| |
Jarosław
Kolasiński
U-booty przeciw Rzymianom
(felieringocenzja)
Bernard Ireland
„Bitwa o Atlantyk”
[The Battle of the Atlantic”]
tłum. Przemysław Bandel
Dom Wydawniczy REBIS
Poznań 2006
Peter Heather
„Upadek Cesarstwa Rzymskiego”
[„The Fall of the Roman Empire”]
tłum. Janusz Szczepański
Dom Wydawniczy REBIS
Poznań 2006
Sędzia przywołuje zawodników na środek ringu. Kładąc im ręce na
ramionach, przybliża ich ku sobie tak, że wszyscy trzej stykają się
głowami.
- To ma być uczciwa walka! Żadnych ciosów poniżej prawdy
historycznej! Wymagam maksymalnego obiektywizmu w analizach. Żadnych
akapitów pod publiczkę, żadnych pokrętnych tez, żadnych ciągniętych
za uszy wywodów! Nie dopuszczę do matactw przy doborze źródeł! Nie
będę tolerował klinczów naginaniem faktów, czy fauli cytatami z
sufitu. Żądam szacunku dla czytelnika! Nie chcę tu widzieć bijatyki,
tylko szlachetną szermierkę na pióra, zrozumiano?
Pięściarze potwierdzają i odskakują do swych narożników,
w których ułożono stosy książek: w czerwonym widać purpurowe grube tomiska
Upadku Cesarstwa Rzymskiego, w niebieskim błękitnej barwy egzemplarze
Bitwy
o Atlantyk.
Pozdrawiając czytelników po brzegi wypełniających halę, autor Upadku… kłania się powoli i dostojnie, jak przystało na zawodnika w
kategorii ciężkiej (640 stron druku wraz z mapkami i ilustracjami),
trenującego w słynnej "stajni" Worcester College of Oxford. Peter Heather
reprezentuje Wielką Brytanię, walk na historycznym ringu stoczył już całe
mnóstwo, wciąż pozostając niepokonanym. Jego przeciwnik (również Brytyjczyk)
to o wiele młodszy challenger Bernard Ireland z Royal Naval Scientivic
Service. Jest dużo lżejszy (kategoria do 356 stron druku, map, fotografii i
tabel), ma też o wiele skromniejsze konto niż jego przeciwnik, lecz również
nie zaznał jeszcze smaku porażki.
Wrzawa na czytelniczych trybunach rośnie. Rubensowska blondyna (występująca
topless i w mundurowych spodniach Kriegsmarine) z tablicą informującą o
rozpoczynającej się za kilka sekund pierwszej rundzie marynarskim krokiem
opuszcza ring. Gong! Pierwsze starcie walki o mistrzowski pas WHBA (Word
Historical Boxing Asociation). Jej promotorem jest poznański Dom Wydawniczy
Rebis.
I RUNDA
Sędziowie oceniają w niej książki walczących autorów po kątem wagi tematów,
czytelniczego na nie zapotrzebowania, a także doboru oraz wykorzystania
źródeł, obiektywizmu, rzetelności prac, ich naukowej wartości.
Jako pierwszy do ataku rusza Peter Heather. Kontynuując chlubne tradycje
brytyjskiej szkoły historii starożytnej, zajmuje się kresem Cesarstwa
Rzymskiego (ściślej - zachodniej jego części), by uleczyć odbiorców z
fatalnego zauroczenia Gibbonem, a także powtarzanymi za nim niemal
identycznymi tezami, zarówno o przebiegu katastrofy, jak i jej przyczynach.
Autor boksuje z powagą profesora z Oksfordu, przez co część publiczności
opuszcza trybuny z grymasem zawodu na twarzach. To ci, którzy spodziewali
się "ogórkowych" sensacji o upadkogennym ołowiu rur w akweduktach (przez co
rzekomo Rzymianie stali się bezpłodni), o samobójczej skłonności do gorących
kąpieli (efekt identyczny), o karze za rozpustę i bezbożność itp. Sędziowie
z uznaniem kiwają głowami i reagują natychmiast - na korzyść Heathera.
