| |
Jarosław
Kolasiński
The Dark Side of The Pohoda
(knedlicenzja)
Mariusz Szczygieł
"Gottland"
Wydawnictwo "Czarne"
Wołowiec 2006
Pomnik
należy wysadzić z godnością, nie naruszając powagi ZSRR – nakazała partia, z
pryncypialną precyzją uściślając polecenie: Józefowi Wissarionowiczowi
Stalinowi nie wolno wkładać do głowy materiałów wybuchowych, kategorycznie
zabrania się w nią strzelać. Nie wolno też o sprawie mówić z nikim postronnym,
nie ma też mowy o żadnym fotografowaniu, a o filmowaniu to już w ogóle. Kto się
wyłamie – natychmiast zostanie aresztowany.
Już samo sformułowanie "pomnik wysadzić z godnością" przywodzi na myśl
szczególnie groteskowe owoce filmowej "szkoły czeskiej", przypomina najbardziej
surrealistyczne akapity prozy z Pragi i okolic. Skojarzenia takie są tym
bardziej słuszne, że to Czechowi właśnie – przerażonemu inżynierowi Křížkowi –
rozkazano wysadzenie największego na świecie pomnika Stalina, który prażanom
sprezentowała Komunistyczna Partia Czechosłowacji w roku 1955. Dokładnie wtedy,
gdy w samym ZSRR, człapiąc chruszczowowskimi walonkami nadchodził czas demontażu
stokroć nawet mniejszych monumentów zmarłego nareszcie Ojca Proletariatu. Ba!
Gigantyczna i kosztowna szkarada królowała nad Wełtawą lat zaledwie siedem, gdyż
wysadzono ją już (dopiero) w roku 1962.
Historia pomnika nadaje się na farsę o wysokiej oglądalności: w ogłoszonym
konkursie na pomnik Stalina – jak na stalinizm w apogeum przystało – udział
biorą wszyscy żyjący i sprawni fizycznie czescy mistrzowie dłuta, a ściślej ci,
którzy mają kaprys nadal trudnić się rzeźbiarstwem, a nie choćby czyszczeniem
systemów kanalizacyjnych. Otokar Švec również staje w blokach startowych.
Stymulując wenę litrem wódki, plagiatuje przedwojenny projekt pomnika postaci w
socjalizmie arcytrefnej, w przekonaniu, że choćby z tego powodu jego Stalin
zostanie odrzucony. Sprytny artysta ma jednak pecha i wygrywa. Zabawne,
nieprawdaż? Prawdaż. I do tego – chciałoby się rzec – typowo czeskie.
Opowieść o pomniku zaczerpnąłem z reportażu Mariusza Szczygła Dowód miłości
zamieszczonego w zbiorze Gottland wydanym przez "Czarne". Na
szczęście nie jest to książka "Na każdy temat". Nie istnieje związek
między nią a polsatowskim, pożal się Boże, talk showem, w którym
drażniącym pięściakiem sztuczności i doborem tematów w stylu "cielę z pięcioma
głowami" zwiastował Szczygieł nadejście ponurej epoki kamienia tabloidalnego.
Książka jest po prostu velmi dobra, a kupiłem ją, gdyż traktuje o
Czechach chlubiących się stolicą, w której tworzył Kafka. Pisarz rodem z CK
paranoi, ale znający też rzeczywistość czeskiej "pierwszej republiki".
Socjalizmu, szczęściarz, nie doczekał, lecz mimo iż nawet dziś mało przez
Czechów czytany (sic!) – duchem zawsze był (i jest) obecny. Już po śmierci
autora Procesu ukuli prażanie termin kafkárna i słowo to – noblesse
oblige – doskonale opisywało nadwełtawską rzeczywistość – nie tyle
"również", co raczej – przede wszystkim pod rządami KPCz. Wspomniany termin był
w powszechnym użytku, lecz w druku nikt go nie uświadczył, a rozpytywani na
ulicach Pragi przechodnie "nie wiedzieli", w czym rzecz, gdyż "to słowo nie
istniało". A przecież jest kafkárna wiecznie żywa, moim zdaniem nie tylko
w realnym socjalizmie i nie tylko po jednej stronie Karkonoszy. Istnieje
wszędzie tam, gdzie rozpycha się łokciami świat groteski i absurdu. Realność,
której nie da się do końca zrozumieć. Jedynym wyjściem – według Czechów – jest
akceptacja jej istnienia i dostosowanie się. Czy można to lepiej zdefiniować,
niż zrobił to Szczygieł przytaczając anegdotę o Amerykance, której czeski
literaturoznawca zupełnie serio sugerował, iżby pisząc o Wielkim Franzu, nie
używała personaliów, lecz wytrychu "ten pisarz"? Unikanie nazwiska autora
Procesu w pracy o nim właśnie, zdaniem profesora było świetnym wybiegiem wobec
władzy na praojca kafkárny szczególnie uczulonej. No, bo jakżeby w CSRS
mogły się absurd i groteska panoszyć, skoro niepodzielnie panowała husakovska
"normalizacja" – sam szczyt powszechnej szczęśliwości.
