| |
Jarosław Kolasiński
Nie strzelać
do wydawcy?
Bogusław Wołoszański
"Twierdza szyfrów"
Warszawa, Wołoszański Sp. z o.o.
Bogusława Wołoszańskiego traktuję dokładnie tak, jak barszcz z uszkami na
Wigilię: świetnie, że jest, bo zawsze smakuje wybornie! A nie od razu tak
redaktora postrzegałem: początkowo byłem nieufny, biorąc go za polską odmianę
Dönikena. Jak Szwajcar nawet w bankomacie widział kosmitów drukujących mu
pieniądze, tak - zdawało mi się - Wołoszański będzie wszędzie węszył
niestniejące sensacje i rzekome spiski. Myślałem, że to bliźniak Jerzego
Grygonluasa, który w połowie lat siedemdziesiątych usiłował twierdzić wszem i
wobec – „Trzymałem na muszce Martina Bormana”. W sumie wyszło, że chyba nie na
muszce, ale w ręce, i nie Martina, a marną, i nie Bormana, ale ewentualnie
bormaszynkę.
Szybko przekonałem się, że z Wołoszańskim jest inaczej. Jego programy zawsze
charakteryzował wysoki poziom realizacji i coś bardzo ważnego, czego zabrakło
potem jego dawnemu wspólnikowi, który uciekł w samodzielne „a kuku” do widza zza
zdjęć Stalina i Trockiego. Mam tu na myśli szacunek dla odbiorcy: żadnego
taniego epatowania wiedzą rzekomo tajemną, rzetelność komentarza, autentyczna
unikatowość archiwalnych filmowych klatek. Śmieszyło mnie początkowo, kiedy
Wołoszański wynurzał się z ciemności bunkrów, zza opatulonych mgłą drzew i
wbijał we mnie ten swój wzrok człowieka, który choć daje mi do zrozumienia, że
zaraz będę miał gościa, ale dopiero po godzinie uściśla, że to komornik.
Śmieszyło mnie również ciągłe teatralne splatanie dłoni i drżący z napięcia
głos, którym opowiadał… No właśnie, o czym? Ano nie odkrywał laserowych dział II
RP w kosmosie, nie wtajemniczał, że Lenin był zoofilem, a Krupska zakamuflowaną
sarenką – przeciwnie: rzeczowo, z biglem i konkretnie objaśniając - wstrzykiwał
mi nieznane wcześniej fakty do mózgownicy.
Kiedy już wreszcie zrozumiałem, że sensacyjna konwencja programów jest tylko
haczykiem na rybki, które dostają dreszczy na dźwięk słowa historia, wybaczyłem
mu wszystkie śmiesznostki, przestałem rechotać i skupiłem się na połykaniu
kolejnych kawałków przynęty. Przestało mi nawet przeszkadzać, że np. mówiąc o
helskiej baterii im. Laskowskiego, redaktor opiera się o armatę i dopiero w
połowie programu informuje, iż to nie tamta, ale radziecka z lat
pięćdziesiątych. Poddałem się w zupełności magii Wołoszańskiego, magii, która w
wykonaniu innych z reguły śmieszy mnie i odstręcza od tematu. Dałem się omotać,
a przecież gdyby treść była mniej ważka, a prowadzący fuszer, nazywałbym te
programy żałosnym kolażem hinduskiej wersji archiwum X z bajdurzeniem a la „Nie
z tej ziemi”.
Ustrzelony z telewizyjnej haubicy Bogusława Wołoszańskiego, kupiłem wieki temu
książkową wersję „Sensacji…”. Niespodzianka była przykra i to bardzo. Niestety,
unikalne „zwierzę telewizyjne” (pod ścisłą ochronę je!) „w piśmie” okazało się
mikre i bez wyrazu. A przecież i na kartach popularnonaukowej książki
historycznej da się spleść dramatycznie dłonie, można również zahipnotyzować
czytelnika, trzeba jednak telewizyjny banknot o wielkim nominale wymienić na
pisarski równej mu wartości. Tymczasem Wołoszański w wersji książkowej rozmienił
„grube” na bilon sztampy i często zupełnie źle brzmiących zdań, a także akapitów
bez orzełka z jednej, a reszki z drugiej strony. Czytało mi się z przykrością i
zażenowaniem. Zniknęły gdzieś emocje jakich doznawałem OGLĄDAJĄC „Sensacje…”. Co
gorsza - nie potrafiłem doszukać się ani krzty sensacji, ani odrobiny
faktograficznego novum, ani ociupinki narracyjnej finezji. Jedyne, co mnie
zastanawiało, to dokąd uleciała pasjonacka miłość Wołoszańskiego do Miss History?
Zdradził biedaczkę perfidnie! Ja natomiast postanowiłem wierności mu dochować,
ale rezygnując z lektury i poprzestając na oglądaniu kolejnych mutacji
„Sensacji...”. Znów smakowałem - z rozkoszą maniaka - kurz historii najnowszej
serwowany przez redaktora na półmisku z zapomnianych, pożółkłych dokumentów.