Upadek Cesarstwa Rzymskiego uznają za mannę z Rebisu dla tęskniących do
dzieła uwzględniającego badania najnowsze.
Walczący autor prezentuje (tak własne, jak i kolegów po fachu) osiągnięcia,
dokonując syntezy wyników szczegółowych dociekań naukowych podejmowanych w
ostatnim czterdziestoleciu. W pracy nad źródłami pisanymi posługuje się
ciosami prostymi krytyki literackiej, w odmienny (a brzemienny w skutki)
sposób odczytując znane materiały źródłowe. Niektóre, dotąd
dyskwalifikowane, przywraca do łask, a część do tej pory uznawanych za
fundamentalne ustawia na półce z literacką fikcją. Zawodnik Heather nie bije
poniżej pasa wytrychem "zaginionych źródeł", choć w kilku przypadkach nie
wyklucza ich istnienia. Usiłuje niejednokrotnie rekonstruować źródła
niezachowane, opierając się na istniejących, zawierających tamtych
streszczenie czy rozwinięcie. Zaufanie wzbudzać musi przyznawanie się
profesora (bez zbędnych uników) do luk w materiale dowodowym. Niektóre
pytania autor zawiesza, na inne zaś nie odpowiada, nie mając ku temu
podstaw, o czym zawsze lojalnie informuje: nie staram się mydlić […] oczu,
kiedy […] trop się urywa albo […] kwestie pozostają niewyjaśnione. Przez
całą pierwszą rundę zawodnik z Oksfordu podkreśla, iż zgon rzymskiej Europy
to jedna z najważniejszych zagadek historii, intrygująca tym bardziej, iż
jej rozwiązanie ma kluczowe znaczenie dla rozumienia późniejszych dziejów
naszego kontynentu, których kres imperium cezarów był akuszerem.
W odróżnieniu od P. Heathera, Bernard Ireland zajmuje się wydarzeniem mniej
odległym w czasie - kampanią atlantycką II wojny światowej, niesłusznie
zwaną u nas Bitwą o Atlantyk. Battle? Bitew na atlantyckim akwenie rozegrano
w latach 1939-1945 dziesiątki, setki. Można rzec - były nimi wszystkie
konwojowe rejsy. Raczej zatem - "kampania", "bój" czy "batalia". Po co
jednak rozdzierać terminologiczne szaty, skoro Battle of the Great Britain
zwiemy uparcie "Bitwą o Anglię", a poza pięściarzem Normanem Davisem (Wisła
Kraków - Walia) nikogo to jakoś nie bulwersuje.
Zdawać by się mogło, że Upadek Cesarstwa Rzymskiego dużo mniejszy
posiada kaliber od Bitwy o Atlantyk - tam powolny krach ogromnego imperium, a tu
"marna" sześcioletnia kampania. To przekonanie błędne - wyjaśnia Ireland
seriami sierpowych argumentów - przecież inny od znanego wynik oceanicznego
starcia odmieniłby losy II wojny, przez co świat stałby dziś na zupełnie
innym fundamencie: brunatnym lub czerwonym. Czytelnicza publiczność zgadza
się z takim postawieniem sprawy. I to nie tylko maniacy militariów doby II
wojny, których liczba - w odróżnieniu od weteranów ówczesnych walk - nie
maleje.
Analizując walkę o Atlantyk, Peter Ireland pełnymi garściami w bokserskich
rękawicach czerpie z archiwów alianckich i niemieckich. Trzeba przyznać -
czerpie umiejętnie, w sposób obiektywny i budzący zaufanie. Ilekroć dane są
rozbieżne, ilekroć łypią przestrzelinami luk - zawodnik uczciwie ten fakt
sygnalizuje. Naukowa rzetelność nie jest Irelandowi obca, na co w każdej
sekundzie walki daje liczne dowody.
GONG!
W zgodnej opinii sędziów - starcie remisowe. Zawodnicy ciężko sapią w
narożnikach, po ringu wolno przechadza się brunetka w powłóczystej białej
szacie. Nad głowę unosi ręce trzymające tablicę. Komu rzymskie cyfry
nieobce, ten wie, że za chwilę rozpocznie się...
