O nietypowych kibelkach i prusakach w Warszawie

                                                                    (dialog toaletowo-peregrynacyjny)


- Przepraszam, czy to miejsce jest wolne? - spytał średniego wzrostu szatyn.

Spytał niewyraźnie, intensywnie żuta guma popsuła mu dykcję. Nie doczekał się żadnej reakcji, więc stał, trzymając pod jedną pachą książkę, pod drugą zaś puszkę piwa. Tęskniącą za piwem szklankę pieściła dłoń prawa. Stał i czekał na odpowiedź, na jakiś odzew ze strony mężczyzny siedzącego przy stoliku. O ile pytający szatyn miał, ledwo co, przekroczoną czterdziestkę, ponadgryzane wąsy i bródkę a la Krwawy Feliks, to nieodpowiadający brunet był o jakieś kilkanaście lat młodszy. Włosy miał długie do ramion, twarz starannie ogoloną. Gdyby nie to, że siedział, robiłby spore wrażenie wzrostem. Prawie dwa metry.

- Halo! Czy pan mnie słyszy? - szatyn zaczynał tracić cierpliwość. - Halo! Halo!
- Co? O co chodzi? - przebudził się z odrętwienia brunet, tkwiący w zamyśleniu nad szklanką z piwem.
- O miejsce. O miejsce chodzi, proszę szanownego pana, tylko o miejsce. Nie lubię pić na stojąco. Już taki dziwak ze mnie - ironizował starszy.
- No, to niech pan siada - młodszy skrzywił się i burknął od nosem ledwo słyszalnie - skoro pan koniecznie musi...

Szatyn usiadł. Szurnął „Słowem Polskim” na stolik, szklankę postawił obok gazety i nalał do niej piwa. Z błogością na twarzy pociągnął kilka łyków. Zerknął na sąsiada i widząc, że brunet chce coś powiedzieć - szybko rozpostarł gazetę i wlepił w nią wzrok. Tak na wszelki wypadek i na znak, że ceni sobie prywatność w podróży.
Brunet skrzywił, się wlepił wzrok w okno.

Szarpnęło, skrzypnęło przeraźliwie, zabrzęczało. Za oknem zaczął przesuwać się z wolna typowy, miejsko-dolnośląski krajobraz: pruskie potworki z czerwonej cegły zmieszane klockowatymi pomnikami Gomułki i Gierka, dzikie śmietniska tuż przy nasypie i plenerowi pijaczkowie płci obojga błąkający się po krzakach.. Wielobarwne napisy w rodzaju: Legia ch...e czy Cała Polska w cieniu Śląska - WKS King, Wrocław wita - Lubin do gazu witały lub żegnały podróżnych. Zależy, w którą stronę się jechało. Pociąg załomotał na rozjeździe. Szarpnęło wagonem, a szklanka bruneta zachybotała i o mało nie wywróciła się. Brunet pochwycił ją w ostatniej chwili, lecz i tak kilka kropel skapnęło na gazetę jego towarzysza podróży. Dzień nabierał animuszu jaśniejąc porannym słońcem, pociąg nabierał prędkości, a twarz szatyna purpurowej barwy.

- Mógłby pan, do jasnej cholery, uważać - warknął wściekle szatyn- Polał mi pan gazetę!
- Oj, sorry. Nie wiedziałem, że aż tak szarpnie. Sorry.
- Pierwszy raz w życiu pan jedzie pociągiem?
- A skądże znowu, firma Wars nauczyła mnie pić, kiedy dojeżdżałem na studia.
- Ale trzymać szklanki, to jakoś zapomniała nauczyć.
- Oj, przepraszam pana. Odkupię. Odkupie te gazetę. Bardzo sorry, ale... Wydaje mi się, że aż tak wielkiej szkody nie wyrządziłem. I tak pan nie czytał.
- Czytałem! Co mi pan tu wmawia?! – podniesionym głosem rzucił szatyn.
- Do góry nogami?
- Nie, nie do góry nogami. Nie jestem akrobatą, młody człowieku.
- Ja o gazecie mówię. Odwrotnie pan ją trzyma.
- Faktycznie - skrzywił się szatyn i zachichotał zmieszany - O, psia krewka!
- Pan tak zawsze? - rozumiem, że prasa kłamie, ale żeby szukać prawdy czytając w ten sposób, to chyba przesada - zaśmiał się brunet.

