| |
Jarosław Kolasiński
Mydło nie, tyfus owszem
Rodric
Braithwaite
"Moskwa 1941. Największa bitwa II wojny światowej."
tyt. oryg. "Moscow 1941. A City and its People at War"
tłum. Magdalena Komorowska
Kraków, ZNAK 2008
Opasłych książek opowiadających o II wojnie światowej wciąż przybywa na
polskich księgarskich półkach. Jedne zalegają długo, inne wręcz
przeciwnie. Egzemplarze książki Rodrica Braithwaite’a Moskwa 1941.
Największa bitwa II wojny światowej znikać powinny w tempie
zastraszającym. Nie po to jednak, by ustępować miejsca lepszym, lecz
dlatego, iż książki dobre trzeba kupować czym prędzej. A co - jak w tym
wypadku - powiedzieć o świetnych?
Z nieznanych mi powodów polska wersja podtytułu książki wprowadza
czytelnika w błąd. Braithwaite wcale nie napisał książki o "największej
bitwie II wojny światowej", lecz o "A City and its People At War". ZNAK
może chciał być marketingowo sprytny, lecz to właśnie oryginalna wersja
podtytułu jest adekwatna do treści książki, gdyż wojskowy aspekt batalii
jest u Braithwaite’a ledwie stelażem, na którym rozpięto narrację
zasadniczą - miłośnicy militariów mogą być nieco zawiedzeni, ale autor
dokonał takiego właśnie, a nie innego wyboru. Nie zagłębiając się w
labirynty historii i teorii wojskowości, postąpił słusznie, z ewidentną
korzyścią dla książki. Gdyby zdecydował inaczej, dzieło prawdopodobnie
mocno straciłoby na wartości, gdyż czytelnik być może napotkałby więcej
takich zwiędłych kwiatków, jak ten na samym początku książki, gdzie
radzieckie myśliwce I-15 oraz I-16 nazywa autor "małymi, pękatymi
iłami". Sugeruje w ten sposób, jakoby skonstruował je Iliuszyn. A
przecież średnio zaledwie zaawansowany sklejacz modeli redukcyjnych wie,
iż twórcą wspomnianych maszyn był Polikarpow. Na szczęście większej
ilości wpadek autor wstydzić się nie musi. Jak przystało na byłego
dyplomatę – jego erudycja godna jest podziwu, co do lektury powinno
zachęcać tropicieli "smaczków" i nieznanych faktów. Wielbicieli dobrej
literatury historycznej zachęcić natomiast powinno lekkie (w dobrym tego
słowa znaczeniu) pióro autora oraz jego cierpliwość i solidność w
wertowaniu archiwaliów, w przebijaniu się przez stosy tak prywatnej, jak
i oficjalnej korespondencji z epoki.
Bohaterem Moskwy 1941 jest miasto pulsujące życiem nawet wówczas, gdy
przymiera głodem, co umykało uwadze zachodnich obserwatorów
niepotrafiących zrozumieć, iż można w tym samym czasie konsumować
symboliczne ilości kalorii pod postacią trocinowego chleba i spleśniałej
kaszy, a na ulicy pałaszować lody, których kuriozalnie nie brakuje nawet
w chwilach najtrudniejszych. "Swoją" Moskwę autor traktuje z zauważalną
sympatią, przechodzącą momentami w podziw.
Zupełnie inną miarkę – co nie dziwi i dziwić przecież nie może –
przykłada do tzw. góry. Do samego szczytu stalinowskiej piramidy ukrytej
za murami Kremla, a ściślej w podziemiach moskiewskiego metra. Nie
brakuje tu bezpardonowo rzucanych w twarz uzasadnionych oskarżeń o
niebywałą brutalność, brak kompetencji czy wreszcie zwykłe tchórzostwo.
Braithwaite słowa waży jednak solidnie i wielekroć podkreśla
organizacyjne sukcesy władz ZSRR (i samej Moskwy), nie zapominając o
ocenie metod, o wytykaniu ich skutków "ubocznych".