II RUNDA
Tym razem punktowana jest wartość poznawcza obu ksiąg, arbitrzy ocenić muszą
na ile oba dzieła wykraczają poza obowiązujący kanon wiedzy, na ile zaś się
w nim mieszczą.
P. Heather rzuca się do ataku. Od pierwszego do ostatniego ciosu jego dzieło
posiada dla zatopionego w lekturze tak walor porządkujący (doskonale
systematyzuje fakty i ich interpretacje znane już wcześniej), jak i urok
zaskoczenia - kryje niespodzianki w miejscach, w których na tzw. "zdrowy
rozum" być ich nie powinno. Choćby wówczas, kiedy autor - na pozór
samobójczo - stwierdza, iż żadnego upadku Rzymu nigdy nie było. Zanim jednak
wyprowadzi ten obrazoburczy cios, odrzuca (jako nieudokumentowane)
twierdzenia o nieuchronności katastrofy w wyniku: uwiądu biurokratycznego,
systemowego krachu gospodarki, upadku moralności, zapaści militarnej z
powodu barbaryzacji armii oraz kryzysu społecznego nieuchronnego w ustroju
niewolniczym. Tezie o zgubnej deromanizacji imperium przeciwstawia gardę
analizy postępującej romanizacji tak ludów żyjących w obrębie cesarstwa, jak
też z nim - bliżej lub dalej - sąsiadujących.
Precyzyjnie wymierzając ciosy, zawodnik rozwiewa bajki o niezmiennie
odzianych w skóry, a wiecznie chciwych "perkalu i paciorków" germańskich
dzikusach. P. Heather ukazuje kilkuwiekową ich ewolucję, a także prawie
zupełny brak o tym pojęcia rzymskich elit politycznych i wojskowych.
Błyskotliwymi zwodami wspartymi licznymi podbródkowymi odrzuca też
deterministyczną tezę o nieuchronności konfliktu Rzymu z "barbarią" w wyniku
rzekomo nierozwiązywalnej sprzeczności interesów – podpiera to licznymi
dowodami. Podobnie bez wahania uniewinnia Heather chrześcijaństwo, oskarżane
często o zniszczenie imperium z racji swych ciągot ewangelizacyjnych (wobec
barbarzyńców) oraz destrukcyjnych (wobec świeckiej władzy państwowej).
Zawodnik Oksfordu dowodzi, że w tym samym stopniu imperium uległo
chrystianizacji, co chrześcijaństwo romanizacji. Wiara chrystusowa (skutkiem
upaństwowienia) stała się czynnikiem imperium spajającym, a nie
destruktywnym. Prawy sierpowy - chrześcijański Wschód przetrwał swego
zachodniego bliźniaka o tysiąclecie - jest tylko jednym z wielu ciosów,
jakie oksfordczyk zadaje w tej fazie wywodu.
- Cóż więc się stało z Cesarstwem Zachodnim? Skoro nie upadło, to gdzie się
podziewa? - wykrzykuje ktoś z trybun. Dynamicznym półhakiem P. Heather
wyjaśnia, że Rzym faktycznie nie istnieje, lecz nie tyle upadł, co trzymana
przez wieki w jego zachodniej łapie Europa uległa ewolucyjnemu (choć ze
sporą dozą gwałtu) przekształceniu. Barbarzyńscy diabli wzięli
scentralizowany organizm cesarstwa, przetrwała jednak - podkreśla pięściarz
- z nienaruszoną kulturą romanitas ("rzymskość") prowincjonalna, ewoluując i
jednocząc się wokół nowych centrów powstałych na terenie cesarstwa. Nie tyle
zatem upadek, co rozkład. Proces zresztą bardzo rozłożony w czasie,
niejednakowy dla całego terytorium. Brak dającej opiekę i gwarancję
własności władzy centralnej skłonił prowincję, rwąc jej więzi z Rzymem, do
lojalności wobec dominujących nowych ośrodków.