- No i wygłupiłem się. Wie pan, ja potwornie nie znoszę pogaduszek w pociągu i chciałem się od pana odgrodzić.
- Zauważyłem. Też nie przepadam za takimi rozmowami. Dialogami z przymusu. Z reguły jeden gada i gada, a drugiemu tylko słuchać pozostaje, jak tamten...
- ...plecie i plecie o tym, co tylko jego i wyłącznie jego interesuje.
- No i gaduła ględzi, jak najęty. Rozmowa się ciągnie, jak guma do żucia...
- Mordoklejka raczej.
- Co?
- Mordoklejka, taki cukierek. Długo go się to i ciężko gryzie. Żuje, raczej.
- Aha. Za moich czasów mówiło się na to ciągutka.
- Niech będzie. Czyli rozmowa ciągutka. Pociągowa taka.
- Pociągutka.
- O! Coś w ten deseń! A w „Warsie”, to pociągutka z piwem.
- Piwna. No, właśnie. Może po piwku? Na zgodę? Tak w ramach odszkodowania za gazetkę - zaproponował brunet.
- Jaaasne! - zgodził się szatyn.
- To ja zaraz jestem! - rzucił szybko brunet, wstał od stolika i ruszył do bufetu.

Wrócił bardzo szybko. Pod pachami miał dwie butelki piwa, w rękach szklanki, wyraźnie niedomyte przez obsługę. Usiadł i rozlewając pieniący się napój wzniósł toast:

- Nasze kawalerskie!
- Nasze - zgodził się szatyn i pociągnął tęgiego łyka - Tylko, że ja, szanowny kolego, jestem, w sumie, żonaty.
- I o to chodzi - nie tracił rezonu brunet - Kawalerskie, jak się jest bez ślubu, to każdy głupek może wypić. Sztuka, to zrobić to, kiedy w domu żona z wałkiem w ręku czeka.
- A pan na wypoczynek, czy jak ja, do pracy? - szatyn wolał zmienić temat - A może ucieczka od domowego remonciku?
- Do pracy. Robię jako tłumacz w takiej holenderskiej firmie niedaleko Stronia Śląskiego. Skąd pan ten remont wytrzasnął? Nic nie remontuję, absolutnie. Skąd taki pomysł?
- Palce ma pan uwalane farbą.
Pociąg właśnie wjechał na most i głośny huk uczynił tę uwagę niesłyszalną.

- Coś pan mówił o moich palcach. Nie dosłyszałem.
- Mówiłem, że ma pan palce uwalane farbą.
- Aaa! Tak. Ale to n żaden remont. To nie to. Jestem malarzem, niech pan sobie wyobrazi.
- Wyobrażam. Malarzem jak Hitler, czy jak na przykład Modigliani?
- Bardziej ten drugi. Teraz już rzadko maluję, nie idzie z tego wyżyć zupełnie. Wczoraj mi jakoś odbiło, to posmarowałem sobie trochę. Z malarstwa to tylko mi została obecnie grafika komputerowa.
- Hm... Grafików znam kilku, ale malarza jednego. I kiedy go sobie przypomnę, to się wzdrygam.
- Też rozlewał piwo na gazety, czy coś gorszego?
- Gorszego. Niech pan sobie wyobrazi, że...
- Przepraszam, zniknę na moment - do wucetu muszę...
- Jasne, jasne - rzekł szatyn.

Minuty spędzone samotnie umilił sobie paroma łykami piwa. Długo czekać nie musiał. Szatyn zjawił się szybko i dopiął się do swojej szklanki, sącząc napój z wyraźnym upodobaniem.

