| |
Jarosław
Kolasiński
Cień
towarzysza Münchhausena
Wiktor
Suworow
"Cień zwycięstwa"
t.1 "Cień zwycięstwa"
tłum. Andrzej Bobrowicki i Edward Więcławski
t.2 "Cofam wypowiedziane słowa"
tłum. Andrzej Łapkowski
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań 2006
Brawurowa narracja, wsparta sugestywnymi onomatopejami, tęgie łyki rakii
czyniące gestykulację wręcz ekwilibrystyczną. To niezapomniany Franek Dolas
opowiada współpasażerom z pociągu o swych przewagach w kampanii wrześniowej. I
wierzą mu! A przecież „kit wciska”, plecie, bajdurzy, łże jak najęty! I wszystko
dlatego, że cierpi na niezwykle częsty u wojaków syndrom Münchhausena. Odkąd
tylko ludzkość „wymyśliła” wojny nieodłącznym elementem żołnierskiego rzemiosła
stała się wierutna blaga. Od niepamiętnych czasów do wciąż spragnionych i
pełnych szacunku uszu cywili docierają całe konwoje bujd na resorach. A im
bardziej się narrator dekował, im słabiej szczęk oręża dochodził podczas walk do
uszu łżącego, tym kłamstwa więcej mają pięter.
Bywa, że wspominający własnoręcznie wyciąga się za włosy z bagniska albo
brawurowo i skutecznie ucieka przed armatnią kulą. I to pieszo. Wobec takich
osiągnięć banałem trącą przewagi carskiego kozaka Kuźmy Kriuczkowa, który
podczas pierwszej światówki żołdaków kaisera nadziewał na spisę pęczkami.
Konkretnie po siedmiu za jednym sztychem.
Niezwykle liczny Klub Münchhausenów, Radziwiłłów panie Kochanku, Czapajewów i
Dolasów powiększa się właśnie o marszałka ZSRR Gieorgija Żukowa, a członkiem
wprowadzającym jest Wiktor Suworow (właśc. Władimir Bogdanowicz Rezun), wielce w
Polsce popularny. Ten były oficer GRU książek wydaje niewiele mniej niż Łysiak i
nic nie wskazuje na to, by sytuacja ta mogła ulec zmianie na niekorzyść
bankowego konta rosyjskiego twórcy. Jak sam przyznaje, w Polsce Suworow nakłady
ma największe i nie powinno to dziwić. W końcu choć „Ruski”, ale na „Ruskich”
pyszczący i przez to - w myśl strawestowanej reguły jednego z amerykańskich
prezydentów - „kacap, ale nasz kacap”.
Suworow debiutował doskonałym „Akwarium”, które wywierało na czytelniku (maniaku
tego gatunku) spore wrażenie: zarówno pulsującą emocjami narracją, jak i masą
nieznanych do tej pory faktów. Z kolejnych książek byłem już o wiele mniej
zadowolony niż autor i jego wydawcy, ale i tak czytałem je z zainteresowaniem,
choć niejeden raz zmuszany do przymrużania oka. Trzeba przyznać, że Suworow w
każdej swej książce z zapamiętaniem wali w ZSRR jak w bęben (co i mnie cieszy),
a że muzykiem jest biegłym więc publiczności (szczególnie polskiej) dłonie aż
sinieją od oklasków. Nieśmiałe głosy twierdzące, iż maestro per nogam traktuje
partyturę, z dezynwolturą żonglując nutami - giną pośród zachwytów.
Tym razem skomponował Suworow „Cień zwycięstwa” - trzytomowe wariacje na temat
„Wspomnień i refleksji” marsz. G. Żukowa. Rzec by można, iż to symfonia
hippiczna, jako że po jej wysłuchaniu marszałek powinien zmienić tytuł swych
wątpliwej wartości memuarów na „Łysa kobyła”, tak je bowiem były agent GRU
ujeżdża. A jeźdźcem jest wyśmienitym: galopuje z godną podziwu i zazdrości
pasją, ostróg drwiny ani szpicruty krytyki nie szczędząc. Co stronę zmusza
zakłamaną chabetę marszałkowskich wspomnień do niewykonalnego skoku przez
stacjonatę sprzecznych z ich treścią twierdzeń historyków oraz relacji innych
dowódców. Czytelnicza publiczność patrzy na to z trybun przez lornetkę nabytej w
PRL wiedzy o wojnie na wschodzie i własne oczy ma za łgarzy. Z każdą przeczytaną
stroną coraz mniej wierzy w mit Żukowa genialnego stratega i zapewne straciłaby
tę wiarę całkowicie, gdyby ujeżdżając wzmiankowaną kobyłę, Suworow zbytnio nie
popuszczał wodzy. Sobie samemu.
