Jarosław Kolasiński
 

Oddział chorych na coś więcej
 

Aleksander Sołżenicyn
Oddział chorych na raka

tyt. oryg.: Rakowyj Korpus
tłum.: Michał B. Jagiełło
Rebis, Poznań 2010


Jeszcze przed przymusową emigracją, w połowie lat pięćdziesiątych autor znalazł się w placówce podobnej do opisanej w powieści. Na własnej skórze poznał specyficzną praktykę szpitala, który w istocie (za wiele w tej kwestii, to się przez półwiecze nie zmieniło) był de facto umieralnią. W odróżnieniu od mnóstwa poznanych w szpitalu chorych - Sołżenicyn swoją wojnę z rakiem tymczasem wygrał, co uważał (trudno z tym polemizować) za dopust Boży. Swoje przeżycia opisał w powieści, która ukazać się mogła tylko na Zachodzie. Pisarz był dla decydentów z KC równie niewygodny, co nakreślona przez niego porażająco siermiężna szpitalna rzeczywistość. A nie była to szczególnie jakaś szczególnie zła placówka, ot zwykła taka, jakich w ZSRR mnóstwo. To, co się w nich działo, nieprawdopodobnie kontrastowało z oficjalnie głoszoną „rajską” rzeczywistością Ojczyzny Światowego Proletariatu i jako takie - delikatnie rzecz ujmując – nie stanowiło powodu do chluby dla rządzących.

Co gorsza (ale nie dla wartości powieści), Sołżenicyn poszedł dalej: nie poprzestał na quasi-reportażu, lecz stworzył dzieło o drugim (może nawet istotniejszym niż pierwsze) dnie, co „wiadomi towarzysze” odczytali bez pudła, odnajdując w książce ponurą alegorię radzieckiej rzeczywistości. „Oddział…” można bowiem czytać albo jako przejmującą opowieść o umieraniu, bezduszności bezradnej medycyny, miałkości nadziei na ozdrowienie, a nawet na choć mniejsze cierpienia przed śmiercią. Można jednak też widzieć w powieści uderzająco trafną analizę systemu obiecującego szczęśliwość, a oferującego zaledwie bardziej lub mniej siermiężne warunki wegetacji bez nadziei na poprawę losu. I brak jasnej odpowiedzi na pytanie zasadnicze: czy z głupoty się wierzy w bajki o świetlanej przyszłości (o ile wcześniej przezwyciężone zostaną obiektywne trudności, powodujące wprawdzie dolegliwości codzienne, ale za to jakie perspektywy potem!), czy może jednak jest taka wiara dowodem mądrości i dojrzałości, jako że nie sposób inaczej dobrnąć do końca drogi. Czy się czyta opowieść o zmaganiach ze straszliwą chorobą, czy odnajduje się w niej metaforę społeczną - „Oddział chorych na raka” to lektura nie mniej obowiązkowa niż „Jeden dzień Iwana Denisowicza” lub „Archipelag Gułag”.

 

wstecz