- No, jestem. Kibel - makabra. Syf chodzi po ścianach i mlaszcze. Koszmar. Typowy nasz kolejowy kibelek - rzucił brunet po powrocie.
- Niech pan nie przesadza, nie wszędzie jest aż tak brudno.
- Może, ale w naszych kiblach brud, to znak wyróżniający
- A ja znam kible czyste i do tego ciekawe, oryginalnie urządzone.
- No, ja czystych za wiele nie znam, ale takie pomysłowe, to i owszem. Na przykład na dworcu w Martianach, na Mazurach, są fantastyczne drzwi półautomatyczne. Rewelacja na skalę europejską.
- To znaczy?
- To znaczy, że wchodzi tam, a drzwi się same zamykają. Same. Niby nic, ale porażająca jest konstrukcja mechanizmu. Bosko piękna w swej prostocie: kilka małych gwoździ zagiętych w pętelki, zardzewiała stalowa linka a na końcu bolszy kawał szyny kolejowej.
- No, piękne to jest, nasz geniusz techniczny święci triumfy, ale powiem ci, że "Pod Zielonym Kogutem" we Wrocławiu widziałem coś lepszego. Czytelnia tam jest dla mężczyzn.
- Co takiego?
- Nad każdym pisuarem jest śliczna, gustowna antyrama, a za szkiełkiem - strona z gazety.
- I co w tym takiego ciekawego?
- To, że to są gazety ze stanu wojennego, sika pan i edukuje się jednocześnie.
- Piękny pomysł i patriotyczny, ale mnie się bardziej podoba to, co napotkałem w Białymstoku...
- Kibelek syberyjski? Taki z dwóch kijków zrobiony? Oni w sumie niedaleko mają do Władywostoku. Nazwa miasta nawet trochę podobna...
- E tam, to było w knajpie "Ryczące Czterdziestki"...
- Jakiś lokal pokoleniowy?
- Nie, proszę pana, o morskie "czterdziestki" chodzi, to taka tawerna.
- A co ma Białystok z morzem?
- No, jak to? Nie słyszał pan? Prezydent Białego zgłosił to miasto do jakiejś Ligi Miast Morskich, czy coś w tym rodzaju.
- Szurnięty?
- Nie, myślał tylko, że jest cwany. Liczył na dotacje, a okazało się, że muszą płacić składkę wyższą od tego, na co liczył.
- Szkoda ich, taki ładny port i, co ciekawe, suchy.
- No, zbytnio mokry to nie jest, racja, ale pan prezydent twierdzi, że wcale tak daleko do morza nie mają. Może więc ta knajpa to początek drogi Białegostoku ku morzu? Całkiem prawdopodobne. W każdym razie, wracając do wucetowego tematu - w tych "Czterdziestkach" jest kibel, taki freudowski...
- Jaki?
- No taki, jakby Freud wymyślił, w ramach kuracji.
- Nie rozumiem.
- No, wie pan... Każdy facet, który ma wie pan, problem z wymiarem, to jednocześnie ma kompleksy i zaburzenia psychiczne. Zgadza się?
- Ja nic nie wiem o tym, szanowny panie, więc się nie wypowiem...
- W tamtej knajpie nad pisuarem wisi lusterko. Takie samochodowe.
- I co z tego?
- A to, że lusterko mocno powiększa...
- Ahaaa!
- A widzi pan. Nawet ma to swoje odbicie w gwarze, którą się w tej knajpie rozmawia.
- Niby jakie?
- Chce ktoś do wucetu, to nie plecie nic o przedłużaniu wizy, czy liczeniu rowerów albo pudrowaniu noska. Mówi jasno i prosto: Idę się, moi drodzy, dowartościować!

