O wesołym chirurgu i jego pomocniku w stresie
                                                              (dialog medyczno-antyalkoholowy)

 

Na samym końcu restauracyjnego wagonu skrzypiał przyśrubowany do ściany przerdzewiałymi wkrętami, stary, dwuosobowy stolik. Pociąg ruszył, Lokomotywa szarpnęła. Siedzący przy stoliku szatyn, o chudej, trójkątnej twarzy w ostatniej chwili złapał szklankę. Westchnął i z namaszczeniem umoczył wzrok w piwie, do połowy wypełniającym naczynie.

- Witaj! - usłyszał nagle nad głową, uniósł wzrok i ujrzał twarz długowłosego bruneta. Uśmiechnął się lekko i odpowiedział na powitanie:
- Cześć, co słychać?
- Nic szczególnego. Stara bida.
- Jak zwykle. Bida ciągle ta sama, tylko pogoda się zmienia.
- Fakt. Swoją drogą, to leje makabrycznie. Jak ja tęsknię za upałami!
- No, ja nie bardzo jakoś. Źle je znoszę. Poza tym wspomnienia mam nieszczególne. Te upałowe wspomnienia, znaczy.
- Masz pogodowe wspomnienia?
- Mniej więcej. Najgorszy mój okres w życiu, to wtedy, kiedy dorabiałem w lecie. Na czesne zarabiałem.
- Jako palacz w kotłowni, że cię tak gorąc drażnił?
- Śmiej się, śmiej. Gorzej. Dymałem w szpitalu. W roli ratownika medycznego.

- A co to za zwierzę?
- A takie. Dzikie. Kurs zrobiłem i udawałem krzyżówkę sprzątaczki z pielęgniarką.
- Powaga? Co ci odbiło?
- Serio. Nie było żadnych innych możliwości w moich stronach, a zbierać truskawek nie miałem ochoty.
- No, oczywiście.
- Pamiętam kiedyś, w lipcu to chyba było. Tak. W lipcu. Do tego najgorsze z możliwych, bo piątkowe popołudnie.
- A co piątek ma do rzeczy?
- Zaraz się dowiesz. Siedziałem na ostrym. Sam, na Izbie Przyjęć miejskiego szpitaliku, jak ten kolec w dupie. Cisza. Spokój, Nuda. Nic się nie dzieje...
- Aaaa! Rozumiem już, o co chodzi z piątkiem! Kto normalny choruje w popołudnie przed weekendem!
- Nikt, o to właśnie chodzi! Niestety, ja zawsze mam pecha i znowu trafiło na mnie.
- Co takiego?
- Normalnie dyżur dziennej zmiany kończy się o 15.00, ale oczywiście piguły pokazały dokładnie, gdzie one to mają, w dupie mianowicie. Piątek przecież. Zmywają się jeszcze przed czternastą. Sam zostaję, a one lezą sobie do domków, bezstresowo.
- Cholera, no i co? Miałeś pietra?
- Niespecjalnie. Po kursie byłem równie dobry, jak przeciętna pielęgniara. Z lekarzami piłem wódkę. Asystowałem przy drobnych zabiegach chirurgicznych.
- Powaga?
- Jasne. Zdejmowałem szwy, zakładałem gipsy, cewnikowałem dziadków z prostatą, zastrzyki, reanimacje...
- Co ty powiesz? To fachura byłeś.
- Nie całkiem, ale wiesz, miałem nadzieję, że do końca tej zmiany już nie będzie żadnych klientów. W końcu, dla mnie to jednak też był piątek.
- Fakt.

