|
|
Jarosław Kolasiński
Na Zachodzie zmiany
Erich Maria Remarque
Na Zachodzie bez zmian
tyt. oryg. Im Westen nichts Neues
tlum. Ryszard Wojnakowski
REBIS, Poznań 2010
Recenzowanie tak głośnej książki opublikowanej po raz pierwszy w
roku 1927 zakrawa na bezsens. Z drugiej wszakże strony w epoce
pisania (i czytania) „stu słów o” i przerażającej rezygnacji szkoły
z zaszczepiania nawyku czytania, jednak warto. Tym bardziej, że
wiele się na Zachodzie (i Wschodzie) zmieniło od czasów, gdy
Remarque pisał to sztandarowe dzieło pacyfizmu.
Niewiele wszakże pada tu słów o zbawiennym wpływie pokoju na losy
ludzkie. Wiele natomiast o wojnie, na której fronty co sił pcha się
młode, pulsujące ideałami armatnie mięso. Pisarz oskarża
tromtadrackich „przewodników duchowych” do tego stopnia pompujących
młodym serca „patriotyzmem”, że całymi klasami ochotniczo zaciągają
się do wojska. W stan oskarżenia postawieni zostają rodzice, którzy
w tamtych czasach „prędko sięgali po słowo tchórz”, naganiając synów
śmierci pod kosę. Zupełnie jak państwo ze swą polityką historyczną,
wbijającą do głów wykazy odwiecznych wrogów, w imię zniszczenia
których należy ochoczo wbić się w mundur, który potem butwieć będzie
w błocie pełnym odchodów i rozkładających się zwłok. Wstrząsające
remarqueowskie opisy walk - ukazują wojnę w całej jej przerażającej
prawdzie. Nie „stabilizujące sytuację regionie z chirurgiczną
precyzją wymierzane ciosy”, ale zakrawająca na surrealizm rzeźnia.
Nie jest to z pewnością wojna armii, do których dziś zaciągają się
kobiety - jak to określa (bez krzty zdziwienia) oscarowa reżyserka -
by się sprawdzić. U Remarque’a nikt się nie testuje, nikt sobie
niczego nie udowadnia. Ta wojna nie furkocze chorągiewkami na
lancach, nie słychać bohaterskich pień. Ta wojna ma wszy, cuchnie
potem, brudem, ropieje ranami, piszczy hordami szczurów w okopach,
rzęzi rannymi, których nie sposób zabrać z ziemi niczyjej, kuśtyka
na kikutach amputowanych kończyn, zdruzgotanych wcześniej przez
pociski. Ta wojna zdycha z głodu, dyszy zwierzęcym strachem, równie
nieludzkim zobojętnieniem, cuchnie smrodem gnijących na przedpolu
wnętrzności towarzyszy broni, przez eksplozje wymieszanych z trupami
wrogów. Niby to bój o ojczyznę, ale sprowadza się de facto do
zażartej walki o bagietkę wroga, którą w euforii porywa się do
własnego okopu - „na jednym końcu jest trochę zakrwawiona, ale to da
się odkroić”.
Nieistotne, kto zaczął, ważne by przeżyć. Atakują, bo są atakowani,
zabijają, by nie być zabitymi, giną, bo zabić nie zdążyli. Przyjaźń
łącząca pchanych na rzeź nabiera innego niż poza frontem wymiaru -
rodzi się z wyobcowania, z nienawiści do dowódców, ze wspólnej
tęsknoty za domem, z paraliżującego strachu. Więź ta pomaga
przetrwać I wojnę, ale przeżarta potem poczuciem powojennego
odrzucenia, niedocenienia poniesionej w okopach ofiary - stanowi
ziarno, z którego wyrośnie potem, w całej swej naiwności, powojenny
pacyfizm, ale też faszyzmy wszelkich odmian. O tym powieść
Remarque’a wprawdzie nie mówi, a krzyk ten słychać doskonale.

|
|