|
|
Jarosław
Kolasiński
Olek BigMacEdoński
na psycholeżance
Oliver Stone
"Aleksander"
Aleksandra Wielkiego choć nie poniósł żadnej militarnej klęski, pokonały uda
Hefajstiona - stwierdzono już w starożytności. Niestety, opinia ta jest już
nieaktualna, gdyż słynny Macedończyk przegrał batalię z siłami specjalnymi
Hollywood dowodzonymi przez Olivera Stone'a. Na nic niepokonana falanga, na
nic geniusz taktyczny, na nic utalentowani podwładni, tym bardziej, że jeden
z nich, a konkretnie diadoch Hopkins, zdradził króla i zamiast walczyć,
uprawiał na ekranie gadulstwo przypominające hiszpański serial przyrodniczy
pt. ''Opowieści starego koziorożca''.
Do pójścia do kina zmusiła mnie kuriozalna recenzja w ''Polityce'', z której
dowiedziałem się, że bohater poniósł śmierć na polu bitwy ze słoniami. Skąd
taka konstatacja - nie wiem do dzisiaj, gdyż w istocie po owej jatce
Macedończyk żył jeszcze troszkę (realnie - lat trzy, a celuloidowo ze 30
minut). Być może redaktor nie zdzierżył do końca projekcji, albo jak ja
poszedł do multiplexu, gdzie chrzęst pożeranej kukurydzy i siorbanie
słychać, oraz rżenie niekoniecznie koni. Przy takim akompaniamencie da się
oglądać chłamy Careya, ale nie filmy. Opisany model duchowo-kulinarnej
konsumpcji nie pozostaje - moim zdaniem - bez wpływu na sposób oglądania. W
rzędzie za mną jakieś dwie parki, przez pierwsze dziesięć minut filmu
opowiadały sobie dowcipasy jak u cioci na imieninach.
Poszedłem na ''Aleksandra'' mimo, iż do amerykańskich filmów historycznych
mam wstręt przeogromny, chociaż jako małe dziecko kochałem takie obrazy.
Niestety, gdzieś w połowie podstawówki doznałem przez szoku na filmie
„Spartakus”, kiedy Kirk Douglas, wisząc na krzyżu rześkim głosem (nie
bolało?) poinformował swą filmową żonę, że ją ajlawju. Reakcji pani
Spartakusowej nie pamiętam, tak głośno się śmiałem, a reszty filmu nie
zobaczyłem, gdyż matka za ucho wyprowadziła mnie z kina.
Te dramatyczne wydarzenia spowodowały, iż zacząłem na historyczne kobyły
patrzeć krytycznym okiem, a że z biegiem czasu pochłonąłem mnóstwo
historycznych cegieł, stałem się widzem bardzo upierdliwym. Nie to, żebym
sprawdzał jakie rzymscy legioniści noszą zegarki, ale zawsze sobie troszkę
porechoczę, gdyż produkty hollywoodzkiej fabryki landrynek podziwiam jako
doskonałe (choć nie w zamierzeniu) komedie. Uwielbiam na przykład moment,
kiedy Liz Taylor-Kleopatra wyskakuje z dywanu umalowana jak na sylwestra i w
tunice świeżo wyprasowanej, równie rzewnie płaczę widząc Ben Hura
posuwającego rydwanem, niczym Bullit po San Francisco. Staram się też nie
jeść niczego, oglądając tysięczną którąś wersję losów Króla Artura, który
miota się po ekranie w pancerzu młodszym od siebie o lat kilkaset, gdyż boję
się zadławienia, albo zatrucia dekturą* z dekoracji.
Jedno, co mi na serio imponuje w historycznej stadninie Hollywood, to
rozmach, którego brak naszemu filmowi, stąd np. ''Gniazdo'' o Mieszku I
postrzegam jako reportaż z siermiężnego biwaku harcerzy-alkoholików
nieumiejących rozbić namiotów. Stone'owi rozmachu odmówić się nie da,
problem w tym, że cała prawie cała reszta jest do chrzanu tarcia.
Lizypowskiego rumaka z rzędem temu, kto mi na podstawie filmu wytłumaczy,
dlaczego Macedończyk był jednym z największych wodzów w dziejach. Słowo się
rzekło, więc czekam i ja, i cool-kobyłka uwiązana do automatu z colą w
najbliższym multiplexie.
Może to śmieszne, ale jednym z powodów dla których poszedłem do kina jest
to, że od dzieciństwa mnie intryguje, jakim cudem żołnierz macedońskiej
falangi mógł utrzymać sześciometrową włócznię i na dodatek tak zręcznie się
nią posługiwać, że wygrywał przy każdej prawie okazji. Wydałem 18 złotych i
dalej nie wiem. W filmach o wielkich wodzach gratką dla maniaka wojskowości
są batalie. Stone pokazuje dwie - Gaugamelę i bitwę nad Hydaspesem. Dlaczego
nie np. oblężenie Tyru albo Halikarnasu, czy walkę pod Issos - nie wiem,
jego wybór. Jakiegoś dokonać musiał - nakręcenie wszystkich bitew Aleksandra
jest niemożliwe - film trwałby tyle, ile hinduskie produkcje dla mas, czy
dłużej niż oryginalna wersja ''Siedmiu samurajów''. Problem w tym, co widać
na ekranie.
Dawno temu Sergiusz Bondarczuk nakręcił swoje własne, a nie Wellingtona
Waterloo, film mocno oderwany od faktów, lecz ogląda się go z zapartym tchem
i kilka razy ze łzą w oku. Rosjanin jednak nigdy nie chełpił się pietyzmem w
odtworzeniu wydarzeń, mówił o swojej wizji umundurowanego mordowania jako
takiego. Stone przeciwnie - co rusz podkreśla dbałość o odtworzenie
przebiegu wydarzeń w najdrobniejszych szczegółach. I co?
Popełniłem ten sam błąd co zwykle i przed seansem przypomniałem sobie ze
szczegółami przebieg Gaugameli. Mimo to (dlatego?) - pogubiłem się
kompletnie. Udało mi się wprawdzie dociec, kto wygrał, ale DLACZEGO, to już
nie. Mój syn też nie wiedział, żona na wszelki wypadek zmieniła temat
pytając, gdzie zaparkowałem. Odpowiedziałem jej, że nie wiem ani tego, ani
też po co na filmie jakieś ptaszysko latało nad polem bitwy. Zapewne miało
to rozjaśnić widzowi obraz wydarzeń, ale może zwierzątko było głodne, bo
jakoś nie wyszło.
Decydująca pod Gaugamelą była szarża macedońskiej jazdy na centrum Dariusza,
wcześniej jednak Aleksander genialnie manewrując sprokurował lukę w perskim
szyku. Na filmie nie jest jasne - kto, co, gdzie i dlaczego. Owszem galopadę
jakąś widać, ale… Nie widać za to początkowego sukcesu Persów na odcinku
Parmeniona, tylko się o nim mówi i nie wiadomo o co chodzi, więc w sumie
najważniejsze momenty bitwy zostały dokładnie skopane jak pewien pagórek w
Turcji przez Schliemanna, kiedy szukał Troi. Z filmu Stone'a nie da się
dowiedzieć, na jak cienkim włosku wisiał końcowy wynik bitwy i całej wojny,
a mogłoby to wiele powiedzieć o mentalności głównego bohatera, o jego
trwożącym otoczenie ryzykanctwie i brawurze, na których zresztą z reguły
doskonale wychodził. Owszem, wielkie wrażenie robi szarża rydwanów z nożami
mocowanymi do kół, manewry falangi i groza krwawej jatki, chlustającej krwi,
fruwających ludzkich kawałków - tu znać pazur Stone'a, choć analogiczne
sekwencje w ''Walecznym sercu'' mają w sobie więcej autentyzmu i
potworności, a mniej Hollywood.
Krytykując scenę bitwy nad Hydaspesem - recenzent ''Polityki'' posuwa się do
nazwania jej kiczem. Tu się nie zgodzę. Dla mnie to najlepsza scena filmu.
Może nie tyle sama walka, co chwile tuż przed nią. Strach, niepewność,
zmęczenie macedońskich wojaków, zagubienie w obliczu rzezi i wrogo
nieznanego terenu - wszystko jest sfilmowane tak, że czuje się to prawie
fizycznie. Wyczuwa się, że w zaroślach wręcz kipi od niebezpieczeństwa, że
las aż pulsuje nadciągającą śmiercią - można zrozumieć panikę, jakiej
wielekroć nawet zaprawieni w bojach ulegają. Ułamek sekundy, kiedy wyłaniają
się potworne słoniska, wytresowane do zabijania, opancerzone i uzbrojone -
wdusza w fotel. Stone i autor zdjęć pokazali tu klasę. Obraz porusza widza
bardziej, niż wszystkie inne sekundy, minuty i godziny ''Aleksandra''. Film
widziałem już stosunkowo dawno, a tę scenę pamiętam jak sprzed kwadransa.
Wizja przejmująca nad wyraz, tylko po co tyle gadać o perfekcji w
szczegółach? Widz, który nie ma Aleksandra Wielkiego za durnia nie rozumie
zapewne, dlaczego taki geniusz wydaje bitwę w gęstym lesie z malowniczymi
polankami. Czemu wpuszcza w przysłowiowe maliny swoją falangę, której siłą
jest zwartość szyku i sprawność manewru, co w lesie jakoś mało jest możliwe.
Owszem, Indusi mogli Macedończyków zaskoczyć i narzucić swoje warunki. Było
jednak dokładnie odwrotnie - Poros czekał w upatrzonym miejscu, lecz
Aleksander wywiódł go w pole i bitwa rozegrała się według jego recepty.
Nawiasem mówiąc nie w słoneczku, a w strugach potwornego deszczu i obie
strony taplały się w lessowym błocie, o które w lasach raczej trudno. Czy
dzięki filmowi zrozumie ktoś opinię wielu z historyków, że owa bitwa jest
największym taktycznym osiągnięciem genialnego wodza z Macedonii?
Niemożliwe.
W zasadzie nie powinno się reżysera ganić, że nagina fakty dla potrzeb
filmu, bo w końcu ma prawo do własnej wizji, poza tym nie adaptuje
uniwersyteckiego podręcznika. No cóż, nazwiska szacownych historyków
widniejące na liście płac ''Aleksandra'' powinny mi zamknąć usta, po to się
je tam umieszcza. Ja jednak doskonale pamiętam gorzkie żale Jana
Baszkiewicza, który będąc ''konsultantem historycznym'' Wajdowskiego
''Dantona'', z furią prostował potem w prasie przekłamania Wielkiego Twórcy.
Narzekał pan profesor, że żadnej jego sugestii Wajda nie przyjął do
wiadomości. Co usłyszał Stone od swoich konsultantów, trudno orzec. Nie
wierzę jednak w to, że aprobowali: zamordowanie Parmeniona rękami Klejtosa,
czy wycieczkę Roksany za mężem aż do Indii, oraz wydanie bitwy Porosowi w
gęstym lesie.
Ambitni twórcy dialogów zindywidualizowali język bohaterów. Teoretycznie
słusznie, bo skoro za Aleksandra mówiono nie jedną greką, ale wieloma
odmianami, to niby logiczne, że w filmie słychać angielski akcentowany na
sto sposobów. Może jednak lepiej, że tego języka nie znam, bo dostałbym
pewnie kolki ze śmiechu (jak pewien mój kolega), słysząc Olimpias mówiącą
dialektem z Brooklynu czy czymś w tym rodzaju. Są w kinie problemy z mową
czasów dawnych, ale można sobie poradzić jak np. Anthony Burgess chwalony za
''język'' dialogów w ''Walce o ogień''. Czy jednak warto było Stone'owi
zajmować się podobnymi - przepraszam za wtręt wielkopolski - pierdołami,
zamiast tym, co istotne? Czy ważniejszy akcent mamusi króla, czy może próba
odpowiedzi na pytanie, kim był ten człowiek, co gnało go aż do Indii i jakim
cudem olbrzymia monarchia Achemenidów pękła jak gliniany garnek od jednego
kopnięcia? Tego w filmie nie ma.
Przyznam, że nie wiem po co Stone nakręcił ''Aleksandra''. Nie rozumiem
dlaczego odszedł od tego, co umie doskonale, czyli intrygującego nakłuwania
współczesności. Po diabła tak doskonały reżyser wziął za ujeżdżanie
starożytnej kobyły?
Najbardziej żenujące w ''Aleksandrze'' jest obalenie bohatera na
psychoanalityczną leżankę z wyprzedaży. Czemu gna chłop na koniec świata,
czemu tratuje wszystko po drodze nie radząc sobie z budowaniem nowego?
Odpowiedź filmowa jest banalnie prosta: on się boi mamusi! Ucieka od niej, a
także od wspomnienia o tym, że tatuś chciał ową mamusię zgwałcić. Brrr!
Dobrze, że inni nie mieli podobnych możliwości, bo aż strach pomyśleć do
czego by doszło, gdyby każdy o podobnym dzieciństwie tworzył imperium. A
czemu mamusia nienawidziła tatusia? Otóż, o ile umiem czytać, nie chodziło
Olimpiadzie o to, że ją ślubny zdradza, jak chce Stone. W małżeństwach
politycznych raczej nie odgrywa to większej roli tak obecnie, jak i w
starożytności. Olimpias popadła w konflikt z Filipem, gdy mu przyszedł do
głowy pomysł odsunięcia Aleksandra od tronu. Kochanki koronowanego męża w
istocie nie bardzo ją stresowały - radziła sobie z problemem na własne łoże.
Żeby było gorzej dla reżysera - z jedną z "nabytych" żon Filipa bardzo się
Olimpias zaprzyjaźniła i po śmierci wzmiankowanej wychowywała jej córkę.
Nawiasem mówiąc - wielożeństwo było wówczas w Macedonii czymś zwykłym i
awantur pałacowych w Pelli nie można oglądać przez pryzmat ''Dynastii'' czy
''Mody na sukces''. Jeśli seks, to rzadko z żoną - tak można by podsumować
podejście starożytnych Greków do miłości cielesnej - pisze Marta Landau w
''Polityce'' i ma rację. Żony zresztą godziły się (miały inne wyjście?) z
sytuacją. Nienawiścią do Filipa zapałała nie małżonka, lecz królowa Olimpias,
a jej udział w zamordowaniu króla jest dla historyków dużo bardziej
oczywisty, niż dla twórców filmu. Podobnie z Aleksandrem - wiele wskazuje na
- przynajmniej - jego wiedzę o zbrodni. Stone na odwrót - pokazuje
nawróconego synka, który tylko przypadkiem nie zapobiegł mordowi. Czemu więc
jego kumple zabili zamachowca tak szybko, że nie zdążył wyrzęzić, kto z nim
współdziałał? Pytania takiego Stone nie stawia, a szkoda, bo nawet ładnie by
się komponowało z pseudofreudyzmem analizy psyche wielkiego zdobywcy - syn
morduje ojca, bo nie chciał zabrać go na mecz Lakersów.
Pewien mój znajomy twierdzi, że głównym sponsorem filmu jest Stowarzyszenie
Lambda, gdyż na ekranie aż roi się od homoseksualistów. Pozornie - tak.
Pytanie jednak, czy można patrzeć na erotyzm Aleksandra przykładając
dzisiejszą miarkę i nie jest istotne, czy to linijka LPR, czy lambdowa
ekierka. W starożytnej Grecji związki między mężczyznami nie były ganione.
Wręcz przeciwnie - para taka, darząca się wzajemnym uczuciem była czymś
godnym podziwu, budziła szacunek. Mężczyzna wiązał się z żoną (producentem
następców), młodzieńcem (obiektem wzniosłego uczucia), oraz heterą (uciechy
cielesne) i nie było to niczym nienaturalnym, ani potępianym. Nie oznacza to
jednak, że bezwzględnie musiało się to wiązać z seksem męsko-męskim. Mogło,
ale nie musiało. Najbardziej cenioną wartością w owych związkach była
wspólnota duchowa, intelektualne porozumienie, przyjaźń, pełnia zaufania,
braterstwo. Warto przypomnieć sobie Achillesa i Patroklesa, tebański Święty
Hufiec złożony z mężczyzn pozostających w takich związkach, czy spartańskich
hoplitów żyjących latami w koszarach, a nie rodzinnych domach. W wersji
Stone'a związki Aleksandra z Hefajstionem i Bagoasem płasko kuleją, a
myślących bardziej konserwatywnie - odstręczają. Nie ma sensu z
Macedońskiego robić super-samca, bo to fałsz, ale czy męsko-męskie czułości
tłumaczą kim był, jako zdobywca, władca, polityczny wizjoner?
W filmie próżno szukać odpowiedzi na pytanie o rodowód osobowości
Macedończyka. Przyznam, że ta postać historyczna bardzo mnie od lat
intryguje i chciałem porównać swoją jej wizję ze Stone'owską, a tu ani
pytań, ani sensownych odpowiedzi. Chyłkiem, gdzieś przez dziesiąty plan
przemyka inny fascynujący temat - zderzenie prastarych, wielkich, obcych
sobie kultur Grecji i Wschodu, że o Indiach nie wspomnę. O konflikcie
grecko-macedońskim i nieuchronnym fiasku budowy ponadkulturowej monarchii
słychać tylko z koturnowego ględzenia Hopkinsa. Nie daje też Stone
odpowiedzi na pytanie na czym polegał geniusz Aleksandra-manipulanta
uczuciami żołnierzy. Ledwie to naszkicowano - tu niezbędna byłaby o wiele
droższa leżanka, a tej zabrakło mimo 200 mln dolarów budżetu.
Poszedłem na obraz o Aleksandrze Macedońskim, zwanym też Wielkim, a
obejrzałem przydługi film o Olku BicMacEdońskim, czego nie polecam. Nie
warto oglądać kobył poza stajnią, czy paddockiem, nawet jeśli nazwisko
ujeżdżacza zachęca. W przypadku ''Aleksandra'' nie udało się twórcy (a miał
taki zamiar?) uniknąć mielizn hollywoodzkiej wizji dziejów ze wszystkimi jej
minusami, których najlepszym przykładem jest to, że Azjatkę Roksanę zagrała
aktorka o negroidalnych rysach. Odkąd ją ujrzałem, ekranie czekałem tylko na
inne egzempla politycznej poprawności made in USA, na szczęście jednak nie
pojawił się żaden Indianin (przepraszam - rdzenny Amerykanin), odpowiednia
liczba Latynosów i uciekinierzy z Wietnamu.
Ze smutkiem muszę stwierdzić, że Stone idealnie wpisał się w tradycję
historycznych celuloidowych porażek Hollywood, oglądając które zawsze mam
wrażenie, że rzymski plebej zamiast do cyrku z rydwanami skoczy sobie na
mecz bejsbola, kartagińskie tancerki fikają niczym czirliderki i nie wiadomo
tylko, dlaczego na rzymskich ucztach nie je się gumobułek z Burger Kinga.
Przyznam się bez bicia - raz się roześmiałem na projekcji - w chwili, kiedy
tuż przed mordem na Filipie zamachowiec komenderuje osobistą ochroną króla i
wygląda to jak pokaz musztry marines. Brak tylko okrzyku Oficer na
pokładzie! Co wolno w ''Gwiezdnych wojnach'', gdzie źli są krzyżówką
Japończyków i Wehrmachtu, a dobrzy przypominają rangersów, to w wypadku
filmu serio (tak promowano produkcję) - nie uchodzi.
Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś o Aleksandrze Wielkim, o jego
czasach, niech zaoszczędzi na bilecie do kina i kupi jedną z nowowydanych
historycznych cegieł, a kto szuka artystycznej wizji epoki niech się skusi
na doskonałą trylogię Karola Bunscha (''Olimpias'', ''Parmenion'',
''Aleksander''. Na szczęście ktoś wpadł na pomysł, by zadrukować nieco
papieru i chwała mu za to. Oliverowi Stone'owi też, ponieważ ''Aleksandrem''
zmusił do wydania paru książek, ale to jedyna prawdziwa wartość jego filmu,
pomijając piękne plenery i kilka oderwanych scen.
Wrocław, 08.02.2005
-----
*
dektura, a nie tektura, gdyż z tektury robi się dekoracje wiarygodne, a z
dektury takie jak w ''Quo vadis'', czy "Kleopatrze" z Liz Taylor.

|
|