- Dlaczego do tego doszło? - pytająco skanduje widownia. - Nec Hercules
contra plures! - odpowiada zasapany P. Heather, lokując na korpusie problemu
serię uderzeń: zajęty na froncie perskim Wschód popełnił (wymuszony) błąd,
sprzeniewierzając się odwiecznym zasadom politycznym - nieopatrznie wpuścił
gockiego wilka do swej owczarni. Wywołało to spiralę klęsk kolejnych, a
także odwróciło uwagę Zachodu (wspierającego bliźniaka) od niebezpieczeństwa
germańskiego, co z kolei pozwoliło na przekraczanie Renu coraz liczniejszym
grupom "gości". Rozerwanie (definitywne) imperium nastąpiło później od
środka, poprzez upadek centrum oraz coraz silniejszą (często wrogą)
niezależność nowopowstałych ośrodków politycznych. Pomijając zniszczenia i
pożogi w momentach starć militarnych, zachodnie prowincje rzymskie całkiem
nieźle zniosły upadek "centrali". Upadek Rzymu oznaczał raczej ewolucję, a
nie kataklizm - boksuje P. Heather - Zachód pod przemożnym naciskiem plemion
barbarzyńskich wyewoluował z jednego organizmu państwowego w wiele innych,
które ruszyły dalej odrębnymi, choć w wielkiej mierze wspólnymi drogami.
Wyczerpany oksfordczyk zwalnia nieco tempo walki, co wykorzystuje autor
Bitwy o Atlantyk. Wyprowadza dziesiątki ciosów, chcąc przekonać do siebie
arbitrów doskonale wiedzących, iż niejeden zagajnik wycięto, by wydrukować
flotylle książek traktujących o drugowojennych zmaganiach na Oceanie
Atlantyckim. Zawodnik boksuje doskonale i sprawia, że po lekturze jego
książki nikt nie żałuje kilku wyciętych nań brzózek.
Praca Irelanda systematyzuje wiedzę czytelnika o rzekomo znanej już na wylot
kampanii, oferuje też obszerny przegląd zastosowanej wówczas technice
wojennej. To zdecydowanie największa zaleta książki, ale są i inne:
naszkicowanie politycznego i historycznego tła zdarzeń, bez czego wiele
innych prac grzeszy mieliznami.
Zawodnik rozpoczyna swą opowieść, kryjąc się za gardą analogii. I tu
czytelnik ma uczucie przykrego déja vu, gdy autor stwierdza autorytatywnie,
iż - przynajmniej w przypadku admiralicji brytyjskiej - historia vitae
magistra non est. Mimo tragicznych doświadczeń z lat 1914-1918, w roku 1939
Brytyjczycy nie byli gotowi do wojny na morzu, a przecież po raz kolejny
ochrona szlaków morskich posiadać musiała wagę szczególną, zaś choćby z
prasy wiedzieć można było, iż niemiecka doktryna wojenna znów wielki nacisk
kładzie na U-Bootwaffe. Nie zadbano jednak w stopniu dostatecznym o rozwój
flotylli eskortowych, o lotnicze wsparcie, zbyt małą wagę przyłożono też do
techniki zwalczania okrętów podwodnych. Zamaszystym sierpowym wskazuje tu
brytyjski pięściarz na porażające straty, które stocznie Królestwa były w
stanie uzupełniać w pełni, a nawet z nadwyżką dopiero w roku 1943.
Energicznie boksujący zawodnik proponuje odmienną od tradycyjnej
periodyzację. W wyniku nader skrupulatnej analizy statystyk strat,
konfrontując źródła obu zmagających się stron, dochodzi do wniosku, iż
przełom nie nastąpił, gdy go triumfalnie urbi et orbi ogłosił Winston
Churchill. Ireland - przy akceptacji arbitrów – dopatruje się odwrócenia
wojennej karty już w drugiej połowie roku 1941, kiedy to u-booty przestały
zatapiać wymaganą przez Doenitza liczbę statków. U-Bootwaffe została wówczas
nie tyle pokonana, co przestała zwyciężać, a w zderzeniu z rosnącym
potencjałem produkcyjnym stoczni alianckich stanowić to musiało kres marzeń
III Rzeszy. Wprawdzie wejście do walki niedoświadczonej floty USA znów
podniosło wydajność "wilczych stad", lecz wynik starcia był przesądzony.