Powodowany niepohamowanym temperamentem i zbytnią wiarą we własne tezy stara się
zanegować wszystko, co tylko znalazło się na kartach „Wspomnień i refleksji”.
Dosłownie wszystko, chyba nawet przecinki. Postępując tak, wpada na narracyjne
mielizny, często kręci się w kółko. O ile bowiem bezdyskusyjnie obala np. mit
Żukowa „ukochanego przez wojaków dowódcy”, jako nie godny choć splunięcia, gdyż
„geniusz” podwładnych rozstrzeliwał tysiącami, generałów prał publicznie po
twarzach i atakował bez brania pod uwagę strat, to ustawiczne tropienie łgarstw
w nieistotnych szczególikach jest grą wartą może honorarium, lecz nie świeczki.
Czy warto kluczyć przez bez mała dwie stronice zwartego druku, by potem obalić
kłamstewko Żukowa jednym zdankiem? Na stronach 443-445 tomu II natrząsa się
Suworow z „Dowódcy Zwycięstwa”, wspominającego jak kiedyś pojechał do sanatorium
i nie mógł się dostać do środka, ponieważ pijany portier spał. Nic to! Grupa
kochających genialnego wodza rekonwalescentów pod wodzą młodego lejtnanta
wyważyła bramę. Przez 66 wersów autor dworuje z „Zastępcy Naczelnego Wodza ds.
Mordobicia i Egzekucji” i zastanawia się, jak mógł wiedzieć, że przywódca „wyłamywaczy”
jest lejtnantem, skoro w radzieckich sanatoriach paradowało się w piżamach! A
przecież mógł pamiętnikarz rzecz opisać nie uściślając, że stopień oficera
poznał w późniejszej rozmowie. Nie musiało tak być, ale mogło. I po co pióro
strzępić? Czy nie wystarczy stwierdzenie, że w ZSRR niemożliwe było spotkanie
lejtnanta i marszałka w jednym sanatorium wojskowym? Cóż, czytelnik w Suworowie
zakochany zaciera ręce - ach, jak Wiktor pięknie wali tego Żukowa po pysku, ach,
ach! Nawet mu tej piżamy nie daruje! Taki dokładniutki! Czytelnik szukający w
„Cieniu...” czegoś nowego o wojnie na wschodzie zaczyna się nudzić i nabierać
wątpliwości co do sensu dalszej lektury.
Niesłusznie, bo warto, choć w podobnie eskapistyczny nastrój wpaść można, kiedy
Suworow (t.I, s. 51) komplementuje Armię Czerwoną twierdząc, iż Wojna Zimowa
była „spektakularnym zwycięstwem” (sic!), a nawet „błyskotliwym sukcesem” (t.I,
s. 65). Zachodzi podejrzenie, że albo autor nie rozumie (trudno w to uwierzyć)
znaczenia terminów „spektakularny” i „błyskotliwy” albo bredzi, niczym
Münchhausen albo Żukow. Liczby są bowiem powszechnie znane i nieubłagane: w
wojnie owej przeciw 130 tysiącom Finów stanął sześciustetysięczny moloch. Ku 60
czołgom Suomi popełzło 20 razy tyle radzieckich (1200), samolotów zaś Stalin
rzucił do walki 5,5 raza więcej (800) niż mógł Mannerheim (145). Starcie trwało
trzy i pół miesiąca (od 30 listopada 1939 r. do 13 marca 1940.), podczas których
Rosjanie ponieśli potworne straty (264 908 żołnierzy) a bohaterscy Finowie
dziesięciokrotnie mniejsze.
Nawet jeśli przyznamy rację Suworowowi, iż: „Nikt na świecie w takich śniegach,
przy takim mrozie w terenie niemożliwym do sforsowania nie szturmował tak
potężnych umocnień” (t.I, s. 51), to nie ma mowy o „błyskotliwym zwycięstwie”.