- Muszę tam kiedyś pojechać. Do tego Białegostoku, choć powiem panu, że najlepszy wucet widziałem kiedyś w Warszawie.
- Nic dziwnego, stolica w końcu, to i kibelki muszą być tam najlepsze.
- Ten kibel, o którym mowa na stołeczny za bardzo nie wyglądał, raczej taki styl "gieesowy".
- A konkretnie?
- Już mówię. Knajpa jest w centrum, na Marszałkowskiej chyba, ja tam ich tych ulic specjalnie nie odróżniam. Idąc od rotundy PKO w stronę Instytutu Węgierskiego, mija pan dwie albo trzy przecznice i nieco dalej jest ten lokal.
- No, to może zajdę tam kiedyś.
- Polecam. To nie kategoria "S", ale jest nawet dość schludnie, dwie małe salki, palić można, piwo dobre.
- Czyli coś dla mnie.
- Dla mnie też i nie tylko, z żoną tam byłem. Właśnie wtedy, kiedy ten malarz nas zaprosił...
- Aha!
- Zamawiamy po piwie i sączymy sobie spokojnie. Nagle - dzwonek. Bardzo głośny. Taki, jak dawno temu były w mieszkaniach. Zawałogenny.
- Aha, łapię. Miałem taki kiedyś.
- Każdy chyba miał, pomijam tych, co woleli kołatki, albo nie mieli klamek, to i dzwonić do nich nie było po co. No, ale dobra - słyszymy dzwonek, goście w knajpie milkną i wszyscy patrzą w stronę korytarza, a bufetowa truchtem tam zasuwa. Po chwili wraca, za kilka minut znowu dzwonek. Znowu cisza, spojrzenia i tupot bufetowej.
- No i co to było?
- Powoli, zaraz powiem - szatyn zerknął na zegarek - do Wałbrzycha jeszcze dwadzieścia minut, to zdążę - Po trzecim dzwonku przestajemy gadać i też się oglądamy. Nic specjalnego nie widać, tylko przed jakimiś drzwiami, w korytarzyku łączącym obie salki, stoi facet. Z nogi na nogę przestępuje, twarz purpurowa, jak tyłek pawiana. Bufetowa podchodzi do niego. Otwiera kluczem drzwi i gość wchodzi. No, nic. Pijemy dalej. Niestety - matka natura jest nieubłagana.
- W sensie?
- W sensie, że czuję, iż nawet mój pęcherz podlega prawu Pascala. Wstaję i idę, a tam kolejny facet stoi przed drzwiami wuce, a na nich kobylastymi literami napisano: Toaleta. Klucz w bufecie. Proszę dzwonić.
- No, masz ci los...
- Pytam gościa: - Dzwonił pan już? - Tak, ale zajęte. Zaczynam rechotać: A co? Przerywany sygnał słychać?Facet nieco wstawiony, więc nie łapie, o co mi chodzi. W końcu udaje mi się skorzystać z pisuarku. Wracam do stolika i mówię żonie, co to za dzwonki. Mało się piwem nie polewa, ale z tego śmiechu też nagle musi "na stronę". Tylko ma problem.
- Jaki?
- No, taki, że się wstydzi.
- Czego?
- Że jak zadzwoni, to cała knajpa się na nią będzie gapić.
- No tak, ale to wystarczy wyczekać moment, kiedy ktoś już wydzwoni sobie klucz i szybko ustawić się za nim. Wtedy klucz z ręki do ręki i po problemie.
- No, niekoniecznie. Mnie jeden nie daje, że niby ja coś popsuję a bufetowa jemu awanturę zrobi.