Duch Franza Kafki wzbogacony o iście hrabalowskie akcenty szczerzy w
Gottlandzie zęby z każdej stronicy, ale uwaga! Reportaże Szczygła nie
przedstawiają większej wartości dla kogoś, kto z uporem maniaka buduje swoje
zainteresowanie sąsiadami z południa tylko i wyłącznie na zazdrosnym podziwie
dla ich wzniesionej (rzekomo jedynie) na chmielowym fundamencie kultury. Niech
lepiej zrezygnuje z lektury Gottlandu ten, kto w każdym Czechu widzi
tylko Szwejkowego kuzyna, postać z filmów Menzla, aż po kufel grzęznącą w
pustyni pogodnego gadulstwa, osobnika opowiadającego w knajpie kecane
historyjki, których ani sensu, ani końca nie widać. Czeska twarz wyłaniająca się
z książki Mariusza Szczygła wcale nie jest rozrechotana i piwnej piany nie ma na
wąsach. Naszkicowana sprawnym piórem, jest nieco zakłopotana, czasem zafrasowana
czy zażenowana (lecz bez afektacji!) narodowym konformizmem. Często wykrzywia
się w grymasie cierpienia, na siłę skrywanym pod maską samozadowolenia i
obojętności. Kto pił, ten wie – Pilzner, owszem, rozweselający bywa, ale gorzki
jest oczywiście zawsze.
Utarło się uważać (w wielkiej mierze słusznie), że podstawowym elementem
czeskiej mentalności (z przerwami na czas wizyt armii zaprzyjaźnionych jak w
1938 i 1968) jest słynna pohoda. Coś, czego nam Polakom brakuje od zawsze
chyba, a co tak zniewala tych z nas, których nie tyle śmieszy język stosowany na
południe od Sudetów, co fascynuje tamtejsza kultura i obyczajowość. Pohoda
to – jak Szczygieł twierdzi – epikurejski prozac kulturowy. Można (powinno się)
go Czechom zazdrościć, gdyż równoznaczny jest z bezkonfliktowością w relacjach
międzyludzkich, swoistą dobrodusznością, ironiczno-jowialnym humorem, którym
doskonale służy piwo, a nie jak na północ od Śnieżki – wóda przyprawiająca do
kufajek husarskie skrzydła, a ostrogi nawet do ufajdanych krowim łajnem
gumiaków. Pohoda to odnajdywanie radości życia nawet w jego szarej
monotonii. Nic dziwnego, że nikt tak jak Czesi nie potrafi napisać powieści czy
nakręcić filmu "o niczym", uczynić to tak, że oczarowują. Dzięki pohodzie
właśnie, tej doskonałej treserce wszelkich tragedii, która z powodzeniem oswaja
je tak, że nigdy nie mogą zdominować człowieka, gdyż są trzymane na smyczy
humoru i przekonania o tym, że kiedyś koniunktura przyjść musi i kropka. Z
drugiej jednak strony, tej ciemnej, pohoda wydaje się niejednokrotnie
uniemożliwiać refleksję, utrudniać uczciwe zrozumienie własnych postaw, grzeszyć
świadomą powierzchownością sądów i pomagać we wznoszeniu gmaszyska
samozadowolenia – a są to przecież występki. Choć w przypadku Czechów mocno
uzasadnione, to jednak ciężkie. W makabrycznych okolicznościach przyrody (np. po
roku 1968) pohoda stanowiła od nich samych ucieczkę, ale zdaniem
niektórych (nielicznych) zbyt daleko idącą. Czy dzięki pogodnemu eskapizmowi
zawsze da się bessę przeczekać? Czy nie zdrowiej, rezygnując ze świętego
spokoju, dopomóc hossie? Gdzie zaczyna się konformistyczny marazm i ile
kosztuje? Czy cena nie przekracza możliwości nabywcy? O to właśnie pyta
Szczygieł w swoich reportażach.