Zresztą gdyby było inaczej, to ZSRR (o czym autor musi doskonale wiedzieć!) nie
ukrywałby prawdy przed swoimi obywatelami aż po lata sześćdziesiąte. -
Spektakularne zwycięstwo?! - pyta zdumiony czytelnik i ze zdziwienia brew mu się
na trwałe unosi a la Rokossowski, któremu się to przytrafiło - jak głosił
peerelowski dowcip - kiedy dowiedział się, że jest Polakiem. Potwornie poraniony
Goliat pokonujący samotnego Dawida odnosi spektakularne zwycięstwo?! Ejże, ejże…
Suworow opisuje w „Cieniu...” mnóstwo operacji wojskowych Armii Czerwonej i - za
każdym razem, kiedy kosztem przeogromnych strat osiągano sukces - obsobacza
Żukowa jak burą sukę, zwąc dyletantem, mordercą, zbrodniarzem i tępakiem.
Zirytowany nierówną miarką czytelnik klnie pod nosem: - a gdyby Linię
Mannerheima szturmowano pod wodzą Żukowa? Co by to było? I złośliwie sobie
odpowiada - Aaa... Zapewne kolejna zbrodnia i klęska Żukowa.
Ze szczególną zawziętością pastwi się Suworow (i słusznie!!!) nad marszałkiem,
kiedy ten(wówczas Szef Sztabu Generalnego!) za klęskę 1941 roku obwinia
wszystkich prócz siebie. To chyba najlepsza część „Cienia...”, absolutnie warta
lektury, wiele tu rzeczy nowych i interesujących. Dla wierzących w mit Żukowa
„Dowódcy Zwycięstwa” każda strona to listek z gorzkimi pigułkami. Suworow obala
wielce rozpowszechnione twierdzenie, iż marszałek z rozkazu Stalina pojawiał się
rzekomo na najważniejszych odcinkach frontu i zawsze zwyciężał. Wiktor Surowow
uważa, że było wręcz przeciwnie. I pod Leningradem, i pod Stalingradem, i Jelnią,
i Kurskiem (o Berlinie będzie zapewne w tomie trzecim). Trzeba przyznać, że
bezpardonowa, rzeczowa, choć bardzo emocjonalna argumentacja autora wydaje się
tu logiczna i udokumentowana. Jeśli na dodatek jest prawdziwa - nie da się już
uważać Żukowa za geniusza, za jednego z największych dowódców XX wieku.
Niestety - znów jeźdźca ponosi. Twierdzi tak: Stalin, owszem, wysyłał Żukowa,
ale na odcinki podrzędne! tymczasem pod Stalingradem i Kurskiem zarówno w fazie
planowania jak i wykonania dowodził kto inny (t.I, s. 235). Niemal jednocześnie
pada uwaga: uderzenie pod Stalingradem (wbrew powszechnym opiniom) w założeniu
było pomocnicze. Główne miało nastąpić pod Syczewką, ale odmieniono hierarchię,
kiedy okazało się, iż w gruzach nad Wołgą okrążono nie spodziewanych 7-8
dywizji, lecz 22. W tym czasie Żukow dowodził pod Syczewką i miał (wyjściowo) do
dyspozycji o wiele (ponad 2,5 raza - t.I, s. 223) większe siły niż zgromadzone
przeciw von Paulusowi. Miał też uderzyć jako drugi w kolejności, co logiczne,
skoro Stalingrad miał być dywersją. Zuch Suworow!
Każda z tych tez wydaje się prawdziwa w świetle 893 stron dwutomowego śledztwa.
Gdzieś tu jednak mamy do czynienia z - jak mawiał Józef Szwejk - bałwanieniem do
kwadratu. Tak się dziwnie składa, że obie tezy mogą być prawdziwe, ale odrębnie,
nie jednocześnie! Albo bowiem z tym Stalingradem było inaczej niż autor
„Cienia…” chce, albo jednak nieprawdą jest, iż Stalin nie wysyłał Żukowa na
kierunki głównych uderzeń, bo skąd by się wziął pod Syczewką? Oba stwierdzenia
wzajemnie się wykluczają. Skoro podane są na tej samej tacy upstrzonej
przypisami, to na ile poważnie traktować autora? Czy przypadkiem nie jest
uprawniony wniosek, że Suworow tak dobiera fakty, by udowodnić tę tezę, która w
danym momencie jest mu akurat potrzebna? Potem zaś przechodzi do dalszych,
zapominając o poprzednich i dowodach na ich prawdziwość.