- Ale okazuje się po raz kolejny, czyją matką jest nadzieja.
- Oczywiście - nie wynalazków, cha cha cha!
- No nie, innych ma synów, rzecz jasna. Dokładnie o 14.55 słyszę w radiotelefonie: osiem-dwa, zgłoś się. Zgłaszam się. Pogotowie prosi o chirurga, ale na cito. Mają w karetce klienta - pijanego, agresywnego, strasznie krwawiącego. Nie mogą zatamować i boją się, że im kojfnie.
- Ładny gips.
- Gips? Gorzej. Ryczę przez interkom do pielęgniarek z chirurgii, żeby dały lekarza na dół, a ja sam przygotowuję wszystko, co potrzebne do wstępnego opatrzenia rannego. Czasu mam od groma, bo pogotowiarze są jeszcze daleko. Z jakiejś wiochy jadą. Na wszelki wypadek rozkładam narzędzia do szycia, rękawiczki, strzykawki z lignokainą.
- Z czym?
- A z takim szajsem do znieczuleń. Robię swoje i czekam spokojnie. Chirurga coś długo nie ma, a dostaję cynk, że karetka już za miedzą. Olewam więc piguły i sam dzwonię do dyżurki lekarskiej. I szok pełen. Słyszę bełkot doktora Marka, największego pijusa w całym szpitalu. - Czego, k...a? - pytał. Mareczku - ja do niego - Zasuwaj na dół, wiozą nam towar. - Co niby? - pyta Mareczek. Mówię mu tyle, ile sam wiem. Dobra, jasna dupa - słyszę w odpowiedzi. - Zrób z nim coś, ja zaraz przyjdę.
- O, raju...
- Chyba piekle, chłopie. Chirurg pijany w sztok. Czekaj, zaschło mi w gardle.
- Dobra. Napij się i mów, co dalej?

- A nic szczególnego. Ciąg dalszy thrillera, jak z Cooka zupełnie. W końcu wpadają na Izbę pogotowiarze. Z noszy wywalają mi na stół zabiegowy gościa, który jest jedną wielką plamą juchy. Na wszelki wypadek nawet nie mówią "cześć", spieprzają w podskokach. No, to ja za gościa. Już nie jest agresywny.
- Osłabł biedaczysko?
- Ano. Ściągam z niego okrwawione łachy i oblewam mu mordę wodą utlenioną. Chcę zobaczyć, co mu właściwie jest.
- I?
- Nawet nieźle mu jest. Całe pyszczycho ma w głębokich, ciętych ranach. To jednak małe piwo w porównaniu z tym, co widzę poniżej. Gość ma ładny, głęboki "uśmiech" na podgardlu.
- Co takiego ma? Jaki uśmiech? Co ty bredzisz?
- No, ranę ma na podgardlu. I z tej rany właśnie mu bluzga ta posoka litrami. Ale w sumie oddycham z ulgą, bo, generalnie, nie jest najgorzej. Gdyby mu poszła jakaś tętnica już by dawno się przekręcił. Rany ma paskudne, ale nie śmiertelne, jednak. Pytam go, czy może mówić. Wychodzi, że może, bo bełkocze - Sk...syny mnie tulipanem jebły bez pysk.
- Aha, entelygent taki.
- No. Typowy tubylec. Jest tak nawalony, że nie czuje bólu. Obmywam go dokładniej i ponownie dzwonię do doktora Marka. Wyzywa mnie od kretynów i melduje, że jest śpiący i ma zarówno pacjenta, jak i mnie głęboko w dupie. Jednak po kilku minutach moich błagalnych jęków, łaskawie godzi się nadciągnąć.
- Ludzki pan, szczerze mówiąc, mógł zasnąć i nie widziałby go nawet.
- Żartuj sobie, mądralo. Co byś na moim miejscu zrobił?
- Pewnie zemdlał, he he he!
- Nie denerwuj mnie! I tak mnie trzęsie, jak sobie przypomnę.
- Spokojnie, stary.

