|
|
Jarosław Kolasiński
Do kosza z Sherlockami, Poirotami też
Jürgen Thorwald
Stulecie detektywów. Drogi i przygody kryminalistyki.
Tytuł oryginału: Das Jahrhundert der Detektive
Tłumaczenie: Karol Bunsch, Wanda Kragen
Wydawnictwo: Znak , Luty 2009
Kim byli Vidocq i Pinkerton, wie chyba każdy. Powszechnie wiadomo,
co to Scotland Yard, niejeden słyszał o Sûrete - mało kto
jednak jest świadom, jak niemiłe były początki tych, jakże
imponujących dziś, instytucji. Właśnie historią raczkującej policji
kryminalnej rozpoczyna Thorwald swą książkę, rozpoczyna makabrycznym
w swej wymowie rysem historycznym nowożytnych systemów ścigania
zbrodni, a raczej przyglądania się owym przestępstwom - takie bowiem
były realia. Aż po Bonapartego policja służyła tylko i wyłącznie
celom politycznym, głównie szpiclowaniu i terroryzowaniu poddanych.
Thorwalda to nie interesuje, przygląda się pierwszym związkom
policji z nauką, narodzinom kryminalistyki. Czytelnik przyzwyczajony
do papki telewizyjnej o superglinach, co to łapią mordercę idąc
tropem jednej znalezionej na dywanie rzęsy (zauważonej przez
technika pożywiającego się hot-dogiem o trzy przecznice dalej)
dowiaduje się od Thorwalda, iż przez większość wieku XIX problem
kardynalnym była banalna identyfikacja osób.
Zdarzali się podówczas „rekordziści” odsiadujący po kilka wyroków, a
każdy pod innym nazwiskiem. Kartoteki praktycznie nie istniały, a
genialny Vidocq po prostu zapamiętywał twarze i sylwetki, skutecznie
też wymagał tego od współpracowników. Następny krok uczyniono
również we Francji, gdzie narodził się bertillonage
(polegający na „zdejmowaniu miary” z delikwentów i identyfikowaniu
ich na podstawie 11 parametrów ciała). Bywał zawodny, choć inne
metody nie dorastały mu do pięt. Przełom nastąpił, gdy zatriumfowała
daktyloskopia. Co ciekawe, jej tajemniczym „prekursorem” okazał się…
Mark Twain, który w jednym ze swych opowiadań „złapał” łotra,
badając jego linie papilarne. Do dziś pozostaje zagadką, skąd pisarz
wiedział, o czym pisze, gdyż jeszcze długo potem o daktyloskopii w
USA nawet nie słyszano. To Argentyna jako pierwsza (z inicjatywy
chorwackiego imigranta) „upaństwowiła” badanie odcisków palców.
Kiedy potrafiono już identyfikować sprawców, nadal kłopoty sprawiały
ofiary.
Traktujące o tym partie książki (rozdziały o medycynie sądowej, o
toksykologii) mocno przypominają „Stulecie chirurgów” z jedną
wszakże istotną różnicą, że „pacjent” jest denatem. Badając go,
dziesiątki lat błądzono prawie po omacku, ale i tak toksykolodzy i
lekarze sądowi bliżsi byli celu, niż balistycy, którymi autor
zajmuje się na deser. Gdyby nie temat, można czytając te strony
zarykiwać się śmiechem, jako że np. w USA królowała wówczas zasada:
„kup sobie szkło powiększające i zostań ekspertem od strzelania.
Pięćdziesiąt dolców dziennie zapewnione”. Książka Thorwalda jest od
owej lupy wprawdzie droższa, za to efekty jej „zastosowania” o niebo
większe. Smaczkiem dodatkowym „Stulecia detektywów” są zaskakująco
kąśliwe przypisy polskich tłumaczy (Karol Bunsch!), których
absolutnie nie wolno pominąć! Można natomiast zaoszczędzić czasu na
lekturze „conandojlów”, jako że współczesna Holmesowi rzeczywistość
- dzięki pióru niezawodnego Niemca - okazuje się o wiele ciekawsze
od Sherlockowej konfekcji.
UWAGA!

Możesz wspomóc recenzenta! Jeśli posiadasz konto w Merlinie, a
zamieszczoną tu recenzję uznajesz za przydatną,
oceń jej skróconą wersję
zamieszczoną na stronie księgarni. Jako niespełniony Indianin bardzo
pożądam piórek;)) Mogą być merlinowsko-recenzenckie.

|
|