Suworow powtarza w „Cieniu…” swoją argumentację z wcześniejszego „Lodołamacza”,
gdzie to wywrócił do góry nogami historię drugiej wojny, stawiając tezę, iż
prawdziwą przyczyną radzieckiej początkowej klęski było to, iż Armia Czerwona
czaiła się do ataku na Niemców. Dlatego właśnie tuż przy granicy zgromadzono
(uformowane i rozmieszczone na ofensywną modłę) dywizje, lotniska i magazyny.
Koncepcja ta wydaje się być słuszna, ale po smutnych doświadczeniach z
suworowowską oceną Wojny Zimowej i wpadką Stalingrad-Syczewka - trudno nie
nabrać podejrzeń, że i tu coś może być nie tak. A szkoda by było, prawda?
W odróżnieniu od pierwszego tomu drugi (dlaczego?), posiada już na „liście płac”
konsultantów: historycznego i militarnego. Nie uchroniło to jednak książki przed
przykrymi potknięciami, jak choćby to ze strony 48, gdzie w przypisie twierdzi
się, iż Heinz Guderian przedstawił koncepcję pancerno-lotniczego blitzkriegu w
książce „Dziennik żołnierza”. Jest to nieprawda, ponieważ „przedstawienie
koncepcji” jest zawsze PROPOZYCJĄ TEORETYCZNĄ. Tymczasem wymieniona książka
Guderiana (rok 1951) jest jego wojennym pamiętnikiem OPISUJĄCYM WYKONANIE
blitzkriegu. Koncepcję niemiecki generał przedstawił w roku 1937 w powszechnie
przed wojną dyskutowanej wśród fachowców pracy „Achtung, panzer!” Pojawienie się
aż takiego byka w „Cieniu...” jest być może jedną z odpowiedzi na pytanie
dlaczego zawodowcy nie widzą w Suworowie kolegi.
Drugą najlepszą i najciekawszą dla mnie częścią „Cienia...” jest kapitalnie
wykonana przez Suworowa analiza porównawcza stada różnych wydań „Wspomnień i
refleksji”. Niestety, ciężko się to czyta, jak zawsze kiedy podczas lektury nie
da się nie ryczeć ze śmiechu. Wychodzi tu autor z wielce słusznego założenia, że
radziecka (i postradziecka) prawda „[…] jest najbardziej żywotna […] potrafi
przetrwać w każdych warunkach, ponieważ umiejętnie się dostosowuje […] jest […]
niezniszczalna, gdyż zmienia się wraz z otaczającym ją środowiskiem. Podobnie
jak krętek blady” (t.II, s. 15-16). I udowadnia to brawurowo, pastwiąc się nad
marszałkiem. A raczej nad jego duchem. Suworow błyskotliwie wykazuje jak w miarę
zmian politycznych w ZSRR (a potem w Rosji) ewoluują „Wspomnienia i refleksje”,
już choćby pęczniejąc z jednego tomu (wydanie pierwsze) do trzech wydawanych
ostatnio.
Wyjaśnienie tej zagadki jest banalnie proste: córki wodza podrzucając wydawcom
coraz to nowe
wersje pamiętników ojca perfekcyjnie spełniają „zamówienie społeczne” dodając
cudownie „odnalezione fragmenty, wcześniej wycinane przez cenzurę”. Co
szczególnie raduje czytelnicze serce - w starych-nowych partiach tekstu
„marszałek” powołuje się na książki wydane nawet w dwa lata po jego odejściu w
stan wiecznego spoczynku (t. II, s. 21). Nic dziwnego, że pojawiają się w Rosji
sugestie, by Wodza zaliczyć w poczet świętych Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej.
Prawdopodobnie odbiór najnowszej trylogii Wiktora Suworowa będzie w Polsce
doskonały. Uchodzi on bowiem za wielki autorytet, a niektórzy posuwają się do
nazywania go historykiem wojskowości. Ba! Sfrustrowani czytelnicy (i część
recenzentów) dziwią się dlaczego tylko niektórzy tak uważają. - Przecież on tyle
czasu spędza w archiwach?! Czasem twierdzi się, iż dzięki wnikliwej analizie
tajnych sowieckich dokumentów, do których miał dostęp, Suworow jako obdarzony
zaufaniem komunistycznej elity mógł dotrzeć do pilnie strzeżonych tajemnic.
