Jarosław Kolasiński
 

Bonaparte kontent wielce...
 

David King
Wiedeń 1814. Jak pogromcy Napoleona, bawiąc się, ustalali kształt Europy.

Tyt. oryg. Vienna 1814. How the Conquerors of Napoleon Made Love, War, and Peace At the Kongres of Vienna
Tłum. Norbert Radomski
REBIS, Poznań 2009



Dla czytelnika polskiego Kongres Wiedeński, to dekretacja utraty naszej suwerenności i „coś tam jeszcze”. Dysponując taką „wiedzą”, zżymamy się: w rytm menueta „dorżnięto nam ojczyznę”. Z pracy Davida Kinga można się dowiedzieć, iż żaden tam menuet, lecz polonez (a w pierwszej parze zwykle car Aleksander), a po drugie „sprawa polska” była jedną z wielu, a nie tak, jak nam się na w wyniku szkolnej edukacji śni. Jeszcze gorszy od naszego los groził Saksonii, której król przyglądać się temu musiał z pruskiej twierdzy, gdzie go łaskawie raczono na wszelki wypadek uwięzić. Równie bez sentymentów kongres uregulował bieg rzeczy w Niderlandach, we Włoszech, na terenie Niemiec, którym przy okazji sprezentowano utuczone Prusy jako żandarma.

Sporą niespodzianką dla czytającego tę książkę może być fakt, iż na kongresie po raz pierwszy w dziejach zajęto się literackimi prawami autorskimi (postulowaną wolność prasy przezornie pomijając), podniesiono też problem równouprawnienia Żydów i zakazu handlu niewolnikami.

King nie myli się, twierdząc, iż Kongres Wiedeński okazał się przełomem w dyplomacji, trudno jednak Polakowi entuzjazmować się Świętym Przymierzem, jako „próbą stworzenia dyplomacji [kładącej kres - JK] wojnom, rewolucjom”. Zawetować wypada też stwierdzenie, iż zapewniło ono Europie 100 lat pokoju. Być może z zamglonego Dover gorzej widać, ale z barykad 1848 r., a także z powstańczych mogił Polski, Włoch, Belgii i Węgier ów pokój wygląda nader podejrzanie. A co mają powiedzieć polegli w 1854 (wojna krymska), w 1859 (rzeźnia pod Solferino), w 1864 (Schlezwig i Holsztyn), w 1866 (wojna prusko-austriacka), w 1870 (francusko-pruska)?

Nie tylko o wojnie i „pokoju” King pisze - z pietyzmem rekonstruuje dyplomatyczne potyczki, wiedeńskie kuluary, atmosferę „tańczącego kongresu”, maluje monumentalny konterfekt jego uczestników, tańczących w ekwilibrystycznym rozkroku między wiekiem XVIII a XIX. Solidnie się autor naślęczał nad tomiskami raportów gościnnej wiedeńskiej policji (nie śledziła chyba tylko siebie samej, chociaż…), nad stertami dyplomatycznej i prywatnej korespondencji oraz pamiętników. Czy się opłaciło?

Z jednej strony patrząc - powstała bardzo wartościowa praca, z drugiej zaś… Po stu stronach relacji o tym, jak w środku wykrwawionej i głodującej Europy szersza od Dunaju rzeka złota płynęła po to tylko, by zapewnić rozrywkę znudzonemu tłumowi „von” i „de” pasibrzuchów, staje się oczywiste, dlaczego na szczęście wybuchła francuska rewolucja. Po dziesiątym opisie westchnień Metternicha do ks. Żagańskiej, nie da się nie zgrzytać zębami. Po lekturze menu trzydziestego obiadu u genialnego Talleyranda, po ósmym opisie sukni ks. Bagration, po piętnastej relacji z carskich fochów krzyczy się na całe gardło: Wróć! Na Boga, wróć! I Bonaparte w zaświatach słucha tego kontent wielce. Również i dlatego książkę D. Kinga gorąco polecam, mimo iż bez polotu przetłumaczono podtytuł - How the Conquerors of Napoleon Made Love, War, and Peace At the Kongres of Vienna. (podkr. JK). A aż się prosiło, by nie partaczyć, by - wzorem autora - nawiązać do słynnego hasła hipisów „Make Love, not War”. Nie nawiązano, ale to już nie Kinga wina.

 

 

wstecz