- W każdym razie, wracam od telefonu do pacjenta i widzę przeuroczy obrazek. Scenkę rodzajową. Facet zlazł mi ze stołu, podszedł do lustra wiszącego nad umywalką i podziwia swoją buźkę. Znów zaczyna krwawić jak zarzynana świnia, ale kwiczy ze śmiechu.
- Co go tak rozbawiło?
- Taka mała dziureczka w policzku. Na wylot. Wypycha przez nią język i się cieszy jak jaki głupi do sera.
- Wesoły chłopaczek
- Chłopaczek? Góra starego mięcha, a nie chłopaczek. Rzucam się i powalam go stół. Czuję się, jakbym nosorożcowi nelsona zakładał. I ufajduję się tą jego posoką jak rzeźnik.
- No, a co ten lekarz? Nie obudził się?
- No właśnie, tuż po tym jak kończę się siłować z moim kochasiem, włazi właśnie. Raczej dotacza się na miejsce. Narąbany makabrycznie. Ledwo wchodzi, pyta mnie: - I co, misiaczku, dla mnie masz? Tylko to mówi i potyka się o jakiś kabel i ląduje na podłodze.
- Rany boskie...
- Nic. Spokojnie. Zbieram go z gleby i tłumaczę, co jest. Doktor strasznie marudzi - No, k...a. Wiesz, Jarek, że jestem pijany - bełkocze do mnie - to odwal się, matole. Starego człowieka, bydlaku jeden, ze sprawiedliwego snu budzisz.
- Milusi chłoptaś z pana doktora.
- A tak sobie bzdurzy, nie słucham nawet, ale w końcu jednak przeważa w nim zawodowe zainteresowanie. Pochyla się nad klientem i stwierdza radośnie - O, ja pieprzę, ale go jebli. Diagnoza na poziomie Sorbony, potem mnie prosi, żebym dokładniej obmył rany pacjentowi, a sam naciąga sterylne rękawiczki. Spogląda na, w miarę oczyszczoną z krwi twarz klienta i wyraźnie wstrząśnięty wrzeszczy - Adaś? K...a, Adaś, to ty? Tamten otwiera ślepia i bełkocze - Marek? Ja cię pieprzę, Mareczek... Kopa lat, k...a.
- Dwaj przyjaciele z boiska, ale ubaw...

- A pewnie. Zaczynają się całować. Doktor Marek nosi brodę, więc po kilku czułych uściskach, ma ją całą - miast siwej - czerwoniutką. - No, dobra - mówi wreszcie - Koniec czułości, zaraz cię Mareczek załata i będziesz jak nowy. Dawaj, Jarek, lignokainę! Podaję.
- Czyli gość jednak się sprężył i zabrał do roboty?
- Gdzie tam. Duch bojowy w niego wstępuje nagle, cholera jasna. Zamiast znieczulać rozdziera się jak stare gacie – K...a, Adaś! - wyje jak wilk, któremu ogon do śniegu przymarzł - Adaś, kto cię, k...a, tak sięgnął? A pan Adaś zaczyna tłumaczyć, kto i gdzie. - Zarżnę sk...synów - stwierdza, chłodno tym razem, doktor Marek.
- Killer!
- No! Rzuca, mówię ci, strzykawkę na podłogę i leci do drzwi. Łapię go za fartuch w ostatniej chwili i proszę - Może najpierw połatajmy trochę gościa, a potem razem pójdziemy szukać tych oprychów.
- Zgadza się łaskawie?
- Tak. Prosi ponownie o lignokainę. Zmieniam mu rękawiczki, bo te dawno już straciły sterylność. No, zaczyna się szycie, a raczej jego parodia. Marek ledwo widzi na oczy, ruchy nieskoordynowane. Dziobie igłą gdzie popadnie, z reguły jednak trafia, mniej więcej, w okolicach rany.
- Na okrętkę szyje?
- Coś w ten deseń.
- Cha cha cha!