Na tegoroczne moje urodziny obdarowano mnie prezentem w postaci „Twierdzy
szyfrów”, powieści sensacyjnej Bogusława Wołoszańskiego (istnieje nieznana mi
jej wersja filmowa). Nauczony doświadczeniem zaniechałem lektury, nie wierząc,
iż redaktor jest lepszy w pisanej fikcji, niż w dokumencie. Po tygodniu jednak,
blokada konta w miejscowej bibliotece zmusiła mnie jednak do lektury, której
naśladownictwo szczerze i gorąco polecam, ale tym, których nie lubię
szczególnie, „Twierdza…” jest bowiem złą książką. Bardzo złą.
Wprawdzie nie uważam, że każdy, kto pisze o epidemii powinien być od razu
porównywany z Camusem, to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor słynnej
„Igły”, Ken Follet lepiej napisałby „Twierdzę szyfrów” nawet po ciemku.
Literatura sensacyjna rządzi się swoimi prawami, których Wołoszański albo nie
zna, co byłoby szokujące dla wiernego fana jego telewizyjnych perełek, albo
kompletnie je zlekceważył. Intryga nie tyle zawiązuje się na pierwszych kartach
powieści, by wybojami zagadki pognać ku końcowej kulminacji, co supła się w
dziesiątki węzłów od początku do urwanego końca. Można rzec - człapie akapit za
akapitem, jak żołnierz Wehrmachtu wzięty pod Stalingradem do niewoli. Co krok -
zaspa, co pięć kroków bolesny kułak krasnoarmiejca, a na koniec biały niedźwiedź
braku pointy ryczy posłowiem, grożąc tomem drugim.
Na domiar złego Wołoszański często popada w nieznośną manierę Szklarskiego,
każącego Tomkowi podrygiwać na wielbłądzie i encyklopedycznie objaśniać
bosmanowi Nowickiemu tajemnice flory właśnie mijanej oazy. Kiedy zaś autor
„Twierdzy…” przypomina sobie o psychicznym zdrowiu czytelnika, wykład podaje w
postaci źle przyrządzonego dialogu, który jest tylko rozpisaniem
encyklopedycznej notki na głosy, bez szczypty pieprzu kolokwializmów, choć
rozmawiają znękani wojną żołnierze. Najgorsze jest to, że nawet kiedy wykład
(swoją drogą – na frapujące z reguły tematy) pojawia się w formie niezdeflorowanej narracją - jest zatrważająco niejasny i niepotrzebnie zawiły.
Przykładowo - przedmiotem pożądania bohaterów powieści jest „ryba-miecz” -
maszyna do dekryptażu radzieckich szyfrówek. Wołoszański tak dziwacznie rzecz
tłumaczy, że mimo iż pochodzący z Moskwy system alogicznego szyfrowania gamowego
przypadkowo świetnie znam, to dopiero po drugim czytaniu tegoż fragmentu
zorientowałem się, że o nim mowa.
Postaci występujące na kartach „Twierdzy…” są jak z żurnala cięte, ale niestety
tylko w sensie swej papierowości. Wszystkie kobiety są wojenno-bezpłciowe, choć
jedna może się pochwalić nieczynnym na czas walk biustem pokaźnych gabarytów.
Żołnierze (alianccy) są przystojni niczym Connery, hitlerowscy funkcjonariusze z
różnych formacji żrą się wg. recepty autorów „Stawki...” i „Siedemnastu mgnień
wiosny”, a kagiebowcy nie mają do siebie zaufania. Główny bohater - oficer US
Navy, jest tak typowy, że zanim się odezwie, czytelnik już wie, gdzie postawi
przecinek. Jego partner, rycerski Polak, „oczywiście” jest błyskotliwym i
brawurowo odważnym ziemiańskim synem, którego guwernerzy nauczyli paru
koniecznych języków oraz boks, jazdy konnej i bodajże szermierki. Oficerowie
angielscy flegmują, polski sztabowiec z PSZ podobnie, choć z niejaką dozą
szaleństwa. Źli i podstępni Rosjanie upijają się, przez co tracą swe szanse.
Obraz Niemców jest nieco bardziej skomplikowany, ale to tylko dlatego, że są
wśród nich agenci alianccy, o czym dowiaduje się czytelnik niby pod koniec, ale
przeczuwa to bez pudła od pierwszej linijki. Skoro tak, to po co czytać dalej? A
gdzie żelazna reguła, że najbardziej podejrzany o zabójstwo jest stygnący w
szafie trup? A gdzie hitchcockowska zasada trzęsienia ziemi na początek i
kulminacji w finale? W „Twierdzy szyfrów” jest wręcz przeciwnie: denat gdzieś
poszedł, a trzęsie się nie ziemia, a jedynie dłoń czytelnika zakrywającego oczy
w geście rozpaczy i rozczarowania.
Pierwsze, co muszą zrobić komandosi w razie wpadki, to zastrzelić szyfranta. Nie
wiem, co uczyni redaktor Bogusław Wołoszański, kiedy zrozumie, jak bardzo złą
powieść napisał, jednak na miejscu jego wydawcy - czym prędzej wyjechałbym
gdzieś w nieznane i to z okrzykiem nie strielaj! na ustach.

|
|