| |
Jarosław
Kolasiński
Nie spaghetti, lecz "Unforgiven"
James Bradley
"Sztandar chwały"
Rebis, Poznań
Wcale mój idol Krzysztof "Diablo" Włodarczyk nie musi podnosić na mnie pięści,
bym się przyznał, że ilekroć sięgam po amerykańską książkę o II wojnie światowej
albo zaczynam oglądać film o tych czasach, czynię to z lękiem. Skłonność
Amerykanów do nachalnej szarży doprawionej niewiarygodnie wielką dawką patosu
bywa często nie do zniesienia. Wręcz brawurowo "doganiają tu i przeganiają kraje
socjalistyczne ze Związkiem Radzieckim na czele", nie istnieje przecież jakaś
istotna różnica pomiędzy kinem Ozierowa a hollywoodzkim "socrealizmem" wojennym
(np. Zielone berety z Waynem). Tam kryształowo szlachetni, bohaterscy,
wspaniali żołnierze Armii Czerwonej hołubiący jeńców i szarmanccy wobec kobiet
nieprzyjaciół, tu zaś sołdaci z USA – wzór do naśladowania dla świata całego i
okolic.
Ta przykra świadomość spowodowała, że moje obawy przed lekturą książki Jamesa
Bradleya (napisanej we współpracy z Ronem Powersem) były wielkie. Podwójnie
nawet, jako że przeraził mnie tytuł - Sztandar chwały. Stosunek do swej flagi
Amerykanie mają specyficzny i trudno dla mnie zrozumiały, ponieważ stanowi kolaż
bałwochwalstwa ze skłonnością do profanacji, taka trochę to schizofrenia. Z
jednej bowiem strony pakują makdonaldowskie pupska w slipy czy szorty pasiaste z
gwiazdkami, a silikonowe biusty w biustonosze o narodowych barwach, z drugiej
zaś co chwilę padają przed gwiaździstym sztandarem na kolana. I to przy każdej
możliwej okazji, nawet w najgłupszej komedii romantycznej - flaga USA choć na
kilkanaście sekund musi załopotać (najlepiej pod koniec, bo załzawionymi
oczętami lepiej się ogląda).
Nie spotkałem się też z wojenną książką zza Wielkiej Wody (pomijam tu najwyższą
półkę - Vonneguta, Hellera, Mailera, Jonesa, Whartona i niewielu innych), by nie
pojawił się w niej choć jeden passus taki mniej więcej: "Wiatr rozwiał dym. Na
podziurawionej pociskami kościelnej wieży normandzkiego kościółka żołnierze
kompanii C jak Cindy znów ujrzeli flagę w biało-czerwone pasy, kiedy podmuch ją
w pełni rozwinął dostrzegli też granatowy kwadrat usiany białymi gwiazdami.
Zaschło im w gardłach i zapiekły oczy, kiedy sierżant Clyde rzekł: - Nie damy
tej wioski sukinsynom! Chłopcy z namaszczeniem skinęli głowami".
Podejrzewam, że "porządny czytelnik" powinien tu zaszlochać, a kiedy mu książkę
zekranizują -jak bóbr zapłakać, zraszając popcorn patriotycznymi łzami. Sztandar
chwały również został zekranizowany, o czym wydawca obwieścił na obwolucie,
niektórych zapewne zachęcając do lektury, a mnie po prostu strasząc. Informacja,
że reportaż opowiada o legendarnych walkach na Iwo Jimie na początku 1945 r. nie
uspokoiła mnie wcale. Raczej ostrzegła, że książka zabić może prawdopodobnie
wielką porcją patosu, narodowej mitologii i parapatriotycznej histerii.
Nieufności i oporów starczyło mi jednak ledwie na kilkanaście stron, a rzadko mi
się to przydarza.
Bohaterami reportażu są marines uwiecznieni przez Rosenthala na najsłynniejszym
zdjęciu wykonanym podczas II wojny światowej. Chyba każdy zna fotografię szóstki
żołnierzy, niczym grupa Laokoona wijących się na szczycie góry Suribachi,
usiłujących wbić w ziemię sztandar amerykański. Zdjęcie to po latach natchnęło
de Weldona do stworzenia słynnego pomnika górującego nad cmentarzem w Arlington.
I na tym nasza wiedza się kończy, póki nie sięgniemy po książkę Jamesa Bradleya.
