|
|
Jarosław Kolasiński
Niemiecko-estońsko-rosyjski ostatni chan Mongolii
James Palmer Bohaterem książki jest Roman Nikołaj Maksymilian Fiodorowicz von Ungern-Sternberg, zrodzony z Austriaczki i estońskiego Niemca, rosyjski szlachcic, fanatyczny monarchista, któremu nawet Kołczak zdawał się zbyt lewicowy. W jego głowie wirował dziwaczny konglomerat sekciarskiego sznytu prawosławia z powierzchownie przyswojonym buddyzmem „wzbogaconym” o elementy szamanizmu i hiperantysemityzm (Himmler rumieniłby się ze wstydu, że taki - w porównaniu - mało radykalny). A że wspomniana głowa należała psychopatycznego socjopaty, makabrycznie pomysłowego sadysty, szaleńczo odważnego wojskowego niedouka i megalomana, który prawdopodobnie uwierzył, że istotnie jest wcieleniem Czyngischana - lepiej tej książki nie czytać przed snem. Palmer opowiada zarówno dzieje Ungerna i jego komilitonów (mało który mógł o sobie powiedzieć, że chan go publicznie nie wychłostał) jak i legendy o nich. Wielekroć losy Barona są tu pretekstem dla przybliżenia nieprawdopodobnie (dla europejczyka) pogmatwanych dziejów na Dalekiego Wschodu początku XX w., doby I wojny światowej i okresu dramatycznych zmagań będących skutkiem rewolucji w Chinach oraz w Rosji. To niewiarygodne, co działo się (i dlaczego) na zmrożonym na kość, bądź spalonym słońcem azjatyckim stepie: przeciwnicy zmagali się ze sobą za pomocą samochodów pancernych, samolotów oraz łuków refleksyjnych, gdzie przy łojowej lampce układano plany podług schematów rodem z nowoczesnych akademii wojskowych a nieopodal w drewnianej chacie oświetlanej elektrycznością inny wódz z niepokojem oczekiwał wróżb szamana, przed wydaniem rozkazu pociągowi pancernemu. Zderzenie epok i idei, kolizja wierzeń i kompletnego ich braku. Lojalność kurka na kościele, mordy, których nie sposób sobie nawet wyobrazić, tak wyrafinowane i bestialskie, do tego eksplozywna mieszanka etniczna i na deser europejski pan doktor - łotewski Niemiec - ułatwiający Ungernowi prowadzenie działań wojskowych wytruwaniem zbyt ciężko rannych towarzyszy broni, by nie spowalniali ruchów oddziału a leczenie ich było tańsze. Chwilami tę książkę czyta się niczym - jakże dziś poczytny kiepski horror o komiksowych korzeniach. Różnica polega na tym, że Palmer nie pisze fikcji. Problem w tym, że to wszystko prawda. Również i to, że uchodzący pośród niedoinformowanych (?) za bohatera walki z bolszewizmem Ungern, nawet w stosunku do własnych podwładnych bywał tak „ujmujący”, że poczynania czekistów w porównaniu z jego posunięciami przypominają piknik dla pensjonarek organizowany przez Śpiące Królewny. Pora na polonicum: jednym z niewielu, co do których można domniemywać, że się z potworem zaprzyjaźnili, był gęsto tu (acz krytycznie) cytowany Ossendowski. O podwładnym Barona - Kamilu Giżyckim - u Palmera cicho. Ale to nie traktat „Ungern a sprawa polska” tylko bardzo dobra, przerażająca książka o prekursorze mordów drugowojennych. Tym razem dokonywanych już kulturalnie, bo nie przez „azjatycką dzicz” a, nierzadko, rękoma melomanów zakochanych w Beethovenie. Ewentualnie w Czajkowskim.
|
|
|
|
|
|