek - Bunuel by się
posikał z radości.
- Dokładnie. Ale, ale... Patrz! Leci Edek! - zauważył Olaf.
Istotnie. Klucząc pomiędzy pordzewiałymi antenami i sikającymi psami, usiłując
trzymać równowagę na lekko skośnym dachu, truchtał w ich kierunku mężczyzna koło
trzydziestki, łysawy brunet z tenisową opaską na głowie. Ubrany był w bordowy
podkoszulek z napisem „Pink Floyd”, zielone szorty i białe adidasy.
- Edeeek! - ryknął Mirek na całe gardło.
Wystraszone psy rozjazgotały się, a „szampańskie” towarzystwo przy grillu
odwróciło się jak na komendę, choć z trudem. Biegacz usłyszał i rozpoznał
wołającego. Stracił rytm i pomachał ręką.
- Lecę, lecę! - dobiegło z oddali z trudem przedzierając się przez psi jazgot i
pienia grillujących.
- Z dachu nie zleć, bo woda zimna, jak cholera! - krzyknął Mirek. Edek dobiegł
do nich i przywitał się zziajany. Pot perlił mu się na twarzy, był zmęczony, ale
w doskonałym nastroju.
- Cholera, wiecie co?
- No?
- Pierwszy raz odkąd was znam, autentycznie ucieszyłem się na wasz widok,
osiołki.
- No, uważaj, bo ci pomogę zanurkować, a tu wysoko - zaśmiał się Mirek -
Dobiegłeś już? Do Kopca Kościuszki daleko?
- E tam, to nie Kraków - Edek machnął ręką - Ja do Panoramy Racławickiej biegam, hehe... Fajrant, skoro jesteście. Odbój. Chodźcie na dół, piwa się napijemy.
- A co wy z tym piwem? Rodzina alkoholików.
- Co ty bredzisz?
- Twoja żona też nas spoić chciała - rzucił Olaf.
- Pewnie po to, żebyśmy łatwiejsi byli - zarechotał Mirek - Wie kobieta, że ty
wolno biegasz... Zdążylibyśmy co nieco, wiesz...
- Dobra, dobra, tylko bez takich. Od mojej ślubnej! - Edek udał zdenerwowanie -
Więc poznaliście się już z Weroniką? I jak wrażenia?
- Yesss! - Mirek przewrócił oczami i teatralnym gestem złapał się za serce. -
Taaa... Może lepiej już chodźmy... - Edek zerknął na kolegę dumnym, ale i
zazdrosnym okiem i zakomenderował: - Idziemy!
Ruszył w stronę zejścia, a oni poszli w jego mokre ślady. Edek pierwszy wlazł na
drabinę, a Olaf stanął jak wryty u włazu. Mirek szturchnął go:
- No złaź, ofiaro, złaź.
- Mirek, ty lepiej sobie popatrz. Popatrz tam, koło tego talerza. O, raju...
- Co jest? - zdziwił się Mirek i zerknął w tamtym kierunku.
Zdębiał. Tuż obok anteny satelitarnej przechodziła para. Starsza pani, ubrana ze
staroświecką elegancją, jakby żywcem przeniesiona z sanacyjnego Lwowa. Długa
beżowa suknia sięgająca kostek, pantofle na niskim obcasiku, włosy krótkie,
siwiuteńkie, misternie ułożone. Szyję jej zdobiła apaszka o pół tonu ciemniejsza
od sukni. Ręce w siatkowych, białych rękawiczkach. Osłaniała się od słońca lekką
parasolką na bambusowym drążku. Szła pod rękę z równie wiekowym mężczyzną,
eleganckim w identyczny sposób, jak ona. Takim a la hr. Dzieduszycki. Odziany
był w kawowej barwy letni garnitur, jasnobrązowe, lekkie półbuty. Zadziwiająco
bujną, siwą grzywę włosów lekko rozwiewał wiatr.
Mimo nachylenia dachu kroczyli dostojnie i elegancko, uśmiechając się
dystyngowanie do mijanych sąsiadów, których ten widok jakby zupełnie nie dziwił.
Staruszkowie uśmiechali się ani za szeroko, ani zbyt półgębkiem. Ot tak, jak to
w dobrych domach przedwojennych uczono. Ot tak, jak gdyby dreptali nie dachem
oblanej dokoła wodą kamienicy, lecz ulicą Akademicką czy Wałami Hetmańskimi
przedwojennego Lwowa. Ot tak, jakby spacerowali sześćdziesiąt lat temu,
wytwornie odpowiadając na ukłony znajomych „z towarzystwa”, dyskretnie zerkając
na lwowskich „wielkich” owych czasów. Mijając właz, ona skinęła uprzejmie głową,
on podobnie. Mirek i Olaf odkłonili się, zszokowani tak samym widokiem, jak i
niewzruszonością manier staruszków mimo tego, co się działo dookoła od
kilkudziesięciu godzin.
Mirek wymamrotał:
- Boże drogi... Gdzie ja jestem?!