Uprzedzając czytelnicze wątpliwości, autor wyprowadza precyzyjny lewy
sierpowy: politycy brytyjscy zdawali sobie doskonale sprawę ze stanu rzeczy,
lecz wyolbrzymiając zagrożenie, pragnęli wymusić na USA większą pomoc i
ulżyć przez to swemu krajowi, mając na uwadze powojenny układ sił.
Ku sporemu zaskoczeniu publiczności Ireland odmiennie niż inni autorzy
przygląda się stosunkowi Kriegsmarine do rozbitków alianckich. Nie pochwala
bestialstwa, lecz tłumaczy pozostawianie szalup samym sobie obawą załóg
niemieckich przed zatopieniem ich okrętów. Boksuje jednak na tyle
obiektywnie, by nie zapomnieć o załogach włoskich ratujących rozbitków bez
oglądania się na możliwe straty własne.
Pojedynczy sierpowy Irelanda wspominającego w jednym zdaniu (sic!) o roli
Polaków w sprawie Enigmy częściowo tylko satysfakcjonuje polską część
widowni. Kompletnie rozczarowuje natomiast brak jakichkolwiek wzmianek o
naszej flocie i lotnictwie. Zbyt głośny nadwiślański szloch nie jest jednak
na miejscu, gdyż sami po macoszemu traktujemy walki polskich "Wellingtonów"
z u-bootami, a równie gładko jak Brytyjczycy o "Piorunie", "Burzy" i
"Błyskawicy" zapominamy choćby o wkładzie Arabów we francuskich mundurach w
nasze zwycięstwo pod Monte Cassino.
GONG!
I w tej rundzie remis. Autorzy dochodzą do siebie w narożnikach, a po ringu
marszowym krokiem krąży młoda kobieta w bikini nader skąpym, lecz mimo to
ozdobionym, złotą nicią haftowanym, napisem Royal Navy. Z napisu na
trzymanej przez nią tablicy jasno wynika, iż za moment rozpocznie się…
III RUNDA
Teraz pod osąd dostają się: spójność narracji, logika i przejrzystość oraz
stopień uogólnienia analiz.
Chcąc przeważyć na swoją korzyść szalę zwycięstwa, pierwszy do ataku rusza
Ireland. Boksuje w pełni świadom faktu, że narracji Bitwy… nie da się
zarzucić ani braku logiki, ani też zachwiań chronologii. Niestety - sporo
jego ciosów pruje powietrze, gdyż niezasłużonym z kolei pochlebstwem byłoby
stwierdzenie, iż popełnił relację przejrzystą. Czytelnik po wielekroć tonie
w iście atlantyckich spienionych falach statystyk oraz szczegółów
technicznych. Autor kilkakroć rzuca koła ratunkowe diagramów oraz wykresów,
spuszcza szalupy tabel, lecz niewiele to pomaga - co rusz słona woda natłoku
informacji rozbija opowieść, zalewając czytelnicze oczy. Podobne zarzuty nie
byłyby zasadne wobec podręcznika Royal Navy, lecz Bitwa… jest - jak się
zdaje - pracą mającą popularyzować historię. Jako taka powinna trafiać nie
tylko do zaintrygowanych wymiarami nitów w poszyciach fregat i korwet, lecz
także do szarych zjadaczy popularnonaukowych bochenków. Książce Irelanda
brakuje niezbędnego dla popularyzacji wiedzy stopnia uogólnienia analizy.
Pozbawiony go potop detali przypomina chwilami wyśmienitą zupę, którą w
messie podano wprost na obrus, zamiast nalać do talerza.
Wietrząc swą szansę, do kontrataku rusza P. Heather. Ciosy zadaje z ogromną
swobodą. Jego metodę narracji w Upadku… śmiało można polecić (żal, że nie
sposób zmusić do naśladownictwa) tym z jego polskich kolegów po fachu,
którzy ślęcząc nad źródłami ku chwale przyczynków, monografii i
monografijek, zapominają o naczelnym imperatywie historyków - tworzeniu
rekonstruującej dzieje narracji. P. Heather rozumie to doskonale i walczy
bez oglądania się na gromy rzucane zapewne przez jego kolegów tłoczących się
na zakurzonym uniwersyteckim Olimpie, niedostępnym czytelnikowi
nieprofesjonalnemu. Wędrując od szczegółu ku stosownemu stopniowi
uogólnienia, autor zręcznie zarysowuje tło wydarzeń, a każdą partię rozważań
kończy krótkim, acz treściwym resume oraz pytaniami zapowiadającymi ciąg
dalszy.