Rezygnując ze sztampy, patosu, uproszczeń i egzaltowanych hymnów, autor ukazuje
(odtworzoną dzięki mrówczej reporterskiej pracy) drogę "sześciu herosów" na Iwo
Jimę, prowadzi czytelnika przez - chwilami porażająco naturalistyczne, ale bez
przekroczenia tej cieniutkiej granicy - opisy walk, a także powojenne losy
bohaterów. Sztandar chwały na szczęście jest reportażem - koniecznie trzeba
dodać, że wielce uczciwym - a nie powieścią. Pozwala to autorowi unikać pokus
powieściopisarza i ukazać postaci prawdziwe, odarte z mitologii, alegorii i
ozdobników . Powieściopisarska współczesna "poprawność polityczna" kazałaby
zapewne umieścić w słynnej grupce marines Afroamerykanina, Latynosa, Azjatę, ze
dwóch białych i oczywiście kobietę, co to się kulom nie kłania. Bradley nie
idzie tą drogą, gdyż i nie chce i nie może: jego celem jest bowiem opowiedzenie
prawdziwej historii o prawdziwych ludziach. Książka przez to niczego nie traci,
a wręcz przeciwnie - wiele zyskuje.
Wbrew pielęgnowanej w USA mitologii, samo zatknięcie sztandaru na Suribachi nie
było - zgodnie z relacją Bradleya - niczym szczególnym, żadnym bohaterstwem. Ot,
zwykłym wykonaniem rozkazu w miejscu - w tamtej chwili - zupełnie bezpiecznym.
Kiedy zaś już postanowiono zdetonować bombę propagandową jaką fotografia
stanowiła, połowa uczestników zdarzenia gryzła piach na Iwo Jimie, jeden z nich
całkiem o sprawie zapomniał i zupełnie nie kojarzył jej ze swoją osobą. Inny z
kolei zagroził koledze ze zdjęcia, że pozbawi go życia, jeśli ten "wyda" go
mediom.
Tak się stało, że na ułamek sekundy historia zawiesiła swe przekrwione oko na
sześciu przeciętnych młodych chłopakach, których los i dowództwo rzuciły na
splunięcie wulkanu zastygłe gdzieś na Pacyfiku. Na Iwo Jimę kostropatą setkami
japońskich bunkrów i podziurawioną setkami kilometrów tuneli, w których obrońcy
wyspy-fortecy śmiali się w kułak z bombardowań USAAF oraz US-Navy. Bohaterów,
którzy dla siebie samych bohaterami nie byli, sfotografowano w patetycznej
chwili wbijania sztandaru zdobywców w pierwszy pożarty skrawek terytorium wroga.
W oczach amerykańskiego narodu - postarali się o to politycy wspomagani przez
media - był to kulminacyjny punkt nieprawdopodobnie krwawej i zażartej bitwy.
Tymczasem, na dobrą sprawę, był to zaledwie początek. Aż trzech z szóstki
zaklętej przez Rosenthala na błonie fotograficznej zginęło w ciągu najbliższego
miesiąca walk, o których raczej cicho było w mediach, uznających, iż zwycięstwo
już przecież odniesiono. Jak ironicznie zauważa James Bradley: fakty nie miały
znaczenia. Zdjęcie wyglądało heroicznie i to wystarczało.
A sfotografowani bohaterowie? Żadnej w nich niezwykłości - twierdzi Bradley -
byli równie przeciętni jak pozostali z osiemdziesięciu tysięcy marines
krwawiących wówczas na wyspie. Zwykli, ubrani w mundury młodzi chłopcy z różnych
stron Stanów. Wielu było zbyt młodych, by móc legalnie uraczyć się alkoholem na
przepustce, a jeszcze większa ich część nie posiadała odpowiedniej liczby lat,
by móc zagłosować w wyborach na polityków, którzy ich do walki wysłali. Na to
lat mieli dostatecznie dużo, w tej kwestii prawo wszędzie na świecie jest
bardziej liberalne. Byli, owszem, bardzo młodzi, ale przecież perfekcyjnie
wyszkoleni w bazie piechoty morskiej , tylko że kiedy po długich chwilach
zadziwiającej ciszy Japończycy rozpoczęli rzeź na plażach Iwo Jimy, chłopcy
nagle orientowali się, iż te dziwne miauknięcia tuż koło ich uszu, to wrogie
pociski, to śmierć szukająca żeru: - Rany boskie! Ci ludzie chcą mnie zabić!
A na morderczą wojnę - w większości - poszli na ochotnika, choć nigdy nie
interesowało ich zabijanie ludzi. Po Pearl Harbor uznali, że ich kraj został
zbezczeszczony. Po latach wielu z nich, jak ojciec autora, nie czuło dumy z
powodu swojego kroku, w wyniku którego musieli zabijać i byli zabijani: Jak
można być dumnym z tego, co było aż tak złe?