- Wesoło ci? Jakbyś na to patrzył, to byś się tak nie śmiał. W parę minut załatwia panu Adasiowi pysk. Facet po tym szyciu wygląda o wiele gorzej niż przed. Ryło ma powykrzywiane, jakby niedojrzałego agrestu się najadł, ponaciągane nićmi. Makabra. - No, ryja już masz jak się patrzy - stwierdza Mareczek - Gardełko ci teraz zrobimy. Każe mi dać nową igłę i nić. Troszkę się zgrzałem wtedy, bo nie wstrzyknął mu lignokainy. Zapomniał chyba, no a może - myślę - wie, co robi, w końcu skończył tę cholerną medycynę. On, nie ja. Nie będę przecież pouczał lekarza.
- Weterynarza raczej chyba.
- Nie mów, na trzeźwo to był dobry chirurg.
- A bywał trzeźwy?
- Hm, z tym nieco gorzej. W każdym razie, Mareczek wbija igłę, a jego koleś podskakuje i stocza się na podłogę. - Marek!!! - ryczy - Boli mnie!
- Zbawienny wpływ gorzały się skończył.
- Dokładnie. Układam zwłoki ponownie na stole, a Marek go przywołuje do porządku - Ty mi tu, Adaś, nie pieprz, nic cię nie może boleć, znieczuliłem cię. I znów dziabie igłą i cała akcja powtarza się od początku. Marka to wyraźnie intryguje.
- No, proszę, jaki bystrzacha...
- Łapie mnie za rękaw i odciąga od stołu. - Jareczku, kochany - krztusi się ze śmiechu - Patrz, zapomnieliśmy, k...a, Adasiowi lignokainkę wstrzyknąć, he he he!
- "Zapomnieliśmy"? Jaki cwany! I co ty na to?
- Mówię mu, jak było - Ja pamiętałem Mareczku, ale nie chciałem ci się wpieprzać. Degustuje go to. Moja postawa, znaczy. - Jarek - mówi poważnie. - Jak, cholera, widzisz, że Marek jest narąbany, to go pilnuj. No, k...a, po co cię tu mam, no nie?
- A ty co?

- Nic. Toż zarabiać tam jestem, a nie wojny toczyć. Potulnie potakuję. Kolejny raz zmieniam mu rękawiczki. Sam już wstrzykuję lignokainę, a Marek znowu odstawia teatrzyk pod tytułem "Przygody Szewczyka Dratewki".
- "Bierze i zszywa" faceta.
- Tak. Po paru minutach kończy, i jakby trochę trzeźwieje. Przygląda się pacjentowi i mówi - Słuchaj, Jaruniu. Spieprzyłem chyba troszkę robotę. Lekko jestem przemęczony. No, nie można puścić go do domu w takim stanie.
- Cóż za samokrytyka, cha cha cha!
- Pewnie. Marek każe założyć gościowi kartę, dać piżamę i odstawić na chirurgię, bo tam, na bloku jest Irek, też chirurg...
- Trzeźwy, aby?
- No. O dziwo, abstynent.
- Ciężko uwierzyć
- A jednak. Mareczek każe mi jakoś niby przypadkiem pokazać tego biedaka Irkowi. - Ale, k...a mać, pamiętaj, przypadkiem ma być! Żeby nie wyglądało, że mi nie ufasz. Wiesz, pielęgniarz nie powinien kwestionować tego, co lekarz zrobił - mówi - A teraz, Jaruś, trzymaj się. Ja spieprzam, do ginekologów, się zdrzemnąć (na ginekologii ma dyżur jego kumpel, moczymorda pierwszej gildii). W drzwiach tylko Mareczek jeszcze się odwraca i chichocze - No, cholera, on jak upiór wygląda! Uśmiecha się radośnie i wychodzi.
- Rany boskie...

- Zakładam historię choroby, ubieram typa w piżamę. I dawaj, holować go do windy i cały czas myślę, jak tu "przypadkiem" podsunąć go Irkowi. Nie muszę jednak nic wymyślać, bo przy windzie na chirurgii sterczy właśnie Irek. - Coś tu przywiózł? - pyta. A takiego jednego - bąkam - Pocięty, poszyty, Marek kazał na obserwację przyjąć... Irka intrygują plastry, którymi okleiłem gościa, żeby nie straszył ludzi po drodze. - A po cholerę to? - pyta i odkleja jeden. Blednie, cofa się o kroczek i mówi - Jarek... Ty go szyłeś? - No coś ty, odbiło ci? - mówię - No, tak myślę - mruczy. - Wyglądasz na trzeźwego, lepiej byś to zrobił. Każe mi walnąć gościa do zabiegowego, zdjąć szwy i przygotować zestaw do szycia. - Tylko piguł nie wołaj - syczy. - Sami to zrobimy. Marek i tak ma przesrane, po cholerę mu jeszcze ta afera. No i połatał klienta od początku.
- Ufff. Czyli koniec i po wszystkim
- Zależy.
- Nie rozumiem?
- Koniec to jest taki, że pięć lat później Mareczek został tam ordynatorem...

 

wstecz