|
|
Jarosław Kolasiński
Fiński chłop z flintą
Petri Sarjanen
Biała śmierć. Najskuteczniejszy snajper w historii wojen - Simo
Häyhä
tyt. oryg. Valkonen Kuolema
Replika, 2009
Lektura "Białej śmierci" Petriego Sarjanena przywołuje przed
oczy kadry słynnej "Wojny zimowej" Pekki Parikki,
wstrząsającej wojennej epopei traktującej o walce Finów ze
stalinowskim agresorem. Wojna ta wciąż za mało jest Polakom znana, a
jeszcze mniej jej bohaterowie. Niektórym coś mówi nazwisko
Mannerheim, ale kto wie, kim był Simo Häyhä?
Jakkolwiek banalnie by to brzmiało – był najzwyklejszym fińskim
chłopem, który nijak nie zapowiadał się na bohatera narodowego, a
jednak nim został i to w spektakularny sposób. Jego wojenna kariera
rozpoczęła się dokładnie tak samo, jak wielu jego rodaków, których
stalinowska napaść zastała w trakcie zwykłych prac gospodarskich, na
polowaniu czy przy posiłku. Jak tysiące innych Häyhä spakował plecak
i ruszył na front, żegnając się z bratem lakonicznym „wyjeżdżam”.
Nie bardziej był rozmowny później, kiedy zabijał setki Rosjan.
Liczba 543 (sic!) „potwierdzonych trafień” budzi podziw dla
sprawnego oka snajpera, a jednocześnie tchnie grozą. Simo Häyhä nie
pociągał przecież za spust na sportowej strzelnicy, lecz tkwiąc w
śniegu na czterdziestostopniowym mrozie, likwidował ludzi.
Antycypując mogące się zrodzić wokół tego typu osiągnięć
kontrowersje, Petri Sarjanen w zastanawia się nad fenomenem
strzelania wyborowego i jego niewątpliwym wpływem na psychikę
strzelającego, częstokroć osoby pokroju Sima Häyhy, człowieka –
nazwijmy go – prostego, nieuprawiającego psychoanalizy po każdym
naciśnięciu języka spustowego. Niestety to najsłabsze partie
książki, prawdopodobnie z racji stereotypowej wręcz fińskiej
oszczędności w słowach, jaka cechowała jej bohatera. O tym, co czuł
Simo Häyhä, zabijając setki wrogów, jak wpłynęło to na jego
psychikę, niczego niebanalnego się czytelnik nie dowie - być może
dlatego, że od portretowanego snajpera niewiele zdołał dowiedzieć
się sam autor.
Jakie wrażenie bohater opowieści wywoływał w szeregach przeciwnika?
Panikę. Podobnie jak większość snajperów, bez względu na mundur, bez
względu na to, w jakiej wojnie walczą. Snajper strzela bowiem nie w
trakcie regularnego starcia, lecz w chwilach rzekomej (jak się po
niemal każdym strzale okazywało) przerwy w mordowaniu na rozkaz.
Można było zostać przez niego zabitym dosłownie w każdym momencie,
czasem wystarczyło ostrożnie rozprostować kości w okopie, innym
razem minimalnie się wychylić z ziemianki. Zarówno sportretowany
przez Sarjanena fiński snajper, jak i inni podobni mu strzelcy
uwielbiani są przez swoich, a nienawidzeni przez wrogów. Skąd owa
nienawiść, o wiele zresztą gorętsza niż wobec lotników lub
czołgistów, z reguły eliminujących z walki, jak się to
eufemistycznie nazywa, wiele więcej ofiar? Autor przyznaje, iż
snajper jest traktowany jako ktoś w rodzaju skrytobójcy, mordercy,
podczas gdy wszyscy inni uprawiają tak zwane „zwykłe zabijanie”.
Sarjanen twierdzi, iż strzelanie wyborowe, wyłączając serbskich
snajperów z Sarajewa mordujących cywili, jest bardziej...
humanitarne (sic!). Jak by się jednak moralnie gimnastykować, nie
sposób beatyfikować snajpera, który - nad czym już się Sarjanen
specjalnie nie rozwodzi – występuje na froncie w roli Nemezis, w
starciu z którą przeciętny żołnierz nie ma szans nawet
najmniejszych. I to właśnie jest głównym powodem odczuwanej do
snajperów nienawiści. Miast brnąć w ekwilibrystyczne dywagacje
moralne, lepiej byłoby, gdyby autor poprzestał (kiedy tak czyni,
jest przekonywający) na postawieniu kwestii jasno: walcząc z
bezlitosnym agresorem, Simo Häyhä nie strzelał do kobiet i dzieci,
lecz polował na usiłujących odebrać mu jego dom mężczyzn w mundurach
wroga.
Z wielką korzyścią dla książki, w pozostałych jej rozdziałach autor
nie stąpa już po tak cienkiej linie. Wręcz przeciwnie, w sposób
interesujący przedstawia kwestie mało znane lub kompletnie obce
polskiemu czytelnikowi. Pisząc o historii „Wielkiej”, ukazuje ją z
perspektywy ludzi „małych”, szeregowych żołnierzy fińskiej armii,
której waleczność i skuteczność zapierała kiedyś światu dech w
piersiach. Stalinowskiemu militarnemu molochowi stawiło bowiem czoła
nieliczne wojsko bliższe pospolitemu ruszeniu niż armii XX wieku (co
Sarjanen znakomicie ukazuje) i przez długie miesiące powstrzymywało
Goliata z czerwoną gwiazdą na hełmie. Jak to było możliwe i kim byli
ludzie zdolni do takich czynów?
Sarjanen portretuje ich ze skandynawskim umiarem nader adekwatnym do
nieefektownego bohaterstwa żołnierzy-amatorów. Romantyzmu wojny
czytelnik się w "Białej śmierci" nie doszuka. Mimo to - a
raczej właśnie dlatego - ta skromna fińska książka wywiera na
czytelniku wrażenie porównywalne z tym, jakie ma się - toutes
proportions gardées - oglądając "Wojnę zimową". I w tym
bowiem wypadku zamierzał twórca ukazać wojnę taką, jaką była
naprawdę, a walczyli w niej zwykli ludzie, którzy na przekór
wszystkiemu starali się przetrwać, odbierając życie wrogom, starając
się nie stracić własnego. Dokładnie tak, jak bohaterowie powieści
Miki Waltariego, notabene na kartach "Białej Śmierci"
pojawiającego się w mało u nas znanej roli - korespondenta
wojennego.

|
|