- Nieufni ci warszawiacy.
- No nieufni, w ogóle jacyś dziwni. Cały nasz pobyt wtedy był mocno dziwaczny. I jeszcze pogoda survivalowa.
- Jaka?
- No, taka, jak ze szkoły przetrwania. Wiatr głowy urywa. Pada wszystko, co tylko może: deszcz, grad i śnieg.
- Żartuje pan.
- Niestety, nie. Marzec, może początek kwietnia. Strasznie: z kasą krucho, a do pociągu daleko. Idziemy do kina na coś tam. Potem na pizzę i szlajamy się po ulicach. W taką pogodę, psia krew. Bez kasy? Co pan?! mogliśmy się tylko poszwendać, jak ubodzy krewni, jedyna rozrywka, to ta knajpa z sikaniem na dzwonek. Nie, co ja mówię... Jeszcze taka budka pod Pałacem Kultury. Z soplami na włosach wchodzimy, zamawiamy po szaszłyku z pieczarek, najtańsze, co jest i jemy. Nagle otwierają się drzwi i włazi jakieś babsko, takie koło pięćdziesiątki. Ubrane jak na Sylwestra i mówi do tej za ladą: Kupi pani kwiaty ode mnie? I pokazuje przy tym naręcze róż i goździków.
- Kwiaciarka objazdowa?
- Nie, mówi, że wraca z własnych, niech pan sobie wyobrazi, imienin, urządzanych w lokalu i nie chce jej się kwiatów targać do domu. Bufetowa ją wyśmiewa...
- Cyrk.

- No cyrk, ale to jeszcze nie wszystko. Nie wie pan najgorszego. Byliśmy wtedy z wizytą u moich znajomych. Tego malarza, mówiłem już... I jego żony. Zaprosili nas do siebie w gości.
- Pięknie.
- No, nie bardzo, zapomnieli nadmienić, że się rozwodzą właśnie. Atmosferka super.
- Wyobrażam sobie.
- Witają nas obiadkiem. Zupa, rzekomo, jarzynowa, mnie wygląda na wywar z mchu. Smakuje podobnie. Na drugie już zupełny odlot - wędzony kurczak podgrzany w mikrofali, polany zimnym sosem Uncle Ben's. Na dodatek - gospodarze żrą się makabrycznie. Podejmujemy błyskawiczną decyzję o "planowym odwrocie na, z góry upatrzone, pozycje".
- Znaczy?
- Znaczy idziemy w miasto, żeby jak najpóźniej wrócić. Późna noc. Wracamy cichcem z nadzieją w przemarzniętych sercach, że oni już śpią. Nic z tych rzeczy! O pierwszej w nocy czekają na nas z flaszkami. I dalej się kłócą. Reszta wieczoru jest równie udana, jak i wcześniejsze godziny: w kuchni jeden zespół problemowy (moja żona i połowica kumpla), w pokoju on i ja. I nic, tylko słuchanie narzekań jednego na drugie, trwa to dość długo i jest nieco męczące, ale o spaniu nawet nie myślimy. Nic, a nic.
- Nie widzę związku.
- O prusaki chodzi.
- Jakie prusaki?
- No takie zwykłe, bez pickelhaub, tylko z chitynowymi pancerzykami. Pełno ich łazi.
- To jakaś chyba lokalna tradycja. Czytałem w dzieciństwie taką książkę kiedyś -Prusacy w Warszawie.
- Niech pan nie kpi. Nam wcale nie do śmiechu było. Niech pan sobie wyobrazi - kłusują te robale tam i z powrotem po podłodze, po meblach. Nawet, między kielonkami latają, jak niedopite.
- Tfu!
- No właśnie. I jeść i spać nam się odechciewa. Gospodarze, przyzwyczajeni, tną komarka, a my - przy zapalonym świetle - siedzimy w kucki na wyrku i tylko zerkamy, czy jakieś bydlę do ucha, czy nosa nam się nie pakuje.
- Piękna noc.