Zabawna opowieść o pomniku Stalina przestaje śmieszyć, kiedy dotrze się prawie
do pointy. Otokar Švec, triumfator konkursu, na własną zgubę lepi kolejne modele
monumentu. Tworzy Stalina przeogromnego, a towarzyszące mu postaci dużo
mniejsze, choć i tak zbyt wielkie jak na wymagania "krytyków sztuki" z KC KPCz,
którzy regularnie besztają artystę, wpędzając go w depresję. Partia
pryncypialnie stwierdza, że postaci symbolizujące czeski i słowacki lud
pracujący miast i wsi są zbyt wielkie w stosunku do Wodza Narodów. Tłumaczenia
zdesperowanego Šveca nic nie pomagają – towarzysze własnoręcznie dokonują
poprawek. Scyzorykami zmniejszają figury kobiety-partyzantki oraz krasnoarmiejca
podążających na końcu korowodu. Tuż przed odsłonięciem pomnika rzeźbiarz jedzie
praską taksówką. Uprzejmy taryfiarz (nie wiedząc, z kim ma do czynienia) w
zaufaniu dzieli się z artystą cenną refleksją: Przecież ta nasza partyzantka
łapie tego ruskiego za rozporek. Nie chciałbym być w skórze tego rzeźbiarza,
kiedy pomnik odsłonią. Zamkną nieszczęśnika i z miejsca rozstrzelają.
Skąd taki pomysł? Taksówkarz wiedział, co się w jego kraju dzieje w podobnych
wypadkach?
Czeska kafkárna doby nierealnego socjalizmu bez ludzkiej twarzy wywołuje
chichot, ale histeryczny. Po prostu przeraża. I tak jest na każdej stronicy:
ilekroć ma się człowiek ochotę uśmiechnąć, zaraz poważnieje. Niby to samo było u
nas, niby i w Polsce profesorów trzymano czasami z dala od katedr, ale nie
słyszałem, by im jeszcze w późnych latach sześćdziesiątych "po czesku" dawano
wybór: albo pokorna akceptacja linii partii, albo cmentarz z ewentualną zamianą
na szpital psychiatryczny. W PRL zamknięto wprawdzie prymasa Wyszyńskiego w
klasztorze, ale nie musiał on jeszcze w latach siedemdziesiątych (!!!) w ramach
reedukacji myć okien sklepowych, jak czeski kardynał Vlk. Nie przypominam sobie
też, żeby gierkowska milicja buldożerami niszczyła prywatne domy, w których
wcześniej koncertował niepoprawny zespół rockowy i radiowozami rozjeżdżała
uciekającą w popłochu publiczność. Opisywana przez Szczygła maestria
czechosłowackiej bezpieki w szykanowaniu opornych przekracza niejednokrotnie
możliwości percepcyjne czytelnika. Podobnie jak dla – odmiennie zaprogramowanego
kulturowo i historycznie – Polaka trudna do pojęcia jest skala czeskiego
konformizmu i, często nie tylko bierna, akceptacja husakowskiej "normalizacji".
Warto jednak zgasić ewentualny uśmieszek pogardy i zastanowić się, czy mimo
słabiej dokręcanej śruby opozycja w PRL faktycznie zawsze liczyła miliony
aktywistów, czy może jednak ledwie dziesiątki w połowie lat 70-tych. Czytając o
braku społecznego oporu wobec rządzących w CSRS, wypada też zapytać, czy bez
krachu ekonomicznego, a jedynie pod presją społeczną nasze reżimy upadłyby już
wtedy, kiedy je diabli wzięli, czy może jednak dużo później? Uczciwa odpowiedź
na to pytanie może kazać nieco inaczej postrzegać mieszkańców Gottlandu – kraju
Karela Gotta.
