| |
O pomysłowym dzielnicowym i nocnikowej solidarności
(dialog tłoczny)
- No, witam, witam! - uśmiechnął się szatyn - Jednak trafiliśmy na siebie, mimo
takiego tłoku.
Brunet w odpowiedzi bez słowa nalał piwa do drugiej, stojącej przed nim szklanki
i gestem zaprosił szatyna, który z mozołem przeciskał się do stolika.
- Cholerka, taki ścisk, a tu miejsce u pana wolne.
- Nic w tym dziwnego nie ma. Wolne, bo zajęte. Od samego Międzylesia trzymam dla
pana ten stołek - wyjaśnił brunet - Walczę jak lew!
Szatyn usiadł, odsapnął, spojrzał na sąsiada i rzekł:
- Wielkie dzięki. No, ale... Może byśmy tak przestali sobie „panować”? Jarek
jestem.
- A ja Filip.
- Też dobrze, choć moje imię ładniejsze - uśmiechnął się szatyn - Nawet nie ma
co porównywać.
- Może zmieńmy temat. Po co zaraz po przejściu na „ty” bić się i to w tłoku? -
udając powagę, zaproponował brunet.
- Też racja. A swoją drogą, tłok faktycznie makabryczny. Chyba całą podróż
spędzimy w „Warsie” - tą mało optymistyczną konstatacją szatyn przedzielił dwa
łyki piwa, które pociągnął z wyraźną lubością.
- Ano. Tylko niech nikt potem nie mówi, że nietrzeźwi do domów wracamy. To
przecież nie chęci, tylko okoliczności obiektywne - zgodził się z nim brunet -
We wszystkich wagonach tłok, jak jasna cholera. Co najmniej jakby to nie zwykły
osobowy był, tylko pociąg do kobiet.
- No, tobie wszystko się z jednym kojarzy, młody kolego - prychnął śmiechem
szatyn - Co do tego tłoku, to się z tobą jednak nie zgodzę. Jeden przedział jest
prawie pusty.
- Który?
- W drugiej klasie, tuż przy kibelku. Markerem na szybie w drzwiach napisane
Konwój i siedzi tylko trzech klientów. Jeden w bransoletkach.
- Elegant, czy taki "kochający inaczej"?
- W kajdankach siedzi, a pysk ma, jakby co najmniej trzy wsie z dymem puścił.
- Ciekaw jestem, co ten zakajdankowany przeskrobał. Wie pan...
- Nie pan, nie pan. Ani wyglądu, ani pieniędzy...
- Sorry, sorry!
- Pilnuj się! A wracając, to nie wiadomo, czy zakajdankowany na serio, czy dla
tak zwanych jaj, mówiąc mało elegancko.
- Nie rozumiem.
- Kiedyś sam takie numery robiłem...
- Co proszę?
- Proste. Jeździłem na taki kurs, z roboty. Na drugi koniec Polski się
telepałem, do makabrycznie ponurego miasta pod tytułem Kętrzyn.
- Nie znam.
- Nic nie tracisz. W każdym razie, cholernie długa droga była. I zawsze w
piekielnym tłoku, a pomyśl sam - prawie dziesięć godzin na stojaka, na
korytarzu, w ścisku...
- Brrr...
- No widzisz. Człowiek imał się każdego sposobu. Jeździliśmy m.in. na pijaka...
- Na pijaka?
- No. Wskakiwaliśmy w czterech do wolnego przedziału. Pusta flaszka po wódce na
stolik i co stacja, co postój i nowi pasażerowie wbijają się do wagonu - my
udawajemy maksymalnie urąbanych. Wiesz - wzrok dziki, suknia plugawa, wrzaski,
bełkotanie, śpiewy nawet...
- Super pomysł. Chętnych na wasze towarzystwo raczej nie było.
- Ano - nie. Do czasu. Przesiadka zawsze w "stolycy", na Wschodniej...
- A! Znam, znam. Piękny dworzec i z atrakcjami. W hali z barem, tam gdzie się
konsumuje, na rurkach pod sufitem siadują gołąbki i dorzucają co nieco do
talerzy...
- Przestań, jestem przed obiadem.
- Dobra. Mów, co się stało na tej Wschodniej.
- Już mówię. Pakujemy się do przedziału. Flaszka na stolik - standard. Śpiewamy.
Nagle drzwi się otwierają i staje w nich facet. Taki grubas. Na pysku radość,
jakby co najmniej się dowiedział, że cały sejm wyemigrował.
- Ech, marzenia...
- No. W każdym razie facet stoi i się gapi. Widzimy, że coś niedobrze, więc
kumpel zaczyna symulować, że ma mdłości. Nie pomaga. Niestety.
