Jarosław Kolasiński
 

Niemiłe makabrycznego początki
 

Władysław Kozaczuk
Wehrmacht

Bellona, Warszawa 2008



Wehrmacht ukazany w tej książce nie jest (wbrew zaczynającej dominować modzie) czymś na kształt antyhitlerowskiej partyzantki, której dowódcy zajmują się głównie okazywaniem pogardy „gefrajtrowi” z Linzu - Władysław Kozaczuk uważa Wehrmacht za siłę uderzeniową hitleryzmu, narzędzie przeznaczone do zburzenia powersalskiego ładu. Takie przeznaczenie armii było w latach trzydziestych oczywiste tak dla samego Adolfa Hitlera i generałów oraz dla śniącego o szpadzie tzw. szarego Niemca z ulicy. Szczegóły zamierzeń militarnych i politycznych znali oczywiście tylko najgłębiej wtajemniczeni, lecz dla każdego w Niemczech było wówczas jasne, że nie po to Hitler każdą wolną markę przeznacza na zbrojenia, by jego armia mogła efektowniej defilować w dni świąt państwowych. Wykuwano miecz. Spojrzenie takie kłóci się z wieloma współczesnymi ocenami sił zbrojnych III Rzeszy (usiłującymi oceniać poszczególne formacje hitlerowskiej machiny po kolorze mundurów), lecz bliższe jest prawdy. W końcu, by gdzieś w Europie zapanować mógł nazistowski „porządek”, wcześniej musiał się tam pojawić Wehrmacht.

Swoją narrację rozpoczyna autor analizą postanowień rozejmu w Compiegne, potem traktatu wersalskiego, skupiając się na ograniczeniach stawianych pokonanym Niemcom. W odróżnieniu od zwyczajowego biadania na krótkowzroczność triumfatorów I wojny światowej, W. Kozaczuk (uwzględniając błędy popełnione wobec Niemiec) dokonując szczegółowej analizy rozwoju niemieckich sil zbrojnych od fazy przepoczwarzania się Reichswery w Wehrmacht (ze zwróceniem szczególnej uwagi na „jakość”, sens oraz tempo tejże metamorfozy) konkluduje, iż mimo swoich wad traktat wersalski militarnymi zakazami zastosowanymi wobec Rzeszy podarował Europie kilka lat pokoju więcej. Bez wiadomych ograniczeń, do rewanżu za poprzednią wojnę doszłoby zapewne wcześniej.

Bardzo wiele uwagi poświęca autor Reichswerze, która (w myśl rozkazów gen von Seeckta) w istocie stanowiła po prostu drożdże, na których wzrósł potem Wehrmacht, a wzrósł błyskawicznie. Nie byłoby to możliwe bez wykonanej przed objęciem władzy przez nazistów mrówczej pracy organicznej. W. Kozaczuk (opierając się m. in. na przedwojennych danych wywiadowczych służb byłej Ententy oraz polskich) ukazuje nieprawdopodobny wręcz zakres i skalę niemieckiej mimikry, w sposób prawie perfekcyjny kamuflującej nieustanne łamanie alianckich postanowień. Autor stawia pytanie: czy wszystkie te działania stanowiły realizację spójnego, centralnie powstałego planu wywołania odwetowej wojny mającej zrekompensować Niemcom porażkę w poprzedniej? Odpowiedź pada przecząca, lecz z zaznaczeniem, iż o ile nie chodziło o zaplanowane krok po kroku „dochodzenie do wojny”, to z pewnością wszyscy uczestnicy ówczesnej niemieckiej gry mieli na celu przywrócenie Niemcom pozycji mocarstwa, czy wręcz światowego supermocarstwa. Na tym właśnie polu doskonale się rozumieli ludzie tak odmienni - zdawałoby się - jak von. Seeckt, von. Schleicher, Ebert, Rathenau i Brüning.

Autor w interesujący sposób analizuje postawy polityczne twórców Wehrmachtu zarówno we wczesnych latach trzydziestych, kiedy to Hitler umizgiwał się do armii, jak i okresu tuż przed wybuchem wojny, gdy ego führera było już na tyle pobudzone sukcesami Anschlussu i Monachium, by mógł generalicję lekceważyć. W. Kozaczuk wskazuje, jak bardzo naiwny był korpus oficerski niemieckiej armii w ocenach zarówno swych możliwości wpływu na szefa nazistowskiego państwa, jak i autonomii Wehrmachtu w ramach machiny państwowej. Autorska analiza obciąża niemiecką generalicję, która - widząc i wiedząc doskonale, co dzieje się w Niemczech pochwyconych nazistowską łapą - godziła się na tak wiele (m. in. aprobowała ustawy norymberskie), byle tylko znów móc stanąć na czele potężnej armii, a nie jej stutysięcznej protezy. Podobnie też nie miała najmniejszych zastrzeżeń, gdy Hitler rozpoczynał swój marsz ku panowaniu nad światem, a jeśli już, to tylko wynikały one wyłącznie z obawy przed odwetem ze strony Francji i Wielkiej Brytanii. Innych wątpliwości nie posiadano, również i dlatego, że jak to powiedział Ley: „dla narodu, który niesie kulturę i cywilizację słupy graniczne nie istnieją”. W. Kozaczuk zwraca przy tym uwagę na paradoks: im bardziej rósł Wehrmacht, tym malała jego autonomia w nazistowskim państwie poprzez napływ ideologicznie zgazyfikowanych poborowych, a przede wszystkim młodych oficerów.

Wiele uwagi poświęcając kwestiom polityczno-militarnym, nie zapomina autor "Wehrmachtu" o czysto wojskowej analizie sił zbrojnych III Rzeszy. Kwestie doktryny wojennej, szkolenia kadry oraz poborowych, rozwój techniki wojennej - omówione są nader kompetentnie i szczegółowo: od przyjęcia do uzbrojenia piechoty i wojsk pancernych (nie bez poważnych oporów generalicji) pistoletów maszynowych, przez rozwój (ze „sprawdzeniem w praktyce liniowej”) Luftwaffe, po analizę założeń taktyki najmniejszych pododdziałów na przyszłym polu walki.

Książka Władysława Kozaczuka to świetne kompendium wiedzy o Wehrmachcie i jedyne, o co można mieć do autora pretensje, to zatrzymanie się w narracji w wigilię wojny.
Być może zatrzymał się tylko na chwilę.

 

wstecz