Czyni to tak, że nie sposób pogardzić przynętą i zerwać się z haczyka.
Kohorty analizowanych faktów, wsparte (zawsze uprawnionymi) dygresjami nie
stanowią dla zawodnika celu samego w sobie, nie są popisami erudycyjnymi,
lecz w sposób logiczny rozwijają wywód. Każda jego fraza wynika z
poprzedniej, płodząc jednocześnie kolejne.
GONG!
W zakończonej właśnie rundzie sędziowie przyznają zwycięstwo zawodnikowi z
Oksfordu. Jego lekko zamroczony przeciwnik zmierzając na odpoczynek do
narożnika, wpada na hożą blond-dziewoję o długich do pasa warkoczach,
spływających jej na plecy spod germańskiego hełmu z połowy V wieku. Jak
Odoaker tarczę, tak potomkini Lorelei dzierży w swych krzepkich dłoniach
tablicę z numerem kolejnego starcia...
IV RUNDA
Wraz z gongiem rozpoczynającym ostatnie starcie euforyczni dotąd fani
Heathera milkną, przygryzając nerwowo palce. Oczy zasnuwa im widmo porażki
ich ulubieńca. Z miejsc zrywają się natomiast zwolennicy jego rywala
przekonani, iż z łatwością odrobi on straty z rundy poprzedniej. Wierzą
święcie, iż Oksfordczyk rychło padnie na deski pod gradem atlantyckich
ciosów - przecież Ireland ma za sobą długotrwały i intensywny trening
dziennikarski, a jego przeciwnik to profesor togą zamiatający posadzki
uczelni pamiętającej średniowiecze.
Ku zdumieniu i rozpaczy swych fanów marynista już na pierwszych stronach
cofa się do narożnika i opiera o liny. Ruchy ma powolne, ciosy zadaje w
próżnię. Dużo lepiej prezentuje się Peter Heather, reprezentujący sztukę
walki właściwą brytyjskiej szkole historii. Jego szanse w rundzie, w której
ocenia się literackość obu książek, atrakcyjność przekazu, przystępność
języka (m.in. poprzez rezygnację z profesjonalnego żargonu) okazują się
jednak spore. Profesor boksuje w pełni skoncentrowany, choć z wielką
swobodą, co ważne, gdyż o ostatecznym wyniku walki zadecyduje przecież to, z
której lektury czytelnicy czerpią większą przyjemność.
Ukryty za podwójną gardą Ireland usiłuje przetrwać nawałnicę Heathera,
któremu za nic proletariackie korzenie nowożytnego boksu - oksfordczyk pomny
markiza Queensberry’ego atakuje bez ustanku, aczkolwiek z gracją i
dystyngowanie. Jego przeciwnik usiłuje klinczować cytatami z Doenitza, udaje
też, że wypadł mu ochraniacz akapitów, za co oficjalnego upomnienia udziela
mu arbiter ringowy, a punktowi z dezaprobatą kręcą głowami. Zrozpaczony
Ireland zrywa się do kontrataku: wyprowadza lewe proste (zbyt nielicznych)
cytatów z Churchilla, idzie do zwarcia przytaczając skrawki wspomnień
brytyjskich admirałów i niemieckich podwodniaków. Na Heatherze nie robi to
wrażenia. Schowany za gardą ironii swych analiz memuarów rzymskich
biurokratów, co rusz kontruje sierpowym historycznej anegdoty, trafia
półhakami cytatów antycznej korespondencji prywatnej, często
obezwładniającej swym niezamierzonym humorem, a zawsze dającej szanse
zrozumienia, co "chylącym się ku upadkowi" Rzymianom w duszach grało.
Oksfordczyk boksuje zachowując niezbędny dystans wobec dziejowej materii,
ale równie dobrze czuje się w półdystansie merytorycznie uzasadnionej
dygresji. Ku zadowoleniu publiczności oraz sędziów - nie poklepuje jednak
tematu rozważań po plecach. Rozpaczliwe podbródkowe marynisty w postaci
"niemiecko-zwięzłych" aforyzmów dowódców U-Bootwaffe - chybiają celu.
Knockdown! Ireland pada na deski. Na "sześć" chwiejnie wstaje. Sędzia
zagląda mu w oczy mętne jak kilwater za lotniskowcem eskortowym, lecz
pozwala kontynuować walkę.
Pewien swego Heather przechodzi do frontalnego ataku: wyprowadza
sarkastyczny lewy prosty portretu opisu "dyplomatycznych talentów" Attyli,
poprawia potencjalnie arcynudnym, a faktycznie przesmakowitym, wywodem o
wpływie niesymetrycznego łuku refleksyjnego na dzieje świata. Walkę kończy
lewy sierpowy opowieści o kontredansie Alaryka wokół Rzymu, okraszonej
pełnymi sarkastycznego polotu autorskimi komentarzami. Ireland pada po raz
wtóry. Z trudem się podnosi, chce walczyć nadal, lecz na ring frunie
ręcznik! Kto rzucił? Wydawca? Sędzia podnosi z desek bawełniany prostokąt i
choć bada go skrupulatnie, nie znajduje nawet śladu po finalnym resume
niezbędnym, by czytelnik Bitwy… czuł się słusznie bogatszy o nabytą wiedzę,
a nie zmagał się z poznawczą hipotermią pośród oceanu wywodu pozbawionego
należytej pointy.
Pokonany Bernard Ireland słania się w narożniku, a na środku ringu, choć
pętany karbami szacunku dla przeciwnika, trwa festiwal radości Petera
Heathera. Wysoko nad głowę unosząc mistrzowski pas, triumfator nie potrafi
uwolnić się z objęć uradowanego wydawcy oraz słusznie z siebie dumnego
tłumacza. W sektorach kibiców atlantyckich ponura cisza: przypominają
oficerów Kriegsmarine na pokazie nowej torpedy, która choć tak piękna, choć
taka nowoczesna, to jednak trafia w gusta tylko i wyłącznie fachowców. Tuż
obok tłum w legionowych pancerzach wiwatuje niczym weterani Cezara na koniec
oblężenia Alezji. Czytelnicy, przed walką neutralni, teraz porwani walorami
Upadku… przyłączają się do "Rzymian".
Jeszcze nie koniec! Przedstawiciel Rebisu informuje, iż do jury d’appelle
wpłynął protest z żądaniem unieważnienia walki - niesłusznie dopuszczono do
starcia syntezy z monografią? Riposta jurorów jest błyskawiczna: - Czy to
synteza, czy monografia, książka historyczna nie powinna przypominać
wspomnień szalonego statystyka. Autora zadaniem jest sprawić, by jej lektura
była przyjemnością. Czy na u-bootach, czy pod Adrianopolem lub na Polach
Katalaunijskich zmagali się żywi ludzie i niesłuszne jest zamienianie ich na
"wilcze stada" cyfr. Zawodnik Heather o tym pamiętał i dlatego zwyciężył. W
uznaniu wszakże naukowej klasy pokonanego przyznaje mu się jednak ćwierć
złotej klamry mistrzowskiego pasa...
Pokonany uśmiecha się z odrobiną satysfakcji, natomiast triumfator
przekracza Rubikon oświadczając, iż nikomu niczego nie odda, bo czterdzieści
lat badań, bo coraz mocniejsze okulary, bo reumatyzm, bo ten kurz w
archiwach… Chórem protestują też jego kibice i formując testudo wbijają się
w tłum zwolenników Irelanda, którzy zdążyli już hardo unieść głowy w
marynarskich czapkach. W ruch idą pile, torpedy, onagry i bomby głębinowe. Z
czasem walka przenosi się z trybun do księgarń. Wydawca słusznie zaciera
ręce...
dla
www.pinezka.pl
|
|