O  ŻYDÓWCE  KELNERCE  I  CHIŃCZYKU  KUCHARZU
                                            (międzynarodowy dialog miłosny)



-
Całkiem niezłe to piwo, nie powiem. Tobie też podchodzi?
- Chyba do gardła! Lura i tyle - odparł długowłosy - Nie to, co stary, dobry holenderski Grolsch...
- Rozpuściłeś się w tej Holandii.
- Może i tak.
- Mnie w sumie obojętne, czy dobre, czy złe. Szczególnie w „Warsie”. Po czwartym kuflu zwracam uwagę już tylko na to, żeby było zimne i nalane do pełna. Uczciwie. A tobie Holandia w głowie.
- Co poradzę, że Niderlandy kojarzą mi się z piwem? No, ale dobrze, że się pojawiłeś, bo piję już trzecią szklankę i to solo, jak jakiś nałóg. Mam ochotę nabzdryngolić się. O! Tak jak ten skośny naprzeciwko.
- Skośny? Jaki skośny?
- No, ten żółtek. Siedzi za twoimi plecami, stolik dalej. Już jest na orbicie.
- Gdzie? Aha. Racja. Nieźle popłynął.
- To Chińczyk, chyba. Kiedyś miałem kumpla Chińczyka.
- Serio?
- No. Co w tym dziwnego?
- W Polsce?
- Nie. Coś ty, w Holandii.
- Aha.

- Zarabiałem na studia i pracowałem jako kuchcik w jednej meksykańskiej knajpie, a ten mój kumpel, Wang, był tam głównym kucharzem. Sympatyczny facet, przyjacielski, szczery, czarny pas w taekwondo, ale pecha miał. Zbankrutował dwa razy na swoich własnych restauracjach i dlatego wylądował w meksykańskiej.
- Boski numer. Chińczyk pierwszą chochlą w meksykańskiej knajpie i to w Holandii.
- To nie koniec. Właścicielem tej knajpy był Szwed. Na imię miał Stig, a nazwisko jakieś narciarskie takie, ale nie pamiętam.
- Nie mów?!
- Poważnie. Do tego matka Wanga była rdzenną Holenderką.
- A jego pomocnikiem Polak. Wieża Babel.
- Powiem ci więcej. Raz wystąpiłem w roli Meksykanina.
- Nie zalewaj...
- Serio, chłopie. Było tak: jednego wieczora lepię sobie te cholerne buritosy i przylatuje Wang do mnie - Leć, Filip na salę, ober cię woła. W lekki szok wpadłem, myślałem, że znowu włos znaleźli w żarciu. Idę. Fartuszek zmieniłem na świeży. Podchodzę do obera i pytam, o co chodzi. Ten patrzy na mnie i widzę coś dziwnego w oku. Facet w stresie. Stoi wyprężony i czerwony koło stolika, przy którym siedzi holenderska rodzinka. Stara tłusta baba, taka rubensowskich gabarytów...
- Nic dziwnego, w końcu to Niderlandy...
- Cha cha cha! No, ale dobra, obok niej wysoki, chudy facet i dwójka rozwrzeszczanych bachorów. Ober (Szwab, Rudi ma na imię) szwargocze do mnie: - Młody człowieku. Państwo, nasi goście, chcą się dowiedzieć, jak w meksykańskim języku mówi się na kelnera.
- W meksykańskim? Ale bałwan.
- No, mówię ci. W meksykańskim - powiedział. Słuchaj dalej...
- A czemu ty miałeś wiedzieć, znasz hiszpański?
- Nie znam. Ale wiesz, włosy mam czarne, wtedy miałem jeszcze dłuższe, na głowie chustkę, żeby nie leciały do garów.
- Wziął cię za Winnetou?!
- Dokładnie. On mnie zawsze widział tylko na otwarcie i zamknięcie knajpy do tej pory, tak sobie mnie zapamiętał: czarnowłosego w chustce. Jak Apacz. Rozumiem, światła ciemne, ale bez przesady, jak mógł we mnie meksykańca ujrzeć?
- Nie wyrobię...
- Spokój, bo piwo wylejesz. Pomyśl jak ja dusiłem się wtedy ze śmiechu, ale się nie szczypię i twardo walę: Kelner po meksykańsku, to el kelnerro.
- O, rany boskie...
- A jak. I słuchaj dalej: Ober szczęśliwy, że problem rozwiązał, Holendrzy w szoku. Z jednej strony zadowolenie, że już wiedzą, z drugiej źli, że sami na to nie wpadli.
- No, właśnie.
- Wang mało nie wypluł sztucznej szczęki ze śmiechu, kiedy po powrocie do kuchni mu to powiedziałem.

