|
|
Jarosław Kolasiński
Szybkobieżny krążownik kalibru 45 m(il)m(orskich)
Antony Beevor
D-Day. Bitwa o Normandię
tyt. oryg.: D-Day. The Battle for Normandy
tłum.: M. Komorowska
red. prowadzący: K. Ziębowicz-Tobolewska
kons. merytoryczna: M. Gablankowski
adiust.: A. Oleśkiewicz
korekta: B. Gąsiorowska, K. Onderka
Podobnie jak wszystkie wydane u nas wcześniej („Walkę o
Hiszpanię”, „Stalingrad”, „Berlin 1945”) i tę książkę Beevora
czyta się znakomicie: autorska erudycja musi budzić podziw,
umiejętność syntezy podobnie. Cenne novum stanowi uwypuklenie losów
cywilów i rzecz nawet nie w przytoczeniu i podkreśleniu wysokość
strat, ale w opisaniu sporów aliantów o „francuskie cywilne koszty
własne” oraz obszernych relacjach (nie pozbawionymi ostrych ocen) o
mocno polskiego czytelnika zaskakującym stosunku żołnierzy USA do
Francuzów, przy którym wzajemne fochy Roosevelta i De Gaulle’a
zdawać się muszą czymś zaledwie śmiesznym. Tymczasem amerykańskim
żołnierzom zdarzało się traktować Francuzów niczym mieszkańców
podbijanego terytorium: strzelano do uciekających z linii frontu,
gwałcono, molestowano, kradzieże (w tym zegarków) zdarzały się
często, choć wszystko to nie aż na radziecką skalę. To ocenę pewnie
powinno łagodzić, ale fakt, iż czyniono to obywatelom sojuszniczego
pastwa - zaskakuje podwójnie. Podobnie jak krwawych konsekwencji
plotka krążąca również wśród wyższych amerykańskich szarż (sic!) o
francuskich kobietach-snajperkach (kochankach Niemców) polujących
aliantów. Autor podkreśla, że (niezależnie od wybujałego ego
Charlesa De Gaulle’a i dziwacznego kontredansu Amerykanów wokół
Vichy) tego typu postępowanie aliantów w Normandii (wraz z
późniejszym traktowaniem Paryża jako zagłębia seksualnego) mocno
zaważyło na powojennych stosunkach zainteresowanych. W większości
publikacji jest to kwestia „powszechnie nieobecna”, Antony Beevor te
zaległości nadrabia.
Z „Szeregowcem Ryanem” nie konweniuje też narracja o dobijaniu
rannych i mordowaniu jeńców po obu stronach frontu. Skala zjawiska
budzi grozę, burząc jednocześnie mit rycerskiego starcia godnych
siebie przeciwników. Prozy wojny u Beevora jednak więcej niż u
Ryana, a sytuacyjnego humoru, patosu i bohaterstwa o wiele mniej,
choć też ich nie brakuje. „D-Day” to lektura znakomita, gdyby nie
szybkobieżny krążownik kieszonkowy kalibru 45 mm pływający wszakże
nie po wodach terytorialnych autora, lecz mieliznach polskiego
przekładu. Gdy Cornelius Ryan wydawał w Polsce swój „Najdłuższy
dzień”, we wszystkich tutejszych wydaniach trafiał na czujnych
tłumaczy i redaktorów. Nieszczęsny A. Beevor tego o sobie powiedzieć
nie może.
Na domiar złego - tytułowy krążownik pływa w eskorcie eskadry
pomyłek o różnej „wyporności”, najeżonej lufami zróżnicowanego
kalibru. Jedna z nich należy do gen. Normana Coty uzbrojonego w
pistolet automatyczny kalibru - bagatela - 45 mm (!!!) dzierżony „w
kościstej ręce”. Cóż to za ręce mieli generałowie w tamtych czasach,
skoro w ciężkich warunkach wojennych radzić sobie mogli z pistoletem
o lufie średnicy ponad dwa razy większej niż działka ówczesnych
myśliwców, o 2 zaledwie milimetry cieńszej niż nasze pepance w 1939.
Wiara tłumaczki w możliwości gen. Coty granic nie posiada, skoro na
str. 131 jest ów supermen w stanie „spokojnie obracać pistoletem na
palcu”. W rzeczywistości wspomniany colt miał kaliber 45, ale
setnych i to cala, a nie decymetra, milimetrów zatem zaledwie 11,43.
Co do krążowników, to mieliśmy ich tylko dwa (niejednocześnie
„Dragona” i „Conrada”), tłumaczka zaś lekką ręką dodaje do nich
„Krakowiaka” i „Ślązaka”, w istocie „banalne” niszczyciele eskortowe
mikrych rozmiarów. Nawet gdyby je w trójkę (dorzucając - bo i co to
komu w tej sytuacji szkodzi? - „Kujawiaka”) zespawać i tak na
krążownik (lekki) zabrakłoby jakiegoś prawie tysiąca ton wyporności.
W świetle tak znaczącej rewolucji we flocie, ewolucja oddziałów
wydzielonych czy grup bojowych w „grupy zadaniowe” nie powinna już
zastanawiać, a o „trałowcach przeciwminowych” (są inne?) lepiej po
prostu zapomnieć, pamiętać jednak należy, że zdanie „trały
przeciwminowe zawróciły” ma identyczną wartość logiczną jak
stwierdzenie „noże koszące uczyniły zwrot” - gdy mowa o strzyżeniu
trawnika kosiarką.
Rezygnując z zastanawiania się nad sensem tłumaczenia cegły z
zakresu wojskowości przez tłumaczkę mającą luki w elementarnej
wiedzy z tejże dziedziny, warto się wszakże zastanowić, czy główną
winną wobec autora i czytelników jest ona właśnie. Od wychwytywania
ewentualnych błędów w tego typu przekładach szanujące się
wydawnictwo (jakim niewątpliwie ZNAK był i jest) „ma swoich ludzi”.
Przy „D-Day” pracowali: brytyjski autor (szczere gratulacje!),
tłumaczka (wyrazy współczucia z uwagi na niektóre aspekty efektu
końcowego) redaktorka prowadząca, konsultant merytoryczny,
adiustatorka i dwie korektorki. Tymczasem krążownik jaki jest, każdy
widzi - szybkobieżny. Tak szybkobieżny, jak pojawiająca się tylko w
tej książce (inne perfidnie o niej milczą) niemiecka artyleria
(czyżby Wunderwaffe?!). Istne szaleństwo, a może jest w nim
metoda i krążownik zwodowano celowo?
Wychodziła u nas przed II wojną pewna popularna gazeta z gatunku
„krew na pierwszej stronie”, która celowo drukowała błędy (w tym
ortograficzne), by tym finezyjnym sposobem silniej wiązać ze sobą
czytelnika, który krztusząc się ze śmiechu pisał listy do redakcji,
w błogim przekonaniu, że jest od redaktorów bardziej kompetentny.
Jeśli ZNAKOWI w przypadku „D-Day” o to chodziło, można mówić o
niewątpliwym sukcesie. Czy Antony Beevor byłby podobnego zdania?

|
|