- No co z wami ? - zadudnił z włazu stłumiony głos Edka.
Mirek i Olaf ocknęli się z trudem i zaczęli gramolić się do środka, wciąż
zerkając na staruszków. Zeszli po drabinie, przemierzyli ciemny, cuchnący strych
i wyszli na klatkę schodową.
- Edi? - nie wytrzymał Olaf.
- Co jest? Nie napieraj tak na poręcz, bo pieprznie.
- Dobra, ale powiedz mi, co tu tak makabrycznie cuchnie?
- A, to zależy gdzie. Na strychu, czy w bramie?
- Zacznij od strychu.
- Na strychu to psie i kocie szczyny, do tego gówna. Nie każdy zdąży na dach,
rozumiesz. Jak zdąży, to lepiej, bo albo wysycha, albo się to skopuje do wody.
- Na głowy ludziom?
- A skąd mi to wiedzieć? Ja ani psa, ani sierściucha nie mam. Może popytać
sąsiadów?
- Nie wygłupiaj się - żachnął się Olaf.
- No, przecież jaja sobie robię.
- A w bramie, to co śmierdzi? - dopytywał się Mirek.
- Tu wali czym innym. Tym co gnije, a sam wiesz, co ludzie potrafią trzymać w
piwnicach: od przetworów, po cholera wie co. Pewnie i niejeden kocur zdechł, jak
zalało, że o szczurach nie wspomnę. Wybijanie kanalizacji też swoje dodaje do
bukietu.
- Paranoja - skwitował Mirek - Zasrana powódź...
- Dosłownie - zasrana - zgodził się Edek - Tak właśnie mieszka się w wodzie. To
nie pocztówka z Wenecji i nic nie poradzisz. Póki woda nie zejdzie - nic się nie
zmieni.
- Ciekawe, kiedy zejdzie - zastanawiał się Olaf ostrożnie stąpając po
trzeszczących schodach.
- Jak to „kiedy”? - zachrypiał jakiś niewyraźny głos. Należał do półnagiego,
ubranego tylko w szorty i przydeptane tenisówki wytatuowanego faceta. Ledwo go
było widać w półmroku, gdy palił na półpiętrze papierosa.
- Witam sąsiada - rzekł Edek - Co tam słychać, panie Staśku?
- Siemana, panie Edziu. Radio mnie poszło wp...u! Nic, k...a, nie słychać,
bateryjki się poszli j...ć, siedli znaczy - wyburczał sąsiad i zwracając się do
Mirka i Olafa chrypiał dalej - A wy też zalani?
- My? - zdziwił się Olaf.
- No a kto, Jezus Chrystus? - ironizował wytatuowany - Do was mówię.
- Nie, nie jesteśmy zalani. A powinniśmy? - wyczuł okazję do starcia Mirek.
- Spokojnie koleś, gościem na parafii jesteś i jeszcze nie wiadomo, czy
proszonym! Dowcipy se w dupę wsadź! - facet podniósł głos.
- Panie Staśku, spokojnie, oni są ze mną - wtrącił się Edek.
- Widzę sąsiad, widzę. Tylko dlatego w ryj nie walę - zauważył krewki sąsiad -
Inaczej by wp...du fruwali na dół, do wody, jak te skoczki na olimpiadzie.
- Skoczkowie - wyrwało się Mirkowi.
- Tyyy...
- Panie Staśku... - niespokojnie interweniował Edek.
- Okej, panie Edziu, ale co się mnie czepia? Czego się mądrzy? Może popływać
chce ze szczurami?
Olaf odruchowo zerknął w dół. Zobaczył dokładnie to, co i wcześniej: stojącą
nieruchomo wodę, połataną pianą, tylko szczura-pływaka nie było już widać.
- Panie Staśku, on tak odruchowo poprawił, bo to syn polonistki. Nie chciał pana
urazić.
- No, ja myślę, na samobójcę mi, k...a, nie wygląda.
- Musimy iść już, spieszymy się, do widzenia - Edek chciał zakończyć spór.
- Idźcie. A woda to zejdzie, jak tam, cwaniaki, porozbieracie te swoje pieprzone
barykady. To przez nie u nas to gówno stoi, k...a jego mać. A jak nie, to my wam
pomożemy. Nie, panie Edku?
- Wszystko z czasem, panie Staśku. I bez pomocy rozbiorą. Niech pan wdepnie
wieczorkiem - rzucił pośpiesznie Edek i popchnął Mirka stanowczo - Idziemy!
- Wdepnę, wdepnę - pożegnał się pan Stasiek i pogardliwym wzrokiem zmierzył
Mirka i Olafa - A pilnuj pan fumfli, żeby się nie potopili, szczególnie ten
pyskaty.
Tym razem Edek udał, że nie słyszy. Mirek oczywiście chciał coś odpowiedzieć,
ale mocna sójka w bok wymierzona mu przez kolegę odniosła efekt. W milczeniu
dotarli do mieszkania.


|
|