Jarosław Kolasiński
 

Noc w szkatułce
 

Erich Maria Remarque
Noc w Lizbonie.

tyt. oryg. Die Nacht von Lissabon
tłum. Ryszard Wojnakowski
Rebis, Poznań 2010

 

Rzecz o zapomnianym gatunku Niemca doby II wojny (i jej preludium). Niemca również wypędzonego, ale mniej jakoś trendy. Obaj główni bohaterowie znakomitej powieści Remarque'a salwować się musieli ucieczką z ojczyzny tętniącej „szczególnego rodzaju patriotyzmem”. Nikt chyba tak wiele i tak dobrze (w rozumieniu - uczciwie) o takich wypędzonych nie pisał, jak Remarque - jeden z głównych literackich wrogów III Rzeszy. Ciekawe - mocno dziś to autor zapomniany.
 

„Noc w Lizbonie” to najprostszy z możliwych tytułów możliwych dla szkatułkowej powieści, której akcja - w narracji głównej - toczy się w lizbońskich knajpach od zmierzchu do świtu. W 1942 r. stolica Portugalii, a ściślej port z odpływającymi do Ameryki statkami jest „stacją przesiadkową” w anabasis, do której hitleryzm zmusił tysiące obywateli III Rzeszy, którzy uciekli tam przed zalewającym Europę nazistowskim potopem. Tłum (niektórzy są Żydami, ale nie wszyscy) miota się rozpaczliwie w „dżungli odrzuconych wniosków wizowych, nieosiągalnych pozwoleń na pracę i pobyt, obozów internowania, biurokracji” rzucony „na pastwę samotności, obczyzny i powszechnej obojętności na los pojedynczego człowieka, nieodłącznego następstwa wojny strachu i nędzy”. Remarque dokumentuje tu los rodaków w czasach, gdy „człowiek był nikim, ważny paszport - wszystkim”.
 

Takim właśnie „nikim” jest główny narrator wraz ze swą żoną. Usiłują zdobyć nieosiągalne bilety na statek, ponoć ostatni, którym jeszcze można uciec. Napotkany na nabrzeżu rodak, również emigrant polityczny, składa mu niespodziewaną propozycję - jeśli spędzi najbliższą noc na słuchaniu jego opowieści, stanie się nieprzytomnym ze szczęścia posiadaczem biletów, a także paszportów wraz z wizami. Wystarczy go wysłuchać.
 

Jemu to wszystko już nie jest potrzebne. Mimo iż w dramatyczną walkę o przepustki do wolności włożył tak wiele wysiłku, rezygnuje z nich, chcąc tylko poprzez opowieść nieznajomemu (ale bliskiemu poprzez identyczny status i udręki) wypracować sobie - by móc dalej żyć - dystans do losu, który mu przypadł w udziale, pragnie zrozumieć reakcje własne, swoich bliskich, pragnie – na ile to możliwe - nauczyć się żyć ze wspomnieniami, dramatycznymi przeżyciami - wyobraża sobie, że pomoże mu w tym przekazanie swojej relacji słuchaczowi życzliwemu lecz obcemu, niezaangażowanemu.
 

Owa powieść Schwarza (takie skradzione z cudzego paszportu nazwisko nosi drugi narrator), to niezwykle rozbudowany monolog, z rzadka przerywany dialogiem z narratorem pierwszym, przywoływanymi z przeszłości rozmowami z żoną, z esesmanem-szwagrem, który go kiedyś zadenuncjował, przez co doszło do osadzenia w kacecie.
 

Faszystowski terror hitlerowski w Niemczech, jest wprawdzie tłem opowieści, dekoracjami w których rozgrywają się wydarzenia, ale też poprzez swą wszechobecność staje się jednym z głównych bohaterów opowieści o zwykłych ludziach znajdujących się w coraz bardziej ekstremalnych sytuacjach, nie o działaczach walczących, nie o opozycjonistach. Schwarz uważa siebie za człowiek najzupełniej przeciętnego nie posiadającego „żadnych szczególnych właściwości”, który aż po kacet wiódł z żoną „zwyczajne życie, przyjemne, bez trudności ale także bez jakiejś wielkiej pasji”. Przymusowa emigracja, każe mu niespodziewanie cenić to, co utracił, czego nie dokonał, co zaniedbał, czego wcześniej nie dostrzegł. Podejmuje szaleńczą decyzję powrotu do Niemiec na fałszywym paszporcie, do żony, z którą przez lata nie utrzymywał kontaktów.
 

Niespodziewanie dla siebie samego znajduje siły, pomysłowość, odwagę. Poznaje też, czym jest paniczny strach, zaszczucie, walka z nimi. Na pytanie: „po co wróciłeś?” nie potrafi odpowiedzieć. „Noc…” jest znakomitą (również dlatego, że uczciwą) powieścią. Przy całej swej - fragmentami – publicystycznej stylistyce niepozbawioną - gdy trzeba - hiperbolizacji czy patosu. Ale tylko wtedy, gdy uzasadnia to problematyka i waga tematu.
 

Powieść jest na swój sposób rzetelną dokumentacją działania, reakcji, kształtowania się i ewolucji mentalności osób zmuszonych do emigracji. Odciętych od rodzin, miejsc pracy. W odniesieniu do nich pojęcie „wolny” nabiera mocno niepokojącego znaczenia.
Opowieść pozornie jest spokojna, sprawozdawcza, o wiarygodności budowanej nie tylko rzeczowymi reakcjami zwierzającego się, ale też potwierdzeniami narratora głównego - mimo to pełna napięcia. I opowiadający i słuchacz nigdy wcześniej się nie spotkali, ale ich droga była na tyle podobna, ze ich emocje, rozterki są prawie identyczne. Są po prostu politycznymi emigrantami i na emigracyjny syndrom cierpią podobnie jak autor w latach trzydziestych i czterdziestych. „Noc w Lizbonie” to powieść zapomniana, słusznie obecnie przypominana i to w tak znakomitej szacie graficznej, że nie można jej nie pogratulować jej autorowi Zbigniewowi Mielnikowi.

 

wstecz