- Czekaj, miałeś o tym Wangu mówić.
- No, racja. Ale wiesz, znasz mnie. Zawsze mnie dygresje dopadają. No, więc ten Chińczyk, to była ciekawa postać. Jego rodzina w triadzie amsterdamskiej była, ale przegrali jakąś tam wojnę z kimś i musiał kucharzyć po meksykańsku u Szweda, bo po drugim bankructwie rodzina już mu nie pomogła. Zresztą rodzinka też niezła, siostra lesbijka, ale sympatyczna, bardzo ją lubiłem, a żona Sycylijka.
- Sycylijka? Z mafii może?
- A żebyś wiedział. No, ale wracajmy do niego. Wang miał wtedy jakieś 55 lat. Wysoki jak strażacka drabina, prawie dwa metry.
- Chińczyk?
- A co dziwnego? Są tacy. I chudy jak szczapa.
- Kucharz?
- No, pewnie, chodząca antyreklama knajpy. Powiedziałbym, że żebra mu wystawały. Napatrzył się przez lata na to, co się robi w garach i jeść nie mógł. Nie jadł, dostał obrzydzenia. Osobliwość, jak na kucharza. Skubał tylko żarełko, no, ale sił mu nie brakowało. Strasznie łasy na kiecki.
- Pies na baby?
- Jasne. Chwalił się, że miał 70 sztuk na liczniku. Może przesadzał, ale ja sam mu naliczyłem ze 30, a znaliśmy się tylko dwa lata.
- No, niezły ogier.
- Ano. W kuchni był taki drewniany filar, kolumna taka. Rano kiedy Wang przychodził do roboty w humorku, to wszyscy od razu wiedzieli, że mu licznik cyknął. Brał tasak i znaczek na filarze robił, a my jemu owację.
- Karby robił na kolumnie? Jak snajper na kolbie?
- Dokładnie. Ale do czasu.

- Filip? Jeszcze po piwku? Za zdrowie Wanga?
- Dobra, jemu wprawdzie się to nie przyda, ale dojdę i do tego.
- Mów.
- Dobra, słuchaj. Pewnego razu, Szwed przyjął nową kelnerkę do roboty. Żeby w wieży Babel był komplet, to była Żydówka i to z ortodoksów. Znaczy, jej starzy byli tacy, ona chyba już niezbyt, bo piła z nami w soboty. Do tego miała zadarty nos i oczy piwno-zielonkawe. W życiu byś nie powiedział, że Żydówka.
- Aha.
- Miała jakieś 19 lat, na imię Susanne, no i żeby było śmieszniej - blondynka. Wangowi strasznie się spodobała. Zagiął parol na nią i nie odpuścił, póki mu się nie oddała.
- Nie mów, że w kuchni.
- No coś ty, on miał mieszkanie na przedmieściach. Po bracie z triady, którego zabili kiedyś w Eidhoven. Zaprosił w końcu Suzanne do siebie, znaczy dwa tygodnie zapraszał, aż w końcu się zgodziła.
- I?
- No i poszło. Kotłowali się całą noc, aż do rana... Więc kotłowali się aż do rana. Przed świtem Susanne od niego wyszła, żeby zdążyć do domu przed pracą, a Wang zasnął.
- Nic dziwnego, umordował się chłop.
- Właśnie. Zasnął i spał trzy dni.
- Poważnie?
- Poważnie. Całe trzy doby spał. W pierwszy dzień nikt w knajpie, poza nami w kuchni, nie zauważył, że go nie ma. Kryliśmy go. Jednak na drugi dzień Rudi nakablował Szwedowi.
- Szuja.