Gdzie należy - niezwykle szczegółowo, gdzie trzeba - uogólniając,
opowiada autor o losach zwykłych ludzi, politycznych przywódców ZSRR i
wyższych dowódców jego armii spychając na plan dalszy. Oczywiście mamy
do czynienia z pewną nadreprezentacją moskiewskiej inteligencji, ludzi
świata kultury (często najwyższej), ale trudno czynić z tego zarzut,
gdyż ten właśnie odłam społeczeństwa pisuje listy i para się
pamiętnikarstwem o wiele częściej, niż społeczne "doły". Zresztą jak
można byłoby wymagać od autora rezygnacji z opisu ewakuacji domu
Tołstoja? Jak żądać, by nie przytaczał wspomnień ewakuowanej do Ałma-Aty
moskwianki, której sąsiad grał na pianinie od rana do nocy wciąż te same
dwie nuty, przez co ledwo uniknął ciosu patelnią w wykonaniu nerwowo
wyczerpanej kobiety, która dopiero w kilka lat po wojnie zrozumiała, że
dręczył ją przez ścianę genialny Prokofiew? Czy mógł Braithwaite
zrezygnować ze wspomnienia reżysera pewnej komedii (kręconej w ogniu
bitwy o Moskwę!), wpadającego w furię na widok zapłakanych po
wysłuchaniu frontowych komunikatów aktorów ponuro tkwiących na planie?
Ubarwiając opowieść humorem, autor nie stroni od opisu najciemniejszych
aspektów moskiewskiej rzeczywistości roku 1941: na kartach książki
pojawia się i świat przestępczy, i rzeźnicy z NKWD, i żerujący na
współobywatelach spekulanci żywnością, z których niejeden walczył w ten
sposób nie o zysk, lecz życie najbliższej rodziny. Opierając się
(częściowo) na archiwaliach milicyjnych oraz partyjnych, relacjonuje
Braithwaite przebieg oraz skutki ewakuacji przemysłu, nie zapominając o
rejteradzie władz partyjnych. Zwraca przy tym szczególną uwagę na
chwilowy wówczas brak pewności siebie państwowo-partyjnego aparatu,
również i najwyższego szczebla. Pokazuje, jak bardzo stalinizm chwiał
się w tych dniach na nogach. Wiele mówiące są też świadectwa
rozprzężenia społecznego i politycznego w stolicy ZSRR w momencie
pobliskiego militarnego przesilenia, a tragicznej wymowy nabierają
wspomnienia tych, którzy naiwnie zapomnieli, że nawet pochowane w mysie
dziury NKWD czujności nie traci.
Autorowi znakomicie udało się pokazać kompletną (na ile to w ogóle
możliwe) mozaikę losów, zachowań i nastrojów mieszkańców zagrożonej
przez Wehrmacht Moskwy. U Braithwaite’a przeczytać można i o
tchórzostwie, i o pełnej poświęceń determinacji. I o panice, i o
zbrodni. Autor w pasjonujący sposób pokazuje ewolucję nastrojów
moskwian: od ostrożnego otrząsania się z traumy potwornych lat
trzydziestych, przez spokój i swoistą beztroskę (o ile w odniesieniu do
stalinizmu określenie to w ogóle może być adekwatne) epoki sojuszu z
Hitlerem, po początkową euforię wynikającą z niedostatecznej wiedzy o
sytuacji na froncie, aż po trwogę jesieni i zimy 1941 roku oraz powoli
dochodzącą do głosu ulgę po wygranej bitwie.
Namalowany przez autora obraz nie odstręcza czarno-białą płaskością,
lecz niezwykle jest plastyczny, mieniąc się przy tym pełną paletą barw.
Praktycznie każda stronica Moskwy 1941 Rodrica Braithwaite’a jest
argumentem za obowiązkowością lektury pasjonującej książki o tych,
którym miesiącami żywności brakowało i mydła, pod dostatkiem mieli
szczurów, pogrzebów, enkawudowskich patroli oraz zarazków tyfusu.
UWAGA!

Możesz wspomóc recenzenta! Jeśli posiadasz konto w Merlinie, a
zamieszczoną tu recenzję uznajesz za przydatną,
oceń jej skróconą wersję
zamieszczoną na stronie księgarni. Jako niespełniony Indianin bardzo
pożądam piórek;)) Mogą być merlinowsko-recenzenckie

|
|