Opinia taka tryska niezamierzonym humorem, ponieważ trudno sobie wyobrazić, by
szeregowy pracownik wywiadu (jakim autor był w istocie) miał w maniakalnie
utajniającym archiwa ZSRR swobodny dostęp do archiwaliów. Po ucieczce na Zachód
tym bardziej, jak sądzę, ale może się mylę?
Czy warto czytać „Cień zwycięstwa”? Mimo wszelkich mankamentów - tak. Ale
polecam to jednak czytelnikom-Sherlockom biegającym po bibliotekach, by
sprawdzać główne tezy aktualnej swej lektury. Niestety nie da się tą metodą
przeanalizować źródeł radzieckich i rosyjskich, na które autor się powołuje - z
przyczyn oczywistych. A byłoby warto.
Swego czasu Naczelny Kosmita Ziemi Erich von Däniken odkrył tajemnicę nazwy
Elephantyny. Stwierdził autorytatywnie, iż ma ona kształt słonia - widziana z
lotu ptaka, a co za tym idzie Egipcjanie musieli korzystać z latających spodków.
W istocie jednak nilowa wyspa ma kształt rozdeptanej marchewki, natomiast
przybrzeżne skały oglądane ze starożytnej trzcinowej tratwy do złudzenia
przypominać musiały kąpiące się słonie. Kiedy wytknięto Szwajcarowi kłamstewko,
chyłkiem wycofał ten passus z kolejnych wydań Wspomnień z przyszłości. Suworow
jest uczciwszy - na koniec drugiego tomu „Cienia…” (s. 513) pisze odważnie, że w
poprzednich książkach się mylił oceniając marszałka jako genialnego wodza i
przeprasza. To się chwali, że potrafi publicznie przyznać się do pomyłki, z
drugiej jednak strony czytelnik czuć się może nieciekawie. Jaką ma bowiem
gwarancję, że za kilka lat nie kupi kolejnej trylogii, choćby pod tytułem:
„Towarzyszu marszałku, przepraszam!” albo „Cofam wypowiedziane słowa II”, w
której autor po raz kolejny zmieni swoje zdanie o 180 stopni?
Czyżby Suworow wpadł we własne sidła? Skoro chce, żeby jego prace traktować
serio i uważać go za historyka wojskowości, to przecież nie może tak po prostu
„odszczekiwać” książek poprzednich - za każdym, przecież, razem solidnie ponoć
wspartych (tak twierdzi) na źródłach!
Ile warte jest upstrzone przypisami wycofanie się z poprzedniej pracy upstrzonej
w stopniu identycznym? Samo kajanie się - dotarłem do nowych źródeł - nie może
rozgrzeszać. Gdzie bowiem gwarancja, że za rok znów Suworow nie dotrze do
nowszych nowych? Może zbyt się śpieszy? Może lepiej byłoby, żeby wstrzymał się z
analizą póki nie dotrze do wszelkich dostępnych źródeł i póki ich krytycznie nie
przeanalizuje? W przeciwnym wypadku pisać można non stop polemizując z sobą
samym, cofając wypowiedziane słowa, cofając cofnięcia, cofając cofnięcia
cofnięć. Można, tylko ile to warte, poza honorarium?
Po lekturze dwóch tomów „Cienia zwycięstwa” więcej mam pytań niż odpowiedzi.
Podobnie jak po „Wspomnieniach z przyszłości” Dänikena. Wtedy jednak grupa
polskich archeologów uszczęśliwiła mnie doskonałą polemiką („Z powrotem na
Ziemię”). Czy doczekam się kiedyś poważnej, popełnionej przez zawodowego
historyka pracy, w której tezy Suworowa zostaną poparte lub obalone? Dlaczego
mimo wielotysięcznych nakładów książek Rosjanina jest on, na dobrą sprawę,
ignorowany? Suworow on, czy Münchhausen? Dlaczego nie odpowie mu żaden z młodych
wilków polskiej historiografii? Czyżby zatrzasnęli się w szafie Lesiaka?

|
|