| |
Jarosław Kolasiński
Nikt nie rodzi się czarownicą?
John Updike
"Czarownice z Eastwick"
tyt. oryg. "The Witches of Eastwick"
tłum. Katarzyna Bogucka-Krenz
Rebis, Poznań 2008
Oglądanie pierwej filmu nakręconego na podstawie dzieła
literackiego, potem zaś dopiero lektura adaptowanej powieści zwykle
jest błędem. Jeśli ktoś nie jest do prawdziwości powyższego
twierdzenia przekonany, niech dopiero po wizycie w kinie sięgnie po
Czarownice z Eastwick Johna Updike’a. Z każdej stronicy wychylać się
będą oblicza hollywoodzkich gwiazd (S. Sarandone, Cher, M. Pfeifer),
a od wspomnienia diabolicznego Jacka Nicholsona nie sposób się
będzie uwolnić. Cóż jednak z tego? Nawet znając na pamięć film
George’a Millera i tak warto sięgnąć po rebisowskie wydanie
powieści, doskonale się broniącej piórem Updike’a (według jego
rodaków-notorycznego kandydata do literackiego Nobla).
Tytułowe czarownice objawiają się w sennym Eastwick nagle. Życie w
tym amerykańskim miasteczku płynie sobie spokojnie, a zaskakującemu
przyspieszeniu ulega, kiedy wkracza do akcji fascynująco zły Darryla
Van Horn. Trzy kobiety, uwikłane w monotonną małomiasteczkową
codzienność, dzięki tajemniczemu przybyszowi zrzucają kajdany
konwenansu i nudy. Van Horn uświadamia im i udowadnia, że nie są
takie zwyczajne oraz szare, za jakie otoczenie uważało je przez
lata. Czarownicami bohaterki powieści nie tyle się stają, co
odkrywają w sobie swe "czarownictwo". Ewolucja ta, posiadająca
liczne cechy rewolucji, gruntownie odmienia losy Sukie, Alex oraz
Jane. Ten wątek Updike’owej opowieści dał swego czasu wiele do
wykrzyczenia tak amerykańskim feministkom jak i przeciwnikom
wyzwolenia kobiet.
Wspomniane spory o tyle są uzasadnione, że wymowa powieści wcale nie
jest płytko-jednoznaczną pochwałą "stawania sztorcem" wobec
społecznych realiów. Kobiece wyzwolenie może skończyć się tragicznie
dla solidaryzującego się z paniami mężczyzny, czego przykładem jest
wyciśnięty jak cytryna i finalnie odrzucony Van Horn. Inna sprawa,
że rezygnujące z nadopiekuńczości męskiego diabła Updike’owe kobiety
też sporo tracą, ale jakoś dziwnie łatwiej im się z tym pogodzić.
Jeśli traktować rzecz jako alegorię odwiecznej wojny
marsjańsko-wenusjańskiej, to wnioski są mało dla męskiej części
czytelników optymistyczne, ale cóż poradzić? Może pisarz się myli?
Kwestia wyzwolenia kobiet, ich pozycja w nowoczesnym społeczeństwie
jest w powieści wszechobecna. To, że od czasu, gdy Updike pisał
Czarownice… wiele lat już minęło i dużo się na tym polu zmieniło, w
niczym nie zmienia prawdziwości wielu autorskich obserwacji, że o
celności wniosków nie wspomnę. Po dziś dzień zasadna i potrzebna
jest też zjadliwa - długimi chwilami - ironia. Tym celniej trafia do
współczesnego czytelnika, że (choćby) w niektórych
środkowoeuropejskich krajach wciąż jest tu wiele do zrobienia. Dla
uspokojenia męskiego czytelnika śpieszę zauważyć, że i samym
kobietom też się od Updike’a obrywa, i to całkiem nieźle. Gdyby ktoś
chciał autorowi przykleić etykietkę męskiego szowinisty, bardzo
proszę: bez inicjatywy samca Van Horna nie wyzwoliłyby się. Tylko po
co komu etykietki? Lepiej podczas (i po lekturze) pokusić się o
refleksję.
Twierdzenie, że Czarownice… są powieścią feministyczną,
kryptofeministyczną, antyfeministyczną, czy że w ogóle jest to wątek
jedyny i dominujący byłoby jednak nadużyciem, nadto autor z
pewnością by się oburzył. John Updike z iście demonicznym
upodobaniem i prawie publicystyczną ostrością pastwi się nad
amerykańską rzeczywistością małomiasteczkową, tamtejszą mentalnością
zaklętą w mantrze wychwalającej "amerykański styl życia", który i
dziś przez wielu uznawany jest za ostoję tegoż społeczeństwa. Trzeba
przyznać, że autorskie pastwienie jawić się musi jako smakowite. I
faktu tego nie zmienia to, że obiekt krytyki mimo wysiłków Updike’a
(i wielu jemu podobnych) ma się zastanawiająco dobrze również w XXI
wieku.
Powieść przeczytać oczywiście warto, a konia z rzędem temu, kto po
lekturze nie skusi się, by ujrzeć (czy ponownie, czy po raz
pierwszy) oblicze Nicholsona wcielonego w diabła, lub - to bardziej
adekwatne – diabła wcielonego w Nicholsona. A zresztą… pomarzyć
wolno każdemu – wcale przecież nie musi być tak, że nikt nie rodzi
się czarownicą i trzeba dopiero przybysza z piekieł, by to sobie
uświadomić, w sobie odkryć. Może… warto zaryzykować i spróbować
dociec prawdy. A nuż się uda?

|
|