|
|
Jarosław Kolasiński
„Ludzie nie lubią być bombardowani”
Patrick Bishop
Chłopcy z bombowców. Odpowiedź na atak 1940-1945.
tyt. oryg. Bomber Boys
tłum. Robert Bartołd
REBIS, Poznań 2010
Chłopcy z bombowców (wiek wielu z nich przydawał dosłowności temu
określeniu) walczyli najdłużej z Brytyjczyków, bo od września 1939
aż po kres II wojny. O ile podczas konfliktu chętnie czyniono z nich
ikony brytyjskiego uporu w dążeniu do zwycięstwa, to już 13 maja
1945 sir Winston dziękując żołnierzom JKM za trud, krew, pot i łzy
wymienił wszystkie rodzaje sił zbrojnych, a o Bomber Boys
„zapomniał”. Ich walka (5 lat przy pełnej premierowskiej aprobacie)
nie była tym, czym w czasie pokoju wypada się chlubić. Okazało się (
i stan ten utrzymuje się do dzisiaj), że choć wkład bombowców RAF w
końcowy triumf był istotny (na ile - wciąż trwa dyskusja), to krwawa
plama „zdobi” wspomnienie o nim. Rzecz w zastosowanej metodzie.
„Bombowy Harris” miał niewątpliwie rację, że „bombowiec zrzuca bomby
na ludzi, a ludzie nie lubią jak spadają im one na głowy - lecz
wcale nie tłumaczy to współczesnych alergicznych reakcji na dywanowe
bombardowania miast.
Przekonanie o możliwości „wybombardowania” Niemiec z wojny poprzez
hekatombę cywili, którzy w końcu wywrą nacisk na rząd, by
kapitulował - okazało się zresztą absolutną brednią: odporność
Niemców na alianckie naloty przekroczyła granice pojmowalności, a
fakt, iż na jesieni 1944 nazistowska produkcja myśliwców osiągnęła
wartości rekordowe - mówi wiele, albo wszystko. Autor to wszystko
wie, nie unika polemiki, wręcz przeciwnie - wciąż jakby szukał po
temu okazji i znajduje pokazując przy okazji, ze nadawałby się na
autora podręcznika do nauki brytyjskiego sarkazmu. Bishop zajmuje
się zarówno esprit de corps dywizjonów bombowych, prywatnym
życiem lotników, jak i samymi misjami bombowymi. Ich efekty (piekło
uczynione na ziemi) przedstawione są w książce uczciwie, choć nie
stanowią głównego tematu książki.
Nie stroni wszakże autor od zrelacjonowania dyskusji (wzbogaconej o
jego osobiste stanowisko) o aspektach moralnych ofensywy bombowej
RAF. Przy okazji obala mit o Brytyjczykach bez pardonu mordujących
bombami po nonach i Amerykanach uderzających z chirurgiczną precyzją
za dnia. Okazuje się bowiem, że dwie odmienne pragmatyki sprowadzały
się do tego samego - mnóstwa zabitych cywili. Czy moralne było
miażdżenie niemieckich miast? odpowiedzi Bishop daje kilka - jedną z
nich są słowa N. Farklanda: „Wielką niemoralnością [w 1940 i 1941]
byłoby przegranie wojny z Hitlerem. Rezygnacja z jedynego sposobu
bezpośredniego ataku, jaki mieliśmy do dyspozycji, byłaby wielkim
krokiem w tym kierunku”. Jest to odpowiedź z gatunku znakomitych,
nie tłumaczy jednak sensu zmiecenia z powierzchni ziemi wielkich
obszarów Fryburga, Heilbronu czy Bonn, których wartość militarna
była żadna. Za to wszelako nie mogą odpowiadać sportretowani przez
Bishopa chłopcy z bombowców, lecz ich dowódcy (cywilno-polityczni
również) wprowadzający podwładnych w błąd twierdzeniem, iż celem
bombowej ofensywy jest niszczenie przemysłu, zabijanie zaś cywili,
to drzazgi przy rąbaniu drwa. W rzeczywistości celem było jedno i
drugie.

|
|