- A poranek jeszcze lepszy.
- Znaczy?
- Znaczy, że oni żrą się dalej, od pierwszych - że sobie pozwolę na tak poetyckie określenie - budzących się promyków słoneczka. Ale to nie koniec, proszę pana - szatyn zerwał się nagle, spojrzał w okno - Cholera, już Wałbrzych, będę się streszczał.
- W razie czego ja wracam tym o 16.20, to mi pan skończy - uśmiechnął się brunet.
- Tym pan wraca? Ja też, no ale może jeszcze zdążę - w pośpiechu rzucił szatyn i ciągnął ubierając kurtkę: - Na czym to stanąłem? Aha, jak oni się żrą. Niech pan sobie wyobrazi - w pewnej chwili pęka wężyk z gorącą wodą, w kuchni pod zlewozmywakiem.
- O, rany boskie!
- I niech pan sobie wyobrazi taki widok: mój kumpel klęczy i usiłuje zakręcić zawór, woda się leje, gorąca jak diabli, pełno pary. Jego żona stoi nad nim i rozlicza go z zaniechań remontowych za ostatnie cztery pięciolatki.
- O, Boże...
- Boga, to tam raczej nie było. W pięć minut zostałby ateistą. W każdym razie - my próbujemy jakoś im pomóc. Żona usiłuje zająć się synem gospodarzy, zszokowanym, że ktoś dorosły się nim zajmuje. Ja latam z wiadrami pełnymi gorącej wody i gotujących się w niej prusaków do kibla i wylewam won... Żona ciągnąc za sobą dzieciaka w mokrej piżamie, lata po sąsiadach ostrzegając, że potop już blisko. Szuka też w mokrej książce telefonicznej numeru pogotowia hydraulicznego.
- Już rozumiem, czemu uciekliście. Każdy by zwiał z takiego pobojowiska. Nic tylko płacz i zgrzytanie zębów...
- Raczej chrzęst chityny pod butami. Ale to jeszcze nic...
- Rany, co jeszcze? - prawie wrzasnął brunet, usiłując przekrzyczeć hamujący pociąg.

- Niech pan sobie wyobrazi: tu dzieciak w piżamie ryczy, moja żona w stresie, każdym spojrzeniem mi dziękuje, że mam takich przesympatycznych znajomych, kumpel cały mokry, jego żona w amoku, ja z wiadrami pełnymi pływającego robactwa... Bunuel się kłania. Na to wszystko w kuchni pojawia się - jak zjawa z innego świata - teściowa kumpla. Laską stuka, nocną koszulą i szlafrokiem powiewa. Z chlupotem wchodzi w kałuże gorącej wody. Ze stoickim spokojem bierze do ręki czajnik z gotującą się wodą.

Na chwilę rozmowa się urwała, ponieważ wtrącił się ktoś głośniejszy - dworcowy głośnik mielący słowa pośród trzasków: - Tu stacja Wałbrzych - Miasto, Tu stacja Wałbrzych - Miasto, pociąg osobowy z Wrocławia stoi na torze przy peronie pierwszym.
- No, zamknij się wreszcie, bo nie słyszę. Co ona wzięła? – dopytywał się brunet.
- No! Moja stacja. Wysiadam - rzucił szatyn. Zerwał się zza stolika, machnął rozmówcy ręką na pożegnanie i pokłusował ku wyjściu. Otworzył drzwi i wyskoczył na peron. Brunet rzucił się do okna i krzyknął:
- Halo! Niech pan powie, co ona wzięła! Halo! Do ręki co ona wzięła?!

Szatyn odwrócił się i zatrzymał tamując ruch na peronie. Wykrzyczał nad głowami podróżnych:

- No, czajnik! Nie wie pan, co to jest czajnik?! Wszystko pływa, mówię, a ona go bierze i nie odzywa się ani słowem! My też, bo nas zatkało, słyszy pan? Za-tka-ło! A ta teściowa siada na krześle. Do stojącej na stole miski nalewa sobie wrzątku i nakrywa głowę ręcznikiem. I się pochyla! Nad parująca woda się pochyla...
- O, rany...
- Żadne rany - inhalacje...- krzyknął szatyn.

Pociąg szarpnął i skrzypiąc przeraźliwie - ruszył z miejsca. Brunet coś jeszcze krzyczał z okna, ale nawet on sam już tego nie słyszał.
 

wstecz