|
|
Jarosław Kolasiński
Świat nieomal szczęśliwy
Aleksander Sołżenicyn
Jeden dzień Iwana Denisowicza i inne opowiadania
tyt. oryg.: Odin dień Iwana Denisowicza, Matrionin
dwor, Słuczaj na stancji Koczetowka
tłum. W. Dąbrowski, I. Lewandowska, A. Wołodźko, H. Broniatowska
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań 2010
„Jeden dzień Iwana Denisowicza”, uwerturę do przyszłego
„Archipelagu Gułag” czytał chyba każdy. Jeśli nie, to nadarza
się ku temu okazja tym lepsza, że w tomie wydanym przez Rebis można
poznać dwa inne, niemniej warte lektury utwory Sołżenicyna -
„Zagrodę Matriony” oraz „Zdarzenie na stacji Koczetowka”.
Utwory te są mniej znane od tytułowego, a wcale nie gorsze.
„Zagroda…”, choć miejscami nieco ckliwa, bez znieczulenia
ukazuje makabryczny świat radzieckiej wsi. Obrazuje wiejską
rzeczywistość światowej ojczyzny proletariatu, w której wdowa po
wegetującym w kołchozie proletariuszu rolnym po zgonie męża staje
się po prostu nikim - w sensie formalno-dialektycznym. Niby istnieje
(fizycznie) a na papierze wcale jej nie ma (chłop w ZSRR nie
posiadał dokumentów). Niby Matriona przez pół życia „budowała
socjalizm”, a - jako proletariuszce wiejskiej - emerytura jej się
nie należy, ewentualnie po mężu, który zginął na początku wojny. Kto
wie, ile zarabiał „wieki temu” , kto to policzy i postawi pod
rachunkiem swą strasznie ważną pieczęć? I dla kogo tu się wysilać,
dla wiejskiej baby? Toż nikt za nią nie stoi. Co, żyć nie ma z
czego? Następny proszę!
Bohaterem „Zdarzenia…” jest młodziutki radziecki oficer
stalinowskiej armii. Marzy o froncie, wieści z niego (jest rok 1941)
nie tyle go przerażają, co kompletnie ich nie rozumie. Nie bierze w
walce udziału, będąc komendantem stacji kolejowej, choć wojna
zaskakująco prędko tam się zbliża. W odróżnieniu od Matriony on nie
szuka dla siebie miejsca w stalinowskim systemie - jemu (podobnie
jak Iwanowi Denisowiczowi) je znaleziono. Po raz pierwszy, gdy
wzięto no do oficerskiej szkoły, po raz drugi, gdy zupełnym
przypadkiem zetknąć się wreszcie musiał z tą sferą stalinowskiej
rzeczywistości, o której przez całe dotychczasowe życie usiłował nie
mieć zielonego pojęcia. Gdy do tego dochodzi - reaguje dokładnie
tak, jak to sobie wymarzyli stalinowscy stójkowi dusz.
Trzy utwory, trzech bohaterów, trzy sposoby na przetrwanie w
„realnym socjalizmie” występującym w ZSRR w najrealniejszej ze swych
realnych postaci. Bohaterowie opowiadań zmarłego w 2008 r.
rosyjskiego noblisty (1970) usiłują jakoś żyć w rzeczywistości, w
której zupełnie nowego znaczenia nabierało w niej pojęcie szczęścia.
Dla niejednego człowieka radzieckiego szczęśliwym stalinowskim dniem
mógł być po prostu taki, w którym nie wtrącili go do karceru, zdołał
podwędzić nieco kaszy, zakurzyć machorki zawiniętej w gazetę. „I nie
zachorował, przetrzymał. Minął dzień […] niczym niezamącony, nieomal
szczęśliwy.” I choćby dla samej tej pointy „Jednego dnia…”
warto ten zbiór opowiadań przeczytać i czekać na kolejne wznowienia.
UWAGA!

Możesz wspomóc recenzenta! Jeśli posiadasz konto w Merlinie, a
zamieszczoną tu recenzję uznajesz za przydatną,
oceń jej skróconą wersję
zamieszczoną na stronie księgarni. Jako niespełniony Indianin bardzo
pożądam piórek;)) Mogą być merlinowsko-recenzenckie.

|
|