Poszukując dopuszczalnych granic czeskiego konformizmu, Szczygieł zastanawia
się, na ile szwejkowska zdolność genialnej mimikry to opłacalna i uzasadniona
konieczność, a na ile po prostu ułatwienie reżimowi zadania. Czy czeska
uporczywa dążność do przeczekania, to błogosławiona zaleta narodowa, czy wada?
Naganny oportunizm to, czy może jednak racjonalnie ostrożne szafowanie narodową
krwią, gdy jej niewiele, bo nacja nieliczna, a sojusznicy i sąsiedzi (z nami na
czele) wielekroć pokazali, ile są warci? Jednoznacznych odpowiedzi Mariusz
Szczygieł nie podaje. Ciężko orzec, czy istnieją. Gottland ani nie
gloryfikuje, ani nie potępia w czambuł Czechów i ich pohody. Pokazuje
natomiast, że choć jednym pomagała trwać, to jednak zawsze działo się to kosztem
jej braku u innych. W tych samych latach jasno błyszczały kariery Vondračkovej i
złotoustego Karela, a ciemnymi barwami los malował życiową tragedię niemniej od
nich uzdolnionej sygnatariuszki Karty 77 Marty Kubišovej. Kiedy w CTV stepował,
niezatapialny jak Maryla Rodowicz, Jiři Korn, Jaromír Nohavica błąkał się gdzieś
po marginesie. Kiedy Václav Neckář "czarował" w sopockiej Operze Leśnej, Karela
Kryla (czeskiego Kaczmarskiego) ledwo było słychać w RWE, a rockowy Plastic
People of the Universe zasiadał na ławie oskarżonych. Pohoda jasna i
ciemna: na tej samej dziś półce wspaniała proza Hrabala (sygnatariusza Antykarty)
przenoszona na ekran przez Menzla oraz emigracyjne tomy Kundery, Skvorecky'ego,
tuż obok nich dzieła Miloša Formana, ale też i "Dom na Sojczym Wzgórzu".
Czy przed Aksamitną Rewolucją pohoda mogła istnieć pozbawiona swej
ciemnej strony? Czy rezygnując ze świętego spokoju tak, by nie mógł istnieć jego
ponury rewers, dałoby się w ogóle żyć pod Husakiem? A może ciemna strona
pohody jest po prostu jej samej logiczną ceną, którą musiano zapłacić?
Otwarta pozostaje kwestia – czy w sklepiku z kafkárną na szyldzie i
półkach nie było przypadkiem zbyt drogo.
Pytania te Gottland stawia równie intensywnie, co ukazuje powszechną
niemal u Czechów niechęć do tychże refleksji. Polski czytelnik może na to
pokręcić bohaterskim biało-czerwonym nosem, bo sam przecież nigdy, nikomu i
niczym nie dał się kupić. Wcale też gremialnie nie klaskał Gierkowi
otwierającemu Pewexy i granice, a za węgłami wszystkich peerelowskich bloków z
wielkiej płyty czaił się masowy ruchu oporu zbrojny w granatniki z ukoronowanymi
orłami zamiast celowników. Można jednak pójść inną drogą i na koniec lektury
Gottlandu nie czuć się od Czechów ani gorszym, ani lepszym – za to w pełni
usatysfakcjonowanym, bogatszym o inną, głębszą wiedzę o naszych sąsiadach zza
południowej miedzy. O ludziach mówiących tak podobnym do naszego językiem, a tak
od nas różniących się – jakżeby inaczej – wspaniałą pohodą posiadającą
jednak i stronę ciemną, którą w swej książce Mariusz Szczygieł w poruszający
sposób przybliżył, nalewając do czytelniczych szklanek smakowitego pilznera.
Można go wychylić kilkoma gorączkowymi haustami, można też pieścić podniebienie
małymi łyczkami – delektować się każdą stronicą. Jednakże – kto pił
najsłynniejsze z czeskich piw albo czytał Gottland ten wie, że pilzner
rozweselić degustującego potrafi, gorycz jednak pozostanie zawsze. Nawet kiedy
się człowiek rozrechocze, czytając o "partyzantce chwytającej ruska za
rozporek", to po następnej linijce świetnej książki Szczygła ma już kaca.
Okazuje się bowiem, że Otokar Švec prosto z taksówki udał się do swej praskiej
pracowni, gdzie popełnił samobójstwo, idąc w ślady swej żony, która presji
ciemnej strony pohody nie wytrzymała kilka lat wcześniej.

|
|