- Co?
- To, że gość jeszcze sympatyczniej się uśmiecha i mówi: O! Jaki fajny
przedział. I miejsca są. Włazi, uwala się, a my baraniejemy. Nie wiemy, co
zrobić. Gruby miejsca na siedzeniu zajmuje za trzech. Chwilę coś bełkocze bez
sensu i zasypia. Chrapie jak knur astmatyk i zionie wódą w sposób tragiczny. On
ma wygodnie, a my przechlapane. Nie dość, że ciasno, to jeszcze te opary, aż nas
skręca! Ochota jest, facet wydychając nastrój robi, a my na alkohol nie mamy ani
grosza. Koniec miesiąca. Dopiero jedziemy po wypłatę. I tak, widzisz, sposób „na
pijaka” nie jest niezawodny.
- Cóż, facet wziął was za "swoich"!
- Dokładnie. Dlatego, po przegrupowaniu sił i środków - zmieniliśmy taktykę.
- Na?
- Na "policyjno-konwojową".
- Znaczy?
- Znaczy, że wykorzystaliśmy fakt, iż w Olsztynie dosiadał się mój dzielnicowy.
Robił gliniarską oficerkę, w Szczytnie. Zaocznie. Sam wpadł na ten pomysł i
zaczął wozić kajdanki. My wsiadaliśmy w Kętrzynie i telepaliśmy się do Olsztyna.
Tam pojawiał się pan policjant...
- W mundurku?
- A jakże! Zakuwał jednego z nas, szukał konduktora i żądał pustego przedziału
dla konwoju. Machał legitymacją i zawsze się udawało.
- No wiesz, co...
- W pewnym sensie, zakucie w kajdanki, to nam się należało za łamanie przepisów
kolejowych, za udawanie konwoju policyjnego, ale powiem ci - nie mam wyrzutów
sumienia. Tyle przekrętów na samej górze, że jako "maluczki" czuję się
usprawiedliwiony.
- To logika Kalego, mój drogi.
- Może, ale nie myśl, że to takie miłe - jechać w kajdankach. Zaraz po zajęciu
przedziału, dzielnicowy przykuwał "aresztanta" do stolika, jeszcze na oczach
konduktora. Potem zasłanialiśmy okno, kolejarz zamykał przedział, zakutego się
uwalniało i po krzyku.
- Cwaniaki.
- Wcale nie było nam tak dobrze, bo jako zamknięci, nie mogliśmy piwa pić.
- Uuu! No, racja, mielibyście spory problem, no wiesz, przez okno... Mógłby
któryś zahaczyć o semafor, czy zwrotnicę, jak ten bidula w Szwejku...
- Oj... Nawet nie mów, bo aż mnie dreszcz przeszedł.
- Ciebie dreszcz, a mnie pusty śmiech ogarnia, jak sobie przypomnę mój pewien
wyjazd pociągiem nad morze. Z siostrą i jej dzieciakami.
- Co ci się nagle skojarzyło? Nie mów, że kogoś skułeś.
- Nie. Siostry teściowa została w domu. Szwagier też. Biedaczysko...
- Ech...
- Skojarzenie mam z tym, że droga do wucetu bywa odcięta. Wiesz, to było jeszcze
w czasach FWP. Jedziemy w cholernym tłoku, gorszym niż tutaj. Pociąg, niby,
wykupiony przez firmę, taki, wiesz, osobowo-zakładowy na wczasy.
- Błe...
- No, ale jak to w Polsce bywa - cały korytarz zajęty przez tych, którzy się nie
zmieścili w normalnych wagonach. Horror się robi, kiedy się dzieciakowi siostry
zachciewa się sikać. Młody jeszcze, taki wczesnonocnikowy.
- Piękny wiek...
- Tak, ale nie kiedy tłok na korytarzu. Pierwszy nocnik leci za okno, ale
siostra się wścieka i mówi, żebym tak nie robił. Okay. Z drugim nocnikiem
zasuwam tratując tych na korytarzu. Z następnymi już nie. Stratowani sami
zaproponowali, że pomogą. Wystawiam tylko nocnik z zawartością z przedziału i
oni już go sobie podają, jak pochodnię zapalającą znicz olimpijski. Puste
naczynie wraca, jak bumerang.
- Wyszli pewnie z założenia, że trzeba sobie zawsze pomagać w biedzie.
- Pewnie. Wiesz - my, Polacy, w trudnych chwilach zawsze się jednoczymy, aż
serce rośnie.
- NO. Nocnikowa solidarność.

|
|