- Szuja. Szwed się wkurzył i mówi: - Jak jutro go nie będzie - won z roboty. Na trzeci dzień, kiedy Wang sobie chrapał, Szwed się jednak zmartwił. W końcu Wang był świetnym kucharzem, do tego facetem obowiązkowym, więc wiking pomyślał, że może się coś stało. Dzwonił do Wanga do domu - nic. Na komórkę - to samo. Niedobrze. Szef zawiadomił policję, no i wyszło szydło z worka.
- Co?
- Zamęczyła go. Kiedy gliniarze wyważyli drzwi w mieszkaniu Wanga, znaleźli go w łóżku. Nie mogli dobudzić. Wezwali lekarza, który stwierdził, że żadne prochy nie były w robocie, tylko Chińczyk jest w stanie kompletnego wyczerpania fizycznego.
- No proszę. Wykończyła biedaka.
- Na to wyszło, ale to nie koniec
- Tak?
- No, słuchaj. Kiedy już Wang doszedł do siebie, po kilku dniach przyszedł do roboty. Wchodzi do kuchni, my nic, witamy go normalnie, Susanne stoi też z nami. Jest ok. Wszystko. Nagle ta świnia Rudi bierze tasak, podchodzi do filara wali tasakiem. Patrzy na Susanne i leje ze śmiechu...
- O, nie...
- Wang się wścieka, daje mu w mordę, a umie to robić, Ober cały zafarbowany pada jak Pluto na podłogę. Szwed przylatuje, patrzy, piany dostaje i Wangowi pokazuje drzwi. A Susanne, no ...
- Co?
- Ona tylko fartuszek odwiązuje, rzuca i ucieka. Wstyd jej się zrobiło, bo zrozumiała, że cała knajpa wie, jaka zdolna jest i co było między nią, a Wangiem.
- Czyli smutny koniec wielkiej miłości.
- Nie wiem, czy miłości. Upojnej nocy to na pewno, ale czy miłości? Trudno powiedzieć.
- W sumie wiesz, to dość smutna historia.
- No, zależy jak na to popatrzeć, kolego. Wang rozpił się strasznie i ze wstydu, w swoim azjatyckim mózgu, doszedł do wniosku, że stracił twarz, a to dla nich nie do przeżycia. Zapił się. Chlał i chlał, nie szło go z tego bajora wydobyć. W końcu znaleźli go jednak, wydobyli. Wyłowili raczej, kiedyś we Amsterdamie jako kanałowego topielca. Nie wiadomo, czy wpadł po pijaku, czy samobójstwo. Plotki chodziły, że to krajanie żony jego go załatwili. Nic pewnego.

- A Susanne?
- W tym przypadku był happy end. Uciekła z pracy, zerwała wszystkie znajomości z każdym, kto mógł cokolwiek wiedzieć o jej nocnych harcach z Wangiem.
- Gdzie tu happy end?
- Jest. Szwed doszedł do wniosku, że jest odporniejszy od Wanga. Odnalazł ją i nie wiem jakim sposobem przekonał, żeby wróciła i znów była u nas.
- No, popatrz...
- Została nawet, mimo iż wcale nie umiała gotować, szefową kuchni. W miejsce Wanga. Ale nikt jej nigdy w kuchni nie widział, wpadała codziennie na trochę i zaraz do gabinetu Szweda zasuwała. Po paru godzinach wychodziła i szła do siebie, a Szwed potem pojawiał się z takim rozanieleniem na pysku, jakby co najmniej Jasną Górę zdobył. Karbów nie robił, brakło by mu chyba filarów w knajpie.

 

wstecz