Jarosław Kolasiński
 

Tykająca bomba narodowa
 

Michael Billig
Banalny nacjonalizm

tyt. oryg.: Banal Nationalism
tłum. Maciek Sekerdej
Znak, Kraków 2008



Uczucia mieszane wobec książki, to takie, w których satysfakcja (w omawianym wypadku - poznawcza) łączy się z rozczarowaniem najlepiej oddawanym słowami: tyle stron autor popełnił, a odkrywczego nic a nic nie zauważyłem. Dokładnie takie uczucia opanowały mnie koniec lektury Banalnego nacjonalizmu Michaela Billiga.

Przed rozpoczęciem czytania zerknąłem na ostatnią stronę okładki, która bardziej już czytelnika zachęcać nie może. Dowiedziałem się, iż organizacja zajmująca się w USA prawami człowieka nagrodziła Banalny nacjonalizm, jako wybitną książkę o nietolerancji. Dowiedziałem się, że jest to książka szczególnie ważna dla polskiego czytelnika [...] bo pozwala lepiej zrozumieć język polskiej polityki, zwłaszcza tej identyfikowanej z IV RP. Czasem bywa tak, że im większa zachęta, tym większe rozczarowanie. Idealnie przystaje to stwierdzenie do wrażeń z książki Billiga.

Z jedną zaledwie z notek „okładkowych” nie sposób się nie zgodzić: to [...] książka o mentalności człowieka nowoczesnego, który nie potrafi wyobrazić sobie życia poza państwem narodowym i nigdy nie zapomina, że jest członkiem konkretnego narodu. Tak na dzieło Billiga patrząc, rozczarowanie jest o wiele mniejsze, a nawet nie powinno go być prawie wcale. Konstatacja, o której wyżej mowa i jej szczegółowa analiza, stanowią najlepsze partie książki. Mówią najwięcej o zjawisku banalnego nacjonalizmu (terminologiczny patent autora), które choć faktycznie niezwykle jest rozpowszechnione, to można mieć poważne wątpliwości, czy faktycznie zawsze owocować on musi tym, o czym przekonuje Billig.

Autor dzieli nacjonalizm na dwie „subkultury”, z których jedna jest niebezpieczna na co dzień, druga zaś stanowi bombę zegarową. Bombę tykającą do czasu, aż państwo narodowe zniknie z naszego globu (o czym Billig jest zresztą święcie przekonany, że kiedyś nastąpi). Nacjonalizm gorący to wg autora nacjonalizm aktualnie o coś walczący (padają przykłady Irlandii, Palestyny, Indonezji, Kraju Basków...), jest to nacjonalizm narodów bijących się albo o przetrwanie, albo o utworzenie własnego państwa, rzecz jasna narodowego. Kiedy już się to powiedzie i organizm taki stabilizuje się z czasem, nacjonalizm jednak nie odchodzi w niepamięć, lecz trwa w nowej, zmutowanej postaci - nacjonalizmu zimnego. Jest to cecha charakterystyczna rozwiniętych państw narodowych.

Charakterystyce takiego właśnie banalnego (w sensie - codziennego, odruchowego, mało postrzegalnego, oczywistego po prostu) nacjonalizmu poświęca autor swą książkę. Czy istotnie warto? Billig twierdzi, że tak i to jak najbardziej, ponieważ nacjonalizm zimny w całej swej banalności stanowi niezwykle podatną glebę dla eksplozji gorącego. Wystarczy sprawny palnik, by zimny podgrzać na tyle, by stał się gorącym. Niezwykle wymowne padają przy tym przykłady zimno-nacjonalistycznych narodów rozgrzewających się do białości podczas konfliktu o Falklandy-Malwiny, „Pustynnej burzy”, drugiej wojny irackiej. Trudno się z autorem nie zgodzić, gdy uczula na fakt, iż granica pomiędzy zimnem a gorącem jest niezwykle cienka, a nie uświadamiają sobie tego prostego faktu „prorocy” balansujący na krawędzi przepaści, w którą notabene nie oni spadną w razie czego.

Problem jaki czytelnik polski może mieć z odbiorem Banalnego nacjonalizmu polega na tym, że realia przez Billiga opisywane, niewiele mają wspólnego z naszymi. Nie da się bowiem (mimo usilnych starań naszych w ostatnich kilkunastu latach) porównać banalnego nacjonalizmu w USA z tym, co dzieje się u nas. Mimo festiwalu zadęć, defilad, celebracji rocznic zadanych nam przez obcych krzywd, nikt u nas jeszcze nie kalesonów w barwach narodowych nie nosi, hymn polski nie trafia na czubki list przebojów, a żyć normalnie da się jeszcze, nie oglądając godła państwowego co pięć minut.

Może jednak książka Billiga być po prostu swoistą przestrogą, a szczególnie rozdział Nasz patriotyzm, ich nacjonalizm. Już sam tytuł idealnie nadaje się na ilustrację naszego obecnego (czy tylko?) podejścia do zachowań sąsiadów. Niestety, zarówno w tym rozdziale, jak i pozostałych „udało się” autorowi podać swoje częstokroć niebanalne przemyślenia w tak niestrawnym sosie politologicznej nowomowy, że nawet pasjonata poruszanej przez siebie problematyki chwilami doprowadza do rozpaczy. Po co?

 

wstecz