Przyznam, że przeczytałem już sporo o walkach na wyspach Pacyfiku, ale chwilami
aż nazbyt chłodna, a w innych miejscach nazbyt gorąca narracja Sztandaru chwały
spowodowała, że do mojej świadomości w pełni dotarło okrucieństwo tamtejszej
wojny. Ogrom strat. Nie ustały one zresztą wraz z zakończeniem walk na wyspie: z
trzech bohaterów reportażu, jacy cało uszli z wyspy, jeden wytrzymał zaledwie 9
lat powojennego życia i zmagania się z traumatycznymi wspomnieniami, nim zapił
się na śmierć. Drugi w wieku lat 45 popełnił samobójstwo. Wcześniej (wraz z
jedynym, który dożył sędziwych lat - Bradleyem seniorem) stoczyli jeszcze jedną
walkę, dla dwóch pierwszych trudniejszą niż ta z bronią w ręku. Jako żywe ikony
wzięli udział w iście amerykańskiej kampanii propagującej obligacje wojenne.
Autor reportażu - co godne uwagi - nie uległ tu pokusie łatwizny i ustrzegł się
schematu "biedni bohaterscy chłopcy w łapskach politykierów". Rzeczowo i
niezwykle obiektywnie ukazał tak blichtr "bohaterskiego" tournée po USA,
jak i wielką wagę akcji - zebrano dzięki niej ogromną kwotę (prawie połowę
rocznego budżetu Stanów Zjednoczonych), która w wielkiej mierze pozwoliła na
dokończenie wojny.
Identyczny umiar zachował Bradley w ukazaniu powojennych losów bohaterów, choć
ostrej ironii tam nie brakuje, ale też nie znajdzie się w Sztandarze chwały ani
jednej fałszywej łzy czy nuty. I w tej partii reportażu, i w pozostałych udało
się autorowi zachować równowagę między burzeniem mitów a brakiem taniego
odbrązawiania i jest to podstawowa wartość tej książki. Emocji Bradley jr nie
powściąga, ale też nie daje im się wodzić za nos. Pisze prawdę. Co ciekawe,
pozbawionego zadęcia podejścia do kombatanctwa, do samej ceremonii zatknięcia na
Iwo Jimie sztandaru uczył się od dzieciństwa, kiedy to dopiero w szkole
dowiedział się, iż jego ojciec jest jednym ze znanych całej Ameryce żołnierzy. W
domu rodzinnym był to temat tabu (to nie jest temat, synu); John Bradley
nawet z żoną rozmawiał o wojnie tylko kilkakroć, z synem-autorem raz jeden.
Kilkadziesiąt lat z rzędu cała rodzina łgała, gdy dzwoniono z prośbą o wywiad -
"wyjechał na ryby do Kanady", na której ziemi "nieobecny wędkarz" nigdy w życiu
nie postawił stopy. Taki właśnie stosunek do własnego bohaterstwa pozwolił
Bradleyowi seniorowi częściowo otrząsnąć się z makabrycznych wspomnień, a jego
syna popchnął do napisania uczciwego reportażu o wykonujących obowiązek
żołnierzach, a nie medialnie wykreowanych bohaterach. W myśl ojcowskiej maksymy
- prawdziwymi bohaterami są ci, którzy z Iwo Jimy nie wrócili.
Sztandar chwały czyta się dobrze, lecz nie jest napisany amerykańskim językiem
pośpiesznym "ze stacji Max-Efect City do Grand Honorarium Village". Książka
podaje wiele interesujących faktów, niejednokrotnie zupełnie nieznanych, a
wartych poznania. Lektura Sztandaru... pozwala wyrobić sobie (w dużej mierze)
nowe zdanie na temat rzekomo znany od podszewki, ponadto - wystające nader gęsto
(jak zawsze w podobnych wypadkach) rafy banału, zostały skutecznie przez autora
ominięte. Prawdopodobnie dlatego, że przytaczane fakty i opisywane zdarzenia nie
posłużyły mu do zbudowania tombakowego ołtarzyka, lecz przekazania swojej -
pozornie banalnej, lecz w swej wręcz namacalności przejmującej - wizji wojny.
Wojny burzącej zwykłe, szaro-normalne życie "ludzi z ulicy", ludzi kompletnie
nieskłonnych do teatralnych gestów.
Bez żadnej przesady można rzec, jest to książka antywojenna, mimo iż mnóstwo w
niej opisów bohaterskich zachowań i przykładów solidarności żołnierskiej. A może
nie mimo, lecz właśnie dlatego? Może ukazanie bohaterstwa wojennego jako
zwyczajności koniecznych zachowań, jako jedynie logicznych czynów, dokonywanych
wielekroć niejako odruchowo, a nie w wyniku gorącego postanowienia zostania
bohaterem wpływa na to, że każda strona tej książki tchnie prawdą?
W lutym wszedł na ekrany naszych kin film, który na podstawie Sztandaru chwały
nakręcił Clint Eastwood. Patrząc wstecz na jego aktorskie i reżyserskie
dokonania można się zastanawiać, czy to spaghetti-western, czy jednak "Unforgiven".
Z pewnością to drugie i spokojnie można kupić bilet, o ile reżyser poszedł
tropem autora będącej podstawą scenariusza książki. A jest ona ze wszech